hyperreal.info to największe polskie repozytorium informacji o substancjach psychoaktywnych. Aby wziąć udział w dyskusji i zobaczyć wszystkie działy, koniecznie rozważ założenie konta.
U nas możesz rozmawiać o wszystkim. Ważne, abyś przed napisaniem czegokolwiek, zapoznał się z istniejącymi tematami, w czym może pomóc wyszukiwarka, dostępna po zarejestrowaniu się w naszym portalu.
Ze względu na to, że substancje psychoaktywne są w Polsce wciąż nielegalne, lepiej załóż konto z innym nickiem niż na pozostałych portalach. Nie stosuj jednak kont jednorazowych, gdyż nie odzyskasz wtedy hasła.
Po zarejestrowaniu się
masz pełen dostęp do działów i wyszukiwarki, możesz kontaktować
się z innymi członkami społeczności, a poza tym zniknie też
irytujący baner z informacją, którą teraz właśnie czytasz ;-)
Na całym hyperrealu obowiązuje nasz
regulamin.
Nie stosując się do niego, możesz stracić konto.
Spora część forum jest moderowana, w trosce o jakość
dyskusji oraz komfort uczestników portalu.
Jeśli zauważysz jakiś post naruszający regulamin, nie wahaj
się go od razu zgłosić. Kliknij w odpowiednią ikonkę u góry
tego postu, a my zajmiemy się resztą. Nie akceptujemy zachowań,
które obrażają innych.
Witam ! Jako że jestem nowy w temacie a sezon się zbliża mam parę pytań na które, mam nadzieje, odpowiecie ;).
(Wszystkie pytania odnoszą się do łysiczki lancetowatej)
1.) Jak na ogół wygląda zachowanie po zażyciu 20-30 grzybków? Chodzi mi o takie zachowanie fizyczne, tzn. czy np. raczej się siedzi w jednym miejscu i podziwia piękne wizje czy biega się i skacze z radości (taka nadpobudliwość ruchowa)?
2.)Czy po zażyciu 20-30 grzybków zachowujemy "normalną" świadomość ? To znaczy, wiemy że mamy teraz tripa, wiemy gdzie jesteśmy itp.?
3.)Czy alkohol w jakiś sposób wpływa na działanie grzybów? Jeśli tak to w jaki?
4.)Czy mając fazę jestem w stanie zrobić sobie jakąś krzywdę cielesną?
Na tą chwilę to wszystko ;). I z góry dzięki za odpowiedzi :). A jeżeli już gdzieś na forum mogę znaleźć odpowiedź na któreś z moich pytań to przepraszam (lenistwo :P ).
– Tak więc zostaliście bez pociechy duchowej?
– Jest wódka. ~Andrzej Sapkowski
Generalnie zależy jak mocno to 30 cię porobi. Wiekszosci ludzi po takiej dawce nie odpierdala jakos specjalnie. Kontroluje sie wszystko poza smiechem. Tego akurat nie da sie opanowac :razz: alkohol zazwyczaj faze psychedeliczna splyca.
1. Raczej jest to uspokojenie, jednak w początkowej fazie są wybuchy śmiechu które ciężko jest opanować (ale są one krótkie) i jest niemała stymulacja (nie chce sięsiedzieć na miejscu), ale wszystko może ukoić muzyka
2. Tak- Świadomość zostaje nawet przy dość dużych dawkach (80-100 świeżych grzybów)
3. Nie mam informacji, ale moim zdaniem dodawanie "upośledzacza" do tak pięknego przeżycia jest GRZECHEM
4. Wątpię- W przypadku Bad Tripa (zazwyczaj występuje za drugim razem- Niewiadomo dlaczego) można mieć problemy z "ogarnieciem" i wtedy jest niebezpiecznie
Ogółem- Świadomość "gdzie jestem, co robie, co siedzieje"- Jest po zażyciu grzybów nienaruszona- Zmienia się twoje Ego
Fizycznie jest OK, jednak przy i po peaku nie chce się zbytnio ruszać ;)
1. Przy takiej dawce (30) grzyby powinny zadziałać na ciebie lekko. Może i to dziwne, ale u mnie pierwsze dwa tripy (w ogóle z psycho) przy 30 grzybach dały znikome efekty. Dopiero kolejne próby przy 50 były dobre i przy takiej dawce zostaję do dzisiaj, choć zdarzały się eksperymenty (wywar 3g - za mocno {[(albo za słabo???)]})).
2. W dawce 20-30 grzybków działanie będzie delikatne, może być nawet niezauważalne z zewnątrz. Jednak po 50+ już raczej nie ma opcji. Już nawet sam chód jest taki "rozlazły", niby od niechcenia. Przez telefon nie ma problemu.
