Czy to poważne? - Alan W. Watts

(Ten zabawny esej o twórczej mitologii jest drugim rozdziałem książki Wattsa "Beyond Theology" wydanej w 1964 roku.

Tagi

Źródło

Eseje

Odsłony

2027

(Ten zabawny esej o twórczej mitologii jest drugim rozdziałem książki Wattsa "Beyond Theology" wydanej w 1964 roku.
Przedstawia ona zaskakujący przegląd chrześcijańskiej teologii/mitologii z punktu widzenia hinduskiej mitologii i kosmologii).


Najgłębsze metafizyczne pytania wyrażone są w najzwyklejszych wyrażeniach codziennego życia. Myślisz, że kim jesteś? Kto to zaczął? Czy nam się to uda? Gdzie to umieścimy? Kto to posprząta? Dokąd, do diabła, myślisz, że zmierzasz? W co wchodzę? Która godzina? Gdzie ja jestem? Co jest grane? Które jest które? Kto jest kim? Naprawdę tak uważasz? Gdzie wysiadam? Jesteś tam? Lecz wydaje się, że jest jedno, które musi być postawione na samym początku: Czy to poważne?

Najbardziej godną uwagi powierzchowną różnicą pomiędzy chrześcijaństwem a hinduizmem jest to, że to pierwsze odpowie:
"Tak", to drugie zaś: "Nie". Król nad królami i Pan nad panami zdecydowanie oczekuje, że będzie brany na serio. Grzmoty i
błyskawice padają z jego tronu i, oprócz innych bardzo poważnych wymagań co do moralnego zachowania pomiędzy ludźmi,
Władca Niebios żąda ponad wszystko, by go czczono, a jego wierna kongregacja odpowiada mu na to słowami psalmu: "O, Panie, przyjdź i pozwól nam w czci paść na kolana przed Tobą, Panem naszym i stwórcą!".

Gdy byłem uczniakiem, zaciągano nas na msze w Katedrze Canterbury, mekce Kościoła anglikańskiego Na klęczkach, kłaniając
się czy stojąc, podczas tych wytwornych i surowych ceremonii w starożytnym stylu musieliśmy jak najbardziej uważać, by nigdy się nie zaśmiać ani nawet uśmiechnąć - wykroczenie karane bezlitosną chłostą, bardzo trudne do uniknięcia z powodu
zdumiewającej antypatii czcigodnego kleru, z ich tendencjami do mamrotania, jęczenia i bełkotania modlitw na przeróżne
sposoby swymi świątobliwymi głosami. Grzmieli i prawili kazania, żarliwie krzycząc, a pomiędzy postojami przy pulpicie szli w procesji tam i z powrotem odziani tak, że wyglądali jak rzędy ułożonych pingwinów... Jednakowoż ani śmiertelna powaga naszych pozycji, ani żałosna komedia kleryków nie mogła dość zataić atmosfery świetlistej chwały. Wysokie i rezonujące przestrzenie bladoszarego kamienia, jakby zaczarowane światłem wpadającym przez ogromnie skomplikowane witraże, przeważnie niebieskie, kamień pachnący przyjemnie pleśnią jak piwnica z winami - i cały budynek wydawał się unosić nad kongregacją z godnością i niezależnością mewy na niebie. Jakby unosił się nad małym miasteczkiem Canterbury, tak że jego łuki i iglice obejmowały wszystko inne, aż do niedostępnych wybrzeży dalekiego Zachodu, poprzez Atlantyk, gdzie anioły wciąż chronią świętego Graala.

Przywołuję te wspomnienia, by zasugerować, że odczucie boskiej królewskości nie jest wcale wymagające ani władcze, a zatem cześć dla Króla królów mieszkającego w niedostępnym świetle nie jest koniecznie uniżonym posłuszeństwem czy surowym
obowiązkiem. Może to mieć także odczucie ogromnego świętowania, mocnego i okazałego rytmu tańca całkowitej Radości.
"Gloria in excelsis" śpiewane podczas Wielkanocy z dzwoniącymi dzwonkami. Splendor greckiej lub rosyjskiej liturgii, gdzie ludzie nie klęczą, lecz stoją lub przechadzają się swobodnie pod kopułą świątyni, która rozmyślnie stworzona jest po to, by przypominać glorię nieba. Coraz częściej ma się wrażenie, że obiektem tej czci nie jest pompatyczny książę, lecz coś na kształt żywego światła, które nagle jest tak sympatyczne jak ogień twego serca i tak potężne jak wybuch gwiazdy oraz tak pełny radości jak diament w słońcu Jak to ujął katolicki poeta Coventry Patmore: "Jeśli możemy ufać pewnym wskazówkom zawartym w żywotach świętych, miłość wznosi ducha powyżej sfery czci i szacunku w sferę śmiechu i zabawy, gdzie dusza mówi:
>Czy mam ja, komar tańczący w Twoim promieniu, być pełen szacunku?<".

Trzeba jednak przyznać, że w chrześcijańskim klimacie anglojęzycznego świata takie przenikanie fasady jest rzadkie. Wnętrza większości protestanckich kościołów przypominają dwory królewskie lub miejskie, a sednem ich nabożeństw jest poważne upomnienie od mężczyzn w czarnych togach. Żadnego złotego światła, żadnych dzwonków, kadzidła ani świec. Żadnej tajemnicy przy ołtarzu czy za nawą. Lecz ludzie wychowani w takiej atmosferze wydają się to uwielbiać Jest to ciepłe i przyjacielskie oraz prowadzi z jednej strony do reform szpitali i więzień, trafia do wszystkich, a z drugiej strony prowadzi do czczego geniuszu monotonii, zwykłego gotowania bez wina oraz zablokowania jasnych emocji - co uważane jest za cnoty. Gdy próbuję odłożyć na bok wrodzone uprzedzenia, które żywię wobec tej religii, zaczynam być zdumiony głębią jej zaangażowania wobec powagi i brzydoty. Albowiem jest punkt, w którym pewne typy brzydoty stają się fascynujące, gdy czuje się do nich raz za razem pociąg, tak jak język wciąż penetruje dziurę w zębie. Zaczynam uświadamiać sobie, że ci niewiarygodnie prości ludzie, ze swym niemal wyjątkowym brakiem koloru, mogą mimo wszystko być jednym z najbardziej zdumiewających osiągnięć boskiej maji – Tancerza świata tak dalekiego od siebie, jak to możliwe, tańcząc nie-taniec.