3. alko osłabia grzyby i nie ma sensu pić tego przed grzybami. Jeśli lubisz piwo to można wypić 1-2, ale już po tripie.
4. Pewnie tak, niewiadomo co ma człowiek w głowie, ale uważam, że nie ma takiej opcji w dawce nawet 50 grzybów.
Pani Jedyna pisze:
2. W dawce 20-30 grzybków działanie będzie delikatne, może być nawet niezauważalne z zewnątrz.
Oj, tak bym nie generalizował. Równie dobrze może być grubo. Jeden z byłych moderatorów po takiej dawce o ile pamiętam poczuł się jak Mickiewicz, uwierzył w Boga i porzucił forum ;-)
Jego TR w dwóch częściach:
Spoiler:
Substancja: psylocybina, zawarta w 30 suszonych łysiczkach lancetowatych
Doświadczenie: alkohol, marihuana, haszysz, tatarak, calea zacatechichi, LSA, DXM, salvia divinorum, coleus blumei, kofeina, benzydamina, anadenanthera peregrina. Może coś jeszcze, ale to już chyba wszystko.
Set & Settings: Wieś, totalne zadupie. Wczesny ranek. Nastawienie pozytywne, choiaż musze przyznac, że nie wierzyłem w moc grzybów. Głupi byłem.
Przed
Obudziłem się o 4.45. Ubrałem się, spakowałem plecak, wsadziłem grzyby do kieszeni, zjadłem lekkie śniadanko (dwie kromki chleba z masłem) i pojechałem. Około 5.30 zatrzymałem się i zjadłem 30 suszonych łysiczek lancetowatych. Zapiłem je wodą. Smak przyzwoity – grzybowy, trochę ziemisty. Bez rewelacji, ale złe tez nie byly. Czyli ok.
O 6.00 znalazłem się już za miastem, niedaleko miejsca, gdzie niedawno próbowałem yopo i gdzie paliłem szałwię. Zaczął mnie ogarniać dziwny niepokój, zsiadłem więc roweru i zacząłem go prowadzić.
Wydaje mi sie, że już wtedy zaczęło działać. Lekkie wyostrzenie kolorów, niewielka euforia. Nic w sumie nadzwyczajnego. Wszedłem na pole, skręciłem w lewo, po czym usadowiłem się wygodnie na trawie. Przed soba miałem dwa kilometry szczerego pola, a dalej las. Piękny, majowy poranek.
Wymierzyłem po prostu idealnie. Grzyby zaczęły działać dokładnie o godzinie 6:10, w momencie, gdy usiadłem na trawie.
Niebo
Weszło nagle. Na początku pojawiła się ogromna euforia, radość. Czegoś takiego nie miałem jeszcze okazji doświadczyć, po prostu masakra. Śmiałem sie długo i głośno, tak cudownego uczucia szczerej, prostej radości nigdy jeszcze nie czułem. Kolory wyostrzyły się, świat stał sie taki...taki...taki zajebisty. Popatrzyłem na swoje spodnie. Materiał dosłownie chodził, widziałem każdą nitkę, widziałem, jak się poruszają, przemieszczają, przekształcają. Było to piękne i czyste, a jednocześnie niesłychanie dziwne. Popatrzyłem na rower leżący obok mnie. Zakręciłem przednim kołem. Wpatrywałem się z podziwem w wirujące szprychy, podziałem skomplikowane geometryczne kształty, jakie tworzyły. Spojrzałem w niebo. Na porannym niebie praktycznie nie było chmur, poza długim pasmem, ponad lasem. Widziałem w nich twarze, oczy, skomplikowane, precyzyjne kształty. Jednocześnie odczuwałem delikatne mrowienie w każdej części ciała. Czułem, że coś we mnie rośnie i prosi o uwolnienie – a więc uwalniałem to coś - śmiałem się jak szalony.
Podniecony nowym stanem wyciągnąłem z plecaka zeszyt. Musiałem to jakoś opisać.
Tylko jak? Jak można opisać czystą ekstazę?
Naskrobałem wiersz, po czym wsadziłem zeszyt do plecaka, wziąłem rower i poszedłem miedzą w stronę ścieżki, która mógłbym dojść do lasu. Podziwiałem świat i cieszyłem sie ze wszystkiego. Śmiesznie to musiało wyglądać, jak szedłem przez pole z rowerem, a na mordzie banan od ucha do ucha. Czułem się cudownie, a mój stan cały czas się pogłębiał.