Dla nich, tak jak dla wielu innych chrześcijan i żydów o wszystkich odcieniach wiary, Pan jest archetypowym dziadkiem, który, gdyż konieczne jest pojmowanie go jako ludzkiego obrazu, ma wadę, która u ludzi jest nieznośna - nigdy nie zrobił nic źle, a jeśli zrobił, to odmawia całkowicie przyznania się do tego. Tak samo jest z powszechną koncepcją Jezusa, Syna Pastora, który nie pójdzie za płot z innymi chłopcami, by wziąć udział w zawodach w siusianiu, więc wrzucają go do stawu, lecz on zamiast oddać im, przyjmuje szlachetnie urażoną postawę, by poczuli się winni. Zatem najcięższym i najstarszym problemem teologicznym jest "zagadka niesprawiedliwości" - nie jak powstał wszechświat, lecz jak wąż dostał się do ogrodu; jak powstało zło w stworzeniu rządzonym wszechmocnie przez tego, który jest doskonale dobry. Wielkim pytaniem jest, czy faktycznie jest błysk w oku Ojca; czy przed aktem stworzenia, kiedy nie było żadnego świadka, nie miała miejsca specjalna umowa pomiędzy Panem i diabłem, taka konspiracja, że cały dramat kosmosu zależy od utrzymania jej jako (niemal) sekretu. Gdyż jeśli Pan jest absolutnie poważny, to rzeczy mają się bardzo źle. Nie tylko konfrontuje on swe stworzenia z surowymi żądaniami moralnymi, lecz także wyposaża je w pożądliwe, głodne i ogromnie wrażliwe ciała podatne na raka, dżumę, artretyzm, próchnicę zębów i wrzody żołądka; rzuca je w świat zawierający komary, rekiny, tasiemce, piranie i innych ludzi; umieszcza je w sytuacji, która wymagała ogólnie poważnego wysiłku, by nie dostać się w tortury lub spalenie, czy to sądowe, czy też przypadkowe, w wojny, morderstwa i kradzieże oraz w dziwną emocjonalną plątaninę, która pochodzi z posiadania mózgu, który uważa za konieczną przewagę móc przewidywać (zwykle) okropną przyszłość Na dokładkę uważa się, że grozi on tym, którzy nie przestrzegają jego przykazań, najbardziej bolesnymi torturami jakie kiedykolwiek wynaleziono, mającymi trwać na zawsze, bez odpoczynku.

Oczywiście mają miejsce czasowe wynagrodzenia, lecz kontemplacja tej przerażającej panoramy możliwości i pewników jest tym, co zwie się "stawianiem czoła rzeczywistości". Jest jednocześnie i pozbawione czci i konieczne poddać tę fasadę w wątpliwość Czy Bóg jest zupełnie poważny? By ująć to inaczej - czy jest to wszechświat, w którym istnieje możliwość całkowitej i nie do naprawienia klęski, wiecznego potępienia czy też jakiegoś ich odpowiednika? Lub czy jest to wszechświat, w którym być lub nie być nie jest pytaniem, gdyż jedno implikuje nieskończenie drugie?

Według wyobrażeń hinduizmu twarda rzeczywistość świata, której stawiamy czoła, to, jak widzieliśmy, lila (gra) i maja (magiczna iluzja). Shiva tańczy, będąc światem, otoczony płomieniami sieje grozę, lecz jedna z jego wielu rąk trzymana jest prosto z dłonią otwartą w stronę widza. Znaczy to "Nie bój się". To przedstawienie to wielka sztuka. Materialność skał jest elektrycznym mirażem. Ciało jest wirem, stałym tylko z wyglądu, lecz faktycznie jest strumieniem zmian. A ból, kamień probierczy rzeczywistości, gdyż szczypiemy się dla pewności, że nie śnimy, jest stanem hipnotycznym, który może być włączany i wyłączany wedle woli.

Nie można tu oczywiście zastosować obiektywnego testu. Mogę dowiedzieć się, czy świat jest poważny, czy nie, tylko poprzez osobisty eksperyment, jeśli odpowiedź może być w ogóle znaleziona. Mogę wziąć słowa Pana za dobrą monetę, przestać zadawać natrętne pytania i rozłożyć się u stóp Tronu. Lub mogę delikatnie go sprawdzić i czekać - z twarzą pokerzysty, trzęsąc się lub gorliwie pewny. Równie dobrze może być tak, że Pan będzie grał ze mną do końcowej mikrosekundy ostatniej chwili – być może długą i okropną ciszą, być może wszystkimi plagami i bólami ciała, być może odwiedzinami subtelnie przekonujących proroków i kaznodziei oraz, bez wątpienia, na samym Końcu miłym księdzem i jego Ostatnimi Rytuałami. Powierzchownie, będzie wydawać się, że tylko stawiam opór boskiemu autorytetowi, że odmawiam wstąpienia Miłości do mego serca, że dumnie tłumię wewnętrzny głos przerażonego sumienia, ponaglającego mnie do zmięknięcia i pobiegnięcia w płaczu i krzyku do nieba w smutku przez moje grzechy. Lecz jeśli istnieje człowiek o takiej duchowej odwadze, by sprawdzić Pana, to to, w co on faktycznie odmawia wiary, to, czego nie będzie brał na serio, to nie Pan, lecz jego maja. Nie przyzna, że agonia i tragedia, śmierć i piekło, strach i nicość są ostateczną rzeczywistością. Przede wszystkim nie uzna on ostatecznej rzeczywistości oddzielności, pozornej różnicy pomiędzy człowiekiem a kosmosem, stworzeniem i Stworzycielem.

Ortodoksom odwaga taka wyda się bluźniercza, a sceptycznym i świeckim umysłom wyda się naiwna, gdyż osoby takie mają
pogląd na rzeczywistość o wiele sroższy niż nawet koncepcja Gniewnego Boga Jonathana Edwardsa. Albowiem człowiek świecki
wyobraża sobie, że wszechświat poza i na zewnątrz człowieka jest zasadniczo martwy, mechaniczny i głupi. Dla niego
najwyższym dogmatem jest to, że natura nie dba o ludzkie wartości i jest zamętem, z którego wyłoniliśmy się przypadkiem, musi zatem być podbita i uczyniona podległą ludzkiej woli. Jest coś w tym poglądzie na świat podobnego do stanu świadomości psychotycznej. Wizja świata jako Złośliwego Systemu, który wypełnia cię nadzieją tylko po to, by cię utrzymać przy życiu, a następnie miażdży okrutnie na kawałki. W stanie tym nie ma jasności rzeczy. Twarze, kwiaty, woda i wzgórza wyglądają, jakby były zrobione z plastiku lub polakierowane cyną - cała scena jak ze sklepu z zabawkami, koszmar lakierowanego metalu i skóry jaskrawych odbitym pojedynczym światłem. Inni ludzie nie są naprawdę żywi, są zmyślonymi manekinami, reagującymi automatami udającymi żywych. Nawet ja jestem sfrustrowanym mechanizmem, w którym każdy zysk świadomości równoważony jest nową wiedzą o moich absurdalnych i poniżających ograniczeniach.