Dotarłem do ścieżki i skierowałem sie do lasu. Minąłem po drodze jakiegoś gościa z trzema wielkimi psami. Nie, to nie była halucynacja, jestem tego pewien. Miałem problem z przejściem obok niego, bo gdzieś wewnątrz mnie wzbierał niepohamowany śmiech. Gdy odszedłem kawałek dalej, zacząłem sie znowu śmiać.
Zbliżałem sie do lasu. Zdawał się być jednocześnie blisko i daleko – nie mogłem ocenić odległości, było to po prostu niemożliwe. Nie przejmowałem sie tym.
Zatrzymałem się, aby się wysikać. Odlałem sie na drogę i zauważyłem nowe dziwo. Słońce wstało już na tyle, że mogłem w pełni cieszyć się wyjaskrawieniem kolorów. To trochę tak, jakby ktoś podkręcił mi nasycenie barw o 200%. Cudowna sprawa. Rozglądałem się, podziwiając barwy i nagle stwierdziłem, że nie wiem gdzie jestem. Percepcja przestrzeni zmieniła mi się zupełnie – nie mogłem ocenić, jak daleko są widziane w oddali budynki, drzewa, las, miasto. Miasto zdawało się być oddalone o przynajmniej dwa razy tle, co w rzeczywistości – widziałem je gdzieśtam, ale małe, odległe. Odległe obrazy były spłaszczone, bliskie z kolei wypukłe. Otoczenie wyglądało zupełnie inaczej, niż na trzeźwo. Znalazłem sie w jakimś obcym miejscu. Obcym, ale i pięknym. W bajce.
Przypominało mi to obrazy Van Gogha, bardzo podobny klimat. Van Gogh musiał jeść grzyby.
Rzuciłem rower, zrzuciłem plecak, siadłem na trawie i zacząłem pisać kolejny wiersz. Chciałem jakoś opisać swój stan, ale nie wiedziałem jak. Pomyślałem, że na początku wiersza powinna się znaleźć inwokacja do Boga – tak też zrobiłem. A jak raz rozpisałem się o Bogu, to nie mogłem przestać. Wkręciłem sobie, że jestem romantycznym poetą z pierwszej połowy XIX wieku i stałem się nim. Przeniosłem się w czasie i pisałem wiersze o Bogu.
Napisawszy jeden wiersz, wstałem i zacząłem czytać go światu. Potem pomyślałem, że poimprowizuję. Spojrzałem w stronę słońca i zacząłem recytować poezję, wiersz, który sam napływał mi do głowy. Rozochociłem się strasznie. Jest taka scena w „Dniu Świra”, scena, gdy główny bohater opowiada uczniom o „Sonetach Krymskich” Mickiewicza. Mówiłem w taki sam sposób jak on, z pasją, podnieceniem. Przeżywałem każde wypowiedziane słowo, każdy gest. Wiersz dotyczył Boga i Jego Wielkości, tak ogólnie rzecz biorąc.
Po kilku minutach opiewania Stwórcy zerknąłem na zegarek, coby sprawdzić, która godzina. Był jakoś daleko, więc schyliłem się, żeby dokładnie zobaczyć. Ku własnemu zdumieniu okazał się nagle, że oglądam własne buty. Wyprostowałem się. Napisałem kolejny wiersz (w trakcie pisania zauważyłem, że mam dziwnie krótką i karłowatą jedną rękę, a drugą z kolei długą i wąską).
Chciałem napisać jeszcze jeden, ale doszedłem do wniosku, że to bez sensu. Jestem poeta i tak dalej, ale co za dużo to niezdrowo, po co rozmieniać sie na drobne?
Rozejrzałem się. Zaskoczył mnie widok ścieżki - miała kilka metrów więcej szerokości niż naprawdę.
Wziąłem rower i poszedłem w stronę lasu. Nie wiedziałem, jak daleko może być, ale jakie to miało znaczenie? Szedłem i szedłem, a las był ciągle tak samo daleko ode mnie. Czułem sie świeżo, czysto, a przede wszystkim niesłychanie trzeźwo. Nigdy nie czułem się tak trzeźwy jak wtedy. Świat się naćpał i świruje, ok – ja byłem zupełnie trzeźwy. Kiedyś wydawało mi się, że po marihuanie umysł robi się czysty i klarowny, ale nie ma porównania z grzybami.
Chodzenie było bardzo przyjemne – nogi i ręce wyginały mi się na wszelkie możliwe strony, stawiałem kroki raz króciutkie, a raz trzymetrowe. Kierownica roweru zmieniała długość i grubość.