Ci poza szpitalami psychiatrycznymi, którzy lubią tak widzieć rzeczy, przekonują siebie i innych, że taka postawa jest nie tylko realistyczna, lecz niemal heroiczna. W filozoficznych sporach mogą zawsze być górą względem religijnie lub metafizycznie zorientowanych poprzez okazywanie, że są przyziemni i twardogłowi. być może to tylko kwestia temperamentu, że niektórzy ludzie po prostu nie mogą przyjąć takiego punktu widzenia; mnie zawsze wydawało się szczególnie dziwne, że cokolwiek istnieje. Byłoby o tyle prościej i o tyle mniej wysiłku, gdyby nie było wszechświata, że uważam za niemożliwe, by gra nie była warta świeczki. Kosmos, który nie byłby zasadniczo wyrazem radości i błogości, na pewno znalazłby jakiś sposób na popełnienie samobójstwa niemal na początku, gdyż nie ma najmniejszego sensu w przymusowym przetrwaniu.

Nie powinno się wstydzić myślenia życzeniowego, gdyż jest to coś, co wszyscy pomysłowi i twórczy ludzie robią. Są marzycielami i znajdują sposoby realizacji swych marzeń, ponieważ pragną i marzą skutecznie. To znaczy, że ich myślenie życzeniowe nie jest mgliste; ich pragnienia są wyobrażone tak precyzyjnie i szczegółowo, że bardzo często mogą być spełnione. Kłopotem wielu religii oskarżonych o myślenie życzeniowe jest to, że nie są dość życzeniowe. Ukazują opłakany brak wyobraźni i przygody w próbach odkrycia tego, czego się naprawdę chce. Nie znam lepszego sposobu na zrozumienie siebie czy też natury ludzkiej w ogólności niż gruntowna eksploracja własnych pragnień, uczynienie ich tak szczegółowymi, jak to tylko możliwe, a następnie pytanie siebie, czy to jest faktycznie to, co chcę.

A co wtedy, gdybym miał stworzyć religię jako czyste dzieło sztuki, tworząc obraz wszechświata tak życzeniowy, jak to możliwe? Z jednej strony takie stworzenie byłoby najczystszą zabawą i fantazją, bez najmniejszych cech realności. Lecz z drugiej strony fantazje są czasem nieoczekiwanie twórcze. Czysto zabawowe i spekulatywne twory matematyków często okazują się użytecznymi formułami do zrozumienia fizycznego świata. Gdyż czysty matematyk jest bardziej artystą niż naukowcem. On nie mierzy po prostu świata. Wymyśla złożone i zabawne wzory bez najmniejszego względu na ich praktyczne zastosowanie. Mógłby niemal być na permanentnych wakacjach - jak gdyby siedział na tarasie nadmorskiego hotelu, rozwiązując krzyżówki i grając w szachy czy pokera ze swymi kompanami. Lecz on pracuje na uniwersytecie, co czyni go godnym szacunku, a jego grami i zagadkami są cuda zawiłości. Kiedy Riemann wynalazł równania, nie tylko dla 4-wymiarowych przestrzeni, lecz także dla tych 5-,6-,7- i n-wymiarowych, odkryto, że mogą one być zastosowane do problemów fluktuacji cen!

Historyk także jest zasadniczo artystą wybierającym z niezliczonych przeszłych zdarzeń te, które będą pasować do jakiegoś
sensownego i zrozumiałego wzoru, gdyż jego sztuką jest nadać sens ludzkim poczynaniom. Podobnie Kopernikańska teoria
układu słonecznego jest lepsza od ptolemeuszowej, głównie dlatego, że jest prostsza. Planety nie muszą trzymać się swych tras, lecz mkną gładko po swych orbitach. Obraz jest czystszy, a przez to bardziej satysfakcjonujący z estetycznego punktu widzenia.

Dlaczegóż by zatem nie spytać o najbardziej estetycznie zadowalające wyjaśnienie czyjejś własnej egzystencji w naszym
szczególnym wszechświecie? Musi to być wyjaśnienie, które całkowicie zadowoli mnie nawet w najbardziej przerażających
męczarniach, których można doświadczyć w tym świecie. Pod jakimi warunkami byłbym faktycznie chętny je znosić?

Często cierpimy chętnie, by pomóc tym, których kochamy, i to generalnie po tej linii chrześcijańska teologia próbowała
usprawiedliwić cierpienie. Ból poprzez darowanie go Bogu przeobraża się w akt adoracji. Nie ma większej miłości, niż oddać swe życie za przyjaciela, a to jest w końcu to, co sam Bóg zawsze robi. Jest to poświęcenie Syna Boga uczynione, ponieważ "Bóg tak ukochał świat". Dla chrześcijan zatem sens cierpienia jest taki, że wywołuje ono miłość i nadaje jej cechy rzeczywiste. Miłość, którą Bóg ma dla świata, jest prawdziwa, ponieważ w pewien sposób kosztuje ona nawet Boga. Jak mówi hymn:
"Nie było nikogo dość dobrego
By zapłacić cenę grzechu;
On mógł jedynie otworzyć wrota
Niebios i nas wpuścić".

Choć mogę chcieć cierpień dla tych, których kocham, nie chcę, by oni cierpieli. Faktycznie chcę cierpień dla nich, ponieważ nie chcę ich cierpienia. Świat, w którym moi przyjaciele muszą cierpień, jest nie do przyjęcia, jeśli ich jedyną kompensatą jest to, że wywołuje ono moją miłość dla nich, czy nawet jeśli wywołuje miłość Boga. Z naszego życzeniowego punktu widzenia wszechświat, w którym cierpienie przytrafia się przez pomyłkę, jest po prostu źle zrobiony, a wszechświat, w którym cierpienie spada na nas przez czyjąś złośliwość, jest diabelską pułapką. Idealnie chciałbym być osobiście odpowiedzialny za swoje własne cierpienie, włączając w to moje własne bolesne uczucia odnośnie cierpienia innych. Życzyłbym takiego samego przywileju wszystkim innym. Lecz musi to oczywiście znaczyć coś o wiele więcej niż odpowiedzialność w zwykłym sensie, gdyż musi ona obejmować przypadek dziecka urodzonego z syfilisem.

Popularny hinduizm i buddyzm wyjaśniają takie tragedie jako osobistą karmę, czyjeś własne działanie odziedziczone z
poprzedniego życia. Dziecko z syfilisem płaci zatem cenę za jakieś zło, które uczyniło w poprzednim wcieleniu. Lecz jest to nie tyle wyjaśnienie, ile nieokreślone odroczenie wyjaśnienia. Dlaczego i jak odradzająca się jednostka pierwszy raz styka się z niepowodzeniem? Odpowiedzialność za czyjeś własne cierpienie nie może być przypisana jednostce, jaką znamy i widzimy powierzchownie, gdyż na tym poziomie jednostka - dorosła lub niemowlę - wydaje się o wiele bardziej ofiarą niż sprawcą swej własnej męczarni.

Musimy zatem wyobrazić sobie nowy rodzaj indywidualności, w którym są dwie strefy o wspólnym środku. Zewnętrzna sfera jest ograniczoną świadomością, ego, powierzchowną jednostką, która uważa się za podmiot czynów i doświadczeń, bądź biernie cierpiącą. Lecz wewnętrzna strefa jest prawdziwym "ja", nieznanym świadomemu ego. Albowiem te ostatnie jest czasowym przebraniem albo snem tego pierwszego, a prawdziwa Jaźń nie tylko nie bałaby się wkraczać w sny o żywym cierpieniu, lecz przez cały czas doświadczałaby procesu jako radości i błogości jak w wiecznej grze w chowanego.

Ta fantazyjna religia wymagałaby wtedy ostatecznego warunku, że jakiegoś razu te dwie sfery stopiłyby się, że moje najskrytsze "Ja" obudziłoby się ze swego snu, by przemienić moje powierzchowne ego szokiem poznania. Może to dlatego mamy czasem dziwnie przyjemne wrażenie zapomnienia czegoś ogromnie ważnego dawno, dawno temu. Okazjonalnie ten cień pamięci
przybywa jako aluzja zapomnianego raju, jakiś jasny krajobraz wzgórz i wód, który jest całkowicie znany, a jednak zupełnie niezidentyfikowany. Od czasu do czasu "prawdziwy" świat przypomina nam o tym i myślimy: "Tego zawsze szukałem. To miejsce jest jak dom". Innymi razy wspomnienie ma o wiele głębszy wymiar - wrażenie bycia niezmiernie starym i wiedzącym, jakoś poza czasem i przestrzenią. Lecz nie ma w tym nic konkretnego, bo choć wrażenie jest żywe, to jest ono boleśnie efemeryczne. Są to zatem napomknienia czegoś do zapamiętania, czegoś, co jest ogromnym wymiarem mojego istnienia, który pozostawał ukryty być może od momentu narodzin. Gdyż świadomość, świadoma uwaga, jest sztuczką zauważania figury i ignorowania tła, a w ten sam sposób wydaję się zauważać moje ego i zapominać o moim tle, większej Jaźni, który leży u podstaw mojego ego.

Przypuśćmy zatem, że moje jawne życie, jako jednostki, jest wyobrażone przez ukrytą Jaźń, która faktycznie jest bardziej moim centrum niż moje ego, i że w pewnym nieokreślonym momencie (może tylko w momencie śmierci) obudzę się i przypomnę sobie nieskończoną radość, która wyraża się w tej nieskończonej grze tańca w świetle i poza nim. Samo zdefiniowanie stanu
najskrytszej Jaźni jako "nieskończonej radości" jest wykręcaniem się od prawdziwego zadania wymyślenia idealnej religii. Jeśli moja fantazja ma dążyć do bycia dziełem sztuki, to muszę spróbować określić całkiem jasno to, czego chcę w tej
transcendentalnej radości.

Należy zwrócić uwagę mimochodem, że chrześcijańskie wyobrażenia są bardzo niejasne co do wspaniałości nieba i
zdumiewająco dokładne co do męczarni piekła. Obrazy ludzi w niebie są niezmiennie poważne i nudne, podczas gdy piekło jest wijącą się orgią. Namiastki nieba pojawiają się w witrażach z Sainte-Chapelle, w manuskryptach z Lindisfarne, w żarliwych obrzędach Wschodniej Liturgii i w inkantacjach benedyktynów Solesmes. Lecz są to nie więcej jak tony słyszane przez solidnie domknięte drzwi. Czas wniknąć śmielej w dynamikę radości, by odkryć to, czego naprawdę chcemy od nieba.

(Przypomniała mi się historia o obiadowej rozmowie w wiejskim domu w Anglii, gdzie goście dyskutowali o swoich ideach
odnośnie tego, co stanie się z nimi po śmierci. Wśród obecnych znajdował się podstarzały i nieco nudny gentleman, który był wybitnym świeckim w kościele. Był cicho przez całą rozmowę, aż w końcu gospodyni zwróciła się do niego ze słowami: "Coż, sir Roderick, co uważa pan, że stanie się z panem po śmierci?". "Jestem zupełnie pewien - odparł - że pójdę do nieba i będę cieszył się wieczną błogością, lecz wolałbym nie dyskutować na tak przygnębiający temat".)

Nasza wymyślona religia będzie brała za oczywiste, że najskrytsza Jaźń jest wieczna i niezniszczalna po prostu dlatego, że jest wszystkim, co istnieje. Całość przestrzeni będzie polem jej świadomości, a to będzie pasowało bardzo dobrze do obecnych idei astronomicznych o przestrzeni jako o czterowymiarowym kontinuum zakrzywiającym się ku sobie, lecz nie mającym kształtu. Być może eksploracja przestrzeni jest tak naprawdę badaniem naszej własnej świadomości, ponownym odkryciem zignorowanego tła każdego indywidualnego ego. Lecz co konkretnie będzie zajmowało tą świadomość?

Jeśli praca jest tym, co musi być zrobione, by móc przetrwać, to właściwą aktywnością Tego-Co-Jest będzie oczywiście zabawa. Rzeczywistość jest istnieniem bez wysiłku, Blake'ową energią, która jest wieczystą rozkoszą. Zasugerowałem, że zabawa w chowanego jest podstawową formą gry, ponieważ u swych podstaw istnienie jest wibracją. To stan tak/ nie, przestrzeń/ materia, tu/ tam, pozytywne/ negatywne, przyjść/ pójść, wewnątrz/ na zewnątrz symbolizowany w podstawowym ruchu góra/ dół fali. Rytm jest istotą gry i stąd różne rytmiczne zajęcia są pierwotną formą rozkoszy - śpiew ptaka, granie świerszczy, bicie serc, pulsowanie śmiechu, ekstatyczne zapomnienie w bębnieniu i tańcu, donośne wibracje głosów strun i dzwonów. Zaabsorbowanie rytmem może trwać i trwać, dopóki energia nie zaniknie, gdyż dzięki badaniu różnych kultur jasne staje się, że ludzie niczego chętniej by nie robili niż zatapiali się w rytmie przez całą noc. To dlatego chrześcijańskie anioły śpiewają: "Alleluja, alleluja!", przez wieki przed Wizją Boga oraz dlatego o ich buddyjskich odpowiednikach twierdzi się, że inkantują: "Tutte, tutte / Vutte, vutte / Patte, patte / Katte, katte!".

Jestem przekonany zatem, że istotnym składnikiem mego nieba oraz zajęciem najskrytszego Ja jest zaabsorbowanie rytmem i że gdy patrzę na światło i wodę, gdy słucham pulsacji mego własnego ciała, trudno mi wątpić, że jest to prawda. Jest ostateczna rozkosz w płynięciu z niezakłóconym rytmem. Lecz to z przeszkód w rytmicznym działaniu mamy wrażenie materii, substancji, wagi i sztywności, aktywność staje się nieprzyjemna, gdy zostaje zdominowana przez te wrażenia. Śmierć wydaje mi się rozpłynięciem aktywności w samą materię. Niemniej bez pewnego stopnia oporu rytm wcale nie występuje. Nie ma rytmu bez skóry bębna. Rytm jest błogi tak długo, jak opór ustępuje miejsca działaniu, jak materia jest wciąż przezwyciężana energią. By być świadomym rytmu, nieskończona świadomość musi w pewnym stopniu stawiać sobie opór, tak jak przestrzeń musi zawierać materię, ażeby być rozpoznana jako przestrzeń.

Dalszą przeszkodą dla rozkoszy rytmu jest monotonia, której gra unika poprzez różnorodność i złożoność Jednakowoż musi być trochę monotonii, regularności, aby rytm czy forma mogły w ogóle zaistnieć Inaczej mielibyśmy tylko następujące po sobie przypadkowe przerwy. Głównym problemem w sztuce rytmu jest nie zwalczanie monotonii, lecz bycie w ciągłym procesie
przekraczania jej na nowo. Stąd mamy nie tylko różnorodność w wybijaniu rytmów, lecz także w środkach - bębnie, strunie,
tubie, dzwonie - i dalej w rytmie ruchu ciała, w formach wizualnych, w przekształcaniu się kolorów, w pieśniach i poezji i w końcu w złożoności czystych idei. Poza tym dramaty i wątki ludzkiej historii, fortele wojenne, przypadki miłosne, hazard i niekończący się pościg za iluzją siły politycznej - wszystkie one są wariacjami i komplikacjami rozkoszy samego rytmu. Jeszcze raz rozkosz zawiera się w całkowitym pochłonięciu umysłu tymi formami. Rozkosz wymaga zawsze pewnego stopnia oporu w grze form energii, a może to być monotonia, ociężałość, która obraca energię w wysiłek, lub zbyt duży stopień złożoności, taki że forma zamienia się w chaos.

By utrzymać stan błogości, nieskończona świadomość musi znad najgenialniejsze sposoby zarówno na monotonię, jak i na
pokonywanie jej, na taką kombinację porządku z przypadkowością, że zasada porządku nie zamienia się w martwą jednolitość
ani zasada przypadkowości w chaos. Gra rytmu musi być kontrolowana, lecz nie aż tak, by stad się całkowicie przewidywalna. Musi być cudownie skomplikowana, lecz bez nudnego przymusu śledzenia wszystkich danych. Krótko mówiąc, wszechmoc musi unikać za wszelką cenę daremnej sytuacji posiadania totalnej kontroli nad sobą i równie bezowocnego całkowitego braku kontroli.

Rozwiązanie podobne jest do sztuczki, za pomocą której organizm przekazuje pewne funkcje "nieświadomości", tak że trwają
one bez konieczności świadomego kierowania, jak na przykład rozważny wybór słów podczas mówienia czy oddychanie podczas
pływania. Ma to podwójną korzyść Z jednej strony pozwala to złożoności form na rozwój bez stawania się ciężarem dla
pierwotnego centrum kontroli. Z drugiej strony wprowadza element zaskoczenia, gdyż najskrytsza Jaźń może w ten sposób
pozwolić formom swego zachowania na samodzielne odejście i zapomnienie, że to zostało zrobione. W podobny sposób rozkosz
naszego hipotetycznego Boga byłaby podtrzymywana poprzez wprowadzenie doświadczenia inności. Gdyż te przekazane lub
delegowane rytmy przekształciłyby się w przebranie innych istot - ku zaskoczeniu ich przodka.

Jednak owi "inni" ciągle pozostają zachowaniem najskrytszej Jaźni. Zatem w nich Jaźń zapomina się. Z jednej strony jest to przygoda, czasowe zawieszenie kontroli, które chroni cały system kontroli przed staniem się sztywnym i martwym. Z drugiej strony to zapomnienie jest odświeżeniem jak sen, gdyż stwarza punkty widzenia, z których wszystko może być zobaczone na nowo. Z każdym narodzonym dzieckiem najskrytsza Jaźń patrzyłaby na swój świat z takim zdumieniem, jak gdyby nigdy wcześniej go nie oglądała! W ten sposób niewyobrażalnie stary wszechświat byłby odnawiany bez końca, a taniec ten nigdy by się jej nie sprzykrzył.

Lecz wrażenie inności nie może stad się nadmierne. Gdy tak jest, gdy uczucie, że rzeczy wymykają się spod kontroli, osiąga pewien punkt, niespodzianka staje się frustracją lub strachem i paniką. W takich kryzysowych chwilach moja najskrytsza Jaźń musiałaby mieć moc przypomnienia sobie, że ta cała gra jest jej, że inność jest mają. Wtedy ponownie w inny sposób obudziłaby się zdumiona, lecz teraz swymi własnymi kosmicznymi i wiecznymi wymiarami. Jednak czasami, jak podczas przygód, pozwoliłaby rzeczom daleko wymknąć się spod kontroli, nawet do tego stopnia, że pozwoliłaby sobie zapomnieć, że ma moc przebudzenia się. Gdy śpimy lub śnimy, to nie wiemy, że możemy się obudzić Lecz nie moglibyśmy radośnie oddać się snowi, gdybyśmy najpierw nie wiedzieli, że możemy. W tym samym duchu żeglarz pewny swych umiejętności i swego statku powierza się sztormom. Gdyż granie jest także hazardem, odkrywaniem ryzyka i tego, jak daleko można się posunąć.

To jest mniej więcej to, co bym zrobił, gdybym miał moc śnienia każdej nocy o czymkolwiek bym chciał. Przez parę miesięcy
spełniłbym prawdopodobnie wszystkie co oczywistsze życzenia. Byłyby pałace i bankiety, muzyka i tańczące dziewczyny,
bajeczne spotkania miłosne i ogrody przy jeziorach z górami w tle. Następnie długie rozmowy z mędrcami, kontemplacja dzieł sztuki, słuchanie i granie muzyki, podróże do obcych krajów, loty w przestrzeń, by zobaczyć galaktyki, oraz nurkowanie w głąb atomu, by oglądać drgające falo-cząsteczki. Lecz przyszłaby noc, że zachciałbym dodać nieco smaku przygody - być może sen o niebezpiecznej wspinaczce górskiej, o ratowaniu księżniczki przed smokiem czy, nawet lepiej, nieprzewidywalny sen, w którym nie wiem, co się wydarzy. Zaraz po tym mogę stawać się coraz śmielszy. Mógłbym chcieć śnić całe żywoty, mieszcząc siedemdziesiąt lat w jednej nocy. Śniłbym, że wcale nie śnię, że się nigdy nie obudzę, że całkowicie zagubiłem się gdzieś w pogmatwanych korytarzach umysłu i, w końcu, że znoszę tak nieznośne męczarnie, że gdy obudzę się, to będzie to lepsze od wszystkich możliwych snów.

Do teraz jasne powinno się stad, że moja ukryta Jaźń mogłaby równie dobrze wyobrażać sobie tę konkretną sytuację i
osobowość, w której się teraz znajduję. To samo byłoby prawdą dla każdej innej osoby, gdyż według naszej hipotezy najskrytsza Jaźń jest w centrum wszystkich ludzi. Cała inność, cały dualizm, cała różnorodność jest częścią sztuki. Stąd lekcją z tej fantazji jest to, że przez wytrwałe przemyśliwanie moich najmilszych marzeń, dla wyjaśnienia tego wszechświata i poprzez próbę wyobrażenia sobie jak najlepiej natury wiecznej błogości, mogę chcieć wrócić do miejsca, gdzie znajduję się teraz. Jest proste zabezpieczenie, że cały żal za przeszłe i obecne cierpienie może być usunięty i przemieniony w radość poprzez obudzenie się i odkrycie, że ja jako najskrytsza Jaźń naumyślnie o tym śniłem i że było to integralną częścią rozkoszy, którą Jaźń cieszy się przez całą wieczność.

Lecz jeśli sobie życzę i podsycam tę fantazję, muszę wziąć pod uwagę to decydujące pytanie: czy chcę być tak stworzony, że gdy obudzę się do mojej prawdziwej Jaźni, to moje stare ego po prostu wyparuje? Gdybym mógł obudzić się w jakimś momencie przed moją śmiercią, to te dwie tożsamości istniałyby naturalnie razem. Na powierzchni pamiętałbym moje nazwisko, adres i numer telefonu oraz przypominałbym sobie dla "wszelkich praktycznych celów", tzn. dla prowadzenia konkretnej gry społecznej, że jestem wciąż ograniczoną osobowością zwaną Alan Watts. Lecz ku środkowi od tej powierzchownej persony, tej maski, byłbym żywo świadomy tego, że moja podstawowa tożsamość - raczej pojęta niż objęta - jest wieczną Jaźnią wszystkich jaźni.

A po śmierci? Czy jestem zupełnie pewien, że mógłbym pogodzić się z ostatecznym zniknięciem tej drogiej gry "Alan Watts", w którą zainwestowałem tyle czasu i energii? Jest to zawsze trudne pytanie dla młodej osoby, gdyż nie jest ona w tym czasie w rytmie śmiertelnego czasu, gdzie jest gotowa się poddać Jest nastawiona na kontynuację na mocy biologicznej konieczności, gdyż życie wymaga "podążania za", jak uderzenie dłoni w bęben - celuje ona za jego błonę. Chęć zniknięcia nie pasuje do ducha "podążania za" - z wyjątkiem jednostki, która żywo zdała sobie sprawę z wiecznej tożsamości pod tą czasową. Ponadto nawet stary człowiek, którego umysł pozostał czujny, jest zawsze ogarnięty ciekawością tego, co stanie się w przyszłości, jakich nowych odkryć i tworów dokona geniusz człowieka, jaki będzie bieg historii i czego dowiemy się o sekretach świata.

Jednakże wydaje mi się, że po kilkuset latach czegoś takiego mogę mieć całkiem często uczucie "czyż nie byliśmy tu wcześniej?". Z pewnością ci, którzy upierają się przy najwyższej wartości indywidualnej osobowości trwającej wiecznie, nie przemyśleli w pełni swego pragnienia. Życzenie takie można porównać do wzrastającego zamętu na Manhattanie, mieście, które próbuje rosnąć przez czynienie swych budynków coraz wyższymi. Lecz to osiąga punkt zmniejszania powrotów, gdyż powyżej pewnej wysokości zysk przestrzeni życiowej zanika, ponieważ coraz więcej niższych pięter musi być zajęte przez windy. Innymi słowy, nieskończone przedłużanie życia jednostki jest złym planem - architektonicznie, biologicznie i psychologicznie. Byt, który miałby być podtrzymywany przy życiu, to nie jednostka, lecz jakiś większy organizm, do którego należy, tak jak nasze komórki należą do naszych ciał. Tragedia śmiertelności polega na niezdawaniu sobie sprawy z tej przynależności oraz, przede wszystkim, na nieodnalezieniu swej prawdziwej tożsamości z najskrytszą Jaźnią. Jeśli natomiast się ją odnajdzie, wtedy zniknięcie ego-maski po śmierci nie jest, jak to się czasem mówi, wchłonięciem duszy przez Boga. Nic nie zostaje wchłonięte; miejsce ma po prostu jasne przypomnienie sobie Tego, czym się zawsze jest.

Jasne też jest to, że ta spełniająca życzenia religia, którą wymyśliłem, jest zasadniczo identyczna z głównym wątkiem mitologii hinduskiej - wątkiem Brahmana, najwyższej Jaźni manifestującej się cyklicznie jak te wszystkie światy. Co za tym idzie, w tym hinduskim micie etapy, przez które rozwija się maja, odpowiadają rodzajowi postępu, któremu podlegałaby osoba, która mogłaby śnić, cokolwiek by chciała. Cykl czasu, podczas którego są manifestowane światy, to - jak widzieliśmy - kalpa, trwająca 4 320 000 lat. Kalpa podzielona jest na cztery yugi, nazwane tak po rzutach w indyjskiej grze w kości: krita (doskonały rzut 4), treta (rzut 3), dvapara (rzut 2) i kali (najgorszy rzut 1). Pierwszą epoka jest zatem krita yuga trwająca 1 728 000 lat, podczas której sen mai jest rajem niezmąconej chwały. Druga epoka to treta yuga trwająca 1 296 000 lat, kiedy to, choć raj pozostaje, pojawiają się pewne niekontrolowane czynniki, niespodzianki, które są przez to bardzo przyjemne, lecz zawierają obawę przed czymś niechcianym. Trzecią epoką jest dvapara yuga trwająca 864 000 lat, podczas której negatywna zasada nieporządku osiąga równość z zasadą porządku. I w czwartej epoce, kali yuga, trwającej 432 000 lat zasada nieporządku triumfuje. Pod koniec tej epoki siły destrukcji rosną w furii, aż na samym końcu wszechświat zanika w ogniu. Wtedy to Brahman budzi się z tego mai-snu i pozostaje w świetlistym pokoju przez kolejne 4 320 000 lat, zanim cykl rozpocznie się na nowo.

Zważcie jednak, że zasada nieporządku zawarta jest jedynie w 1 296 000 latach całej kalpy: trzeciej części treta yugi, połowy dvapara yugi i całej kali yugi, co w sumie stanowi jedną trzecią całej kalpy. Jest to chronologiczny symbolizm zasady, że kontynuacja gry zależy od podległości nieporządku wobec porządku, tak że to pierwsze jest zawsze w sytuacji bycia pokonanym przez to drugie pomimo dramatycznego momentu, w którym wydaje się odnosić zwycięstwo pod koniec kali yugi. (Według Heinricha Zimmera kali yuga rozpoczęła się w piątek 18 lutego 3102 roku p.n.e., co znaczy, że przed nami jeszcze 426 935 do jej końca! Lecz pocieszę was - gdy yuga dobiega końca, czas płynie coraz szybciej).

Żywe doświadczenia mistyków mogą być naszymi jedynymi środkami testowania prawdy religijnych i metafizycznych hipotez,
lecz takie badanie nie może być przeprowadzone w książce. Zdaje się, że jest znaczne uprzedzenie w pismach mistycznych wobec głównego poglądu na wszechświat, który zasugerowałem, wliczając w to takich mistyków chrześcijańskich jak Jan Szkot Erigena, św. Simeon Neotheologos, Eckhart, Nicolas Cusanus, Boehme, a być może i Teilhard de Chardin. Lecz nie jest celem tego eseju pozwalanie sobie na metafizyczne spory. Jestem daleki od upierania się przy tym, że mój punkt widzenia jest prawdziwy. Prawda sama świadczy o sobie. Moim celem jest rozwinąć pewne mitologiczne konstrukcje, takie jak ta, którą właśnie opisałem, a potem zobaczyć, co stanie się na końcu Jeśli wtedy jest przekonanie o jakimś nowym wglądzie we wszechświat i człowieka, tym lepiej. Szczególnie zamierzamy zobaczyć, co stanie się z tradycyjną i ortodoksyjną wersją chrześcijaństwa, katolicyzmem, gdy spojrzy się na niego w kontekście stanu rzeczy, który opisałem.

Jakakolwiek zasada istnieje w praktyce, to czy chrześcijaństwo jest teoretycznie i dogmatycznie przeciwko idei, że twórcze działanie Boga jest zabawą? Na szczęście możemy odwołać się z miejsca do pomocy naszego potężnego autorytetu w postaci św. Tomasza Akwinaty piszącego o Mądrości Boga:

"Kontemplacja mądrości jest słusznie porównywana z grami z powodu dwóch rzeczy obecnych w grach. Pierwsza jest taka, że gra daje przyjemność, a kontemplacja mądrości daje największą z przyjemności zgodnie z tym, co Mądrość mówi o sobie w
Eklezjaście: >Mój duch jest słodszy od miodu<. Druga jest taka, że ruchy w grze nie są obmyślone, by służyły innym celom, lecz są wykonywane dla nich samych. Tak samo jest z rozkoszami mądrości... Stąd boska Mądrość porównuje swe rozkosze do gier: >Stwarzałam z nim wszystkie rzeczy i byłam uradowana każdego dnia, grając przed nim za każdym razem - grając w świat<".

Uosobiona Mądrość Boga, która mówi w Księgach Eklezjasty i Przysłów (skąd drugi cytat św. Tomasza), jest rozumiana przez
Kościół jako Syn Boży, boski Logos, "przez którego wszystkie rzeczy zostały stworzone".

Osławione jest już to, że popularne idee charakteru Boga są na o wiele niższym poziomie moralnym niż te, poprzez które
poznajemy świętość w ludziach. Święty wybacza "siedemdziesiąt razy po siedem", jeśli ktoś zgrzeszy przeciwko niemu, lecz
zgodnie z wieloma opisami Pan nie wybacza wcale, dopóki winowajca nie zacznie płaszczyć się przed nim w akcie szczerej
skruchy. Święty przede wszystkim nie bierze siebie na serio i faktycznie we wszystkich naprawdę świętych ludziach jest rodzaj szczerego humoru, poczucie własnej absurdalności, która jest nie tyle potępieniem siebie, ile nabieraniem samego siebie. "Dusza, która jest wewnętrznie zjednoczona z Bogiem - pisze św. Marek Podvizhnik - staje się w największej radości jak dobre i prostoduszne dziecko i już nikogo nie potępia, Greka, poganina, Żyda ani żadnego grzesznika, lecz patrzy na nich jednako spojrzeniem, które zostało oczyszczone *i+ znajduje radość w całym świecie". Jeśli, jak sugerował Chesterton, nawet anioły latają, gdyż biorą siebie lekko, to o ile bardziej Pan aniołów, fontanna wszystkich cnót, musi być wyposażony w tę konkretną cnotę?

To przypisywanie wesołego ducha Bogu może denerwować dewotów z powodu dwuznaczności zawartej w ideach zabawy i
niebycia serio. Gdyż z jednej strony jest to duch wesołości i obfitości, lekkości i radości, lecz z drugiej strony wrażenie, że coś jest tylko zabawą, implikuje pewną płytkość, pretensję, a nawet fałsz. Podobnie niebycie serio może znaczyć niebycie uroczystym, poważnym, pompatycznym lub srogim, lecz może znaczyć także nieszczerość I jeszcze jedna komplikacja - oszustwo jest czasami dobroczynne. Sanskryckie słowo "upaja" znaczy spryt lub oszustwo, gdy użyte jest w kontekście politycznym. Lecz w kontekście hinduskiej i buddyjskiej nauki odnosi się do "przemyślnych środków", które nauczyciel stosuje, by pomóc swoim uczniom przechytrzyć ich własny egocentryzm. W podobny sposób biografie chrześcijańskich świętych obfitują w historie o pokonywaniu diabła tym, co św. Franciszek Ksawery nazywał "świętym sprytem". Gdyż w tym przypadku diabłem jest czyjeś własne oszustwo, czyjaś własna nieskończona umiejętność patrzenia na siebie patrzącego na siebie patrzącego na siebie, jak wtedy, gdy jest się dumnym z bycia skromnym, potem dumnym z rozpoznania, że jest się z tego dumnym i w końcu dumnym z bycia dość subtelnym, by dostrzec, że to wszystko jest nieskończoną regresją.

Tego typu węzły samoświadomości są najprawdopodobniej mechanicznymi defektami układu nerwowego podobnymi do oscylacji występujących w układzie elektronicznym, który próbuje nagrywać siebie podczas procesu nagrywania. Stąd, gdy kamera telewizyjna filmuje swój własny odbiornik, otrzymanym obrazem są następujące po sobie "jąkające się" fale, a ich psychologicznym lub neurologicznym odpowiednikiem byłoby trzęsienie się, stan niepokoju, który jest baniem się strachu lub martwieniem się o martwienie. Jest to problem dręczący każdy układ zwrotny, przede wszystkim samoświadomość człowieka, a sednem problemu jest to, że proces samoświadomości nie może rozsupłać siebie sam. Musi być "wyrolowany" ze swego trudnego położenia. Prywatne niepokoje zostają natychmiast zapomniane, gdy tornado uderza w sąsiedztwo, ale nie można rozmyślnie wywołać tornada albo jego odpowiednika, by wytrącić się ze zmartwień, kiedykolwiek się one pojawią. Nie możesz wystraszyć samego siebie celowo, powiedzmy, by uwolnić się od czkawki. Ktoś lub coś poza świadomą kontrolą musi obalić diabła we właściwym momencie, gdyż, będąc archaniołem, umie on czytać w myślach i jest zawsze świadom intencji
poprzedzających działanie. Może zostać pokonany tylko czynem bez wcześniejszego zamiaru. "Niech twoja lewica nie wie, co
czyni prawica".

W chrześcijańskiej terminologii owe "ktoś lub coś poza świadomą kontrolą" nazywane jest łaską Boga; łaska uważana jest za
jedyny środek pokonania machinacji diabła, to znaczy błędnych kół, do których prowadzi nas samoświadomość Bóg jako dawca
łaski ma zatem tę samą funkcję, co guru lub przewodnik duchowy w hinduizmie i dlatego "środek łaski" byłby poprawnym
odpowiednikiem upai. Lecz wydaje się, że chrześcijanom nie przyszło na myśl, iż środki łaski mogą zawierać nabieranie; że w leczeniu dusz Pan mógłby użyć placebo, żartu, szoku, oszustwa i wszelkiego rodzaju pośrednich i zaskakujących metod
przechytrzenia ludzkiego cudownie bronionego egocentryzmu. (Mówię teraz w czysto chrześcijańskich terminach, na poziomie,
gdzie nie wiemy nic o tat tvam asi). ["Tat tvam asi" jest sanskryckim terminem kluczowym dla hinduizmu: "Jesteś Tym", czyli "Jesteś Bogiem"].

Lecz na nieszczęście Pan wydaje się być zupełnie pozbawiony dowcipu i poczucia humoru. Jego oficjalne wypowiedzi, święte
teksty, są rozumiane tak, jak gdyby były Uroczystymi Oświadczeniami - być może niebranymi zupełnie dosłownie, lecz na pewno bez lekkości dotyku, podtekstu, ironii, przesady, karykatury samego siebie, nabierania, dziwaczności czy uciechy. Jednak co, jeśli ten pokaz uroczystości jest faktycznie rodzajem pustego gestu? Jeśli uważa się, że Pan ukrywa swoją chwałę, ażeby nie była zbyt jasna dla oczu śmiertelników, to czyż nie może być tak, że ukrywa on swą radość, jako być może coś tak wesołego, że ludzie nie mogliby tego znieść?
"Al Padre, al Figlio, allo Spirito Santo"
comincio "Gloria" iutto il Paradiso,
si che m'inebbriava il doice canto. Gio ch' io vedeva mi sembiava un riso
dell' universe; per che mia ebbrezza,
entrava per I'udire e per lo visa.

(Tłumaczenie: ">Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu - zaczął śpiewać cały Raj - niech będzie chwała!< - upojony tak byłem jego słodkością. A co zobaczyłem przed moimi oczami, wydawało się śmiechem wszechświata, za pomocą którego moje upojenie
znalazło wejście tak przez dźwięk, jak i widok." "Paradiso" xxvii, 1-6).

Jeśli zatem, tak jak sugeruje Dante, anielski hymn oddający cześć Świętej Trójcy brzmi jak śmiech wszechświata, to co jest Żartem?

 

 

Oceń treść:

Average: 8.5 (2 votes)
Zajawki z NeuroGroove
  • Gałka muszkatołowa

  • 4-HO-MET
  • Przeżycie mistyczne

Urodziny kolegi, przyjemne miejsce, las, jezioro

 

  • Szałwia Wieszcza

Autor: electrofreak

Set & settings: własny pokój, sam w domu, paliłem przez okno

Dokładne dawkowanie: SD ekstrakt x10, ile nie wiem dokładnie - więcej w TR

Wiek: 21

Doświadczenie: salvia po raz pierwszy, tzn. paliłem susz brak efektów, wcześniej MJ, pixy, benzydamina, GBL, LSD, najróżniejsze stymulanty, różne mixy, sporo w szpitalu na różnych opiatach, coś tam jeszcze było, generalnie różnorodne, ale bez szału

  • Marihuana
  • Marihuana
  • Przeżycie mistyczne

Z dala od ludzi, w wirujacych na wietrze płatkach śniegu. Nastrój pozytywny - no bo jarać będę, smucić sie mam?

 W lutym to było. Tak mnie naszło, żeby pójść do lasu i sie spalic. I oto co z tego wyszło - co prawda doznania spisałam niemal od razu, ale postanowiłam podzielić sie nimi dopiero teraz.

"Jaka była przyczyna tego stanu?

Chemia rzecz jasna, moja lub ta przeze mnie wprowadzona. Na chemii wszystko sie rozpoczyna i kończy, Ona jest językiem Boga.

W każdym razie ostatnio moje neuroprzekaźniki urządziły sobie imprezę techno, za DJ-a robi Guetta.

Muzyka pierwszorzedna, o dragi, szyte na miarę, dba mój własny mózg.