Zanim jeszcze doszedłem do lasu, zacząłem zastanawiać się nad wierszami. Z tematu wierszy przeskoczyłem na tematykę Boga. I nagle...nagle mnie olśniło.
W momencie wkraczania do lasu zrozumiałem, co to jest prawdziwa wiara. Nie ma to nic wspólnego z chodzeniem do kościoła i tak dalej. Nie. To wszechogarniająca pewność, że Bóg jest i dba o mnie. Zacząłem to sobie roztłumaczać. Szedłem więc przez las i gadałem do siebie, niezupełnie zdając sobie z tego sprawę. Odczuwałem obecność Boga w każdym żywym organiźmie, w drzewach, owadach, ale też w ziemi, powietrzu, w niebie i w chmurach. Bóg jest tam wszędzie. Bóg stworzył ludzi, aby mieć kogo kochać. Bóg daje nam moc, dar, abyśmy mogli opisywać i wielbić Jego i świat. Ba – Bóg nie tylko dał nam moc opisywania świata, ale nawet zszedł do nas, jako człowiek. A my co zrobiliśmy? Zabiliśmy Boga, chociaż Boga nie można zabić.
Każdy człowiek powinien wielbić Boga poprzez twórczość – za pomocą której może opisywać majestat Świata.
Nazwałem to chrześcijaństwem absolutnym.
Tych kilkadziesiąt minut to było coś pięknego – byłem w pełni zjednoczony z Bogiem (który stał przy mnie), z naturą, ze światem. Nie istniała przeszłość ani przyszłość. Czułem, że mam cel w życiu – wielbić Boga – i to było najważniejsze. Wypełniała mnie potężna miłośc do Boga. Wypływała z tego niesłychana radość, euforia, ale i spokój.. Byłem tak podniecony, że w kółko powtarzałem sobie wszystko, czego się właśnie dowiedziałem o Bogu, wciąż od nowa. Podstawą monologu były słowa „Bóg daje moc”.
Fragment mojego monologu: „...Bóg daje moc...ale TAKĄ moc....dar...abyśmy mogli Go opisywać i wielbić...Bóg daje moc...MOC...o kurwa mać...”
Wyszedłem z lasu i znów szedłem drogą między polami. Dalej mówiłem do siebie. Przyszło mi do głowy, jakby to było być Bogiem. Zaraz potem jednak powiedziałem sobie, że to złe – nie można być Bogiem. Bóg jest jeden. Tylko jeden. A potem przyszła mi do głowy straszna myśl: „Jak można nie wierzyć w Boga? Jakie to musi być straszne! Jak można być tak głupim i nie zdawać sobie sprawy, że Bóg jest przy każdym z nas?”
Rozpłakałem się. Odmówiłem szybko Ojcze Nasz, dorzuciłem na końcu „Bóg daje moc” zamiast standardowego „amen”. Wyciągnąłem telefon i napisałem sms do Sna - „Jak można nie wierzyć w Boga?”. Poszedłem dalej.
Czysta psychodelia – kompletnie zaburzona percepcja przestrzeni, wyginanie się rak i nóg, efekt „rybiego oka”, cudownie przejaskrawione, niesłychanie głębokie kolory. A do tego wszystkiego mistyczne poczucie Bożej obecności. Czego chcieć więcej?
Mówiłem sobie, jaki byłem głupi, nie wierzyłem w Boga...a Bóg przyszedł do mnie. Ukrył się w 30 niepozornych grzybach i ukazał mi się w całym majestacie. Odrzuciłem Go, ale nie odszedł. Tylko się schował, gdzieś głęboko, czekając na okazję, by udowodnić mi, jakim jestem idiotą.
Potężny atak wiary.
Szedłem właśnie skrajem lasu, gdy dostałem smsa od Sna: „Widzę, że już wiesz, co to znaczy czysta zajebistość.”. Ucieszyłem sie strasznie i zadzwoniłem do niego.
- ...kto tam... - zaspany głos
- (nagły, niepowstrzymany atak śmiechu)
Wyłem jak durny, słychać mnie było pewnie po drugiej stronie pola (notabene, wyglądało, jakby miało kilkanaście kilometrów długości – z mapy wynika, że miało półtora kilometra tylko).
- Oho...witamy w ruskiej bajce.
- Nie, to nie to. - wydukałem.
- A co? Muminki? Smerfy?
- (kolejny atak wściekłego śmiechu) – Ale ja kurwa głupi byłem. Ej, pewnie się właśnie obudziłeś?
- No raczej.
- Musze kończyć.
Rozłączyłem się. Rzut oka na zegarek upewnił mnie, że minęły już dwie godziny (była równo ósma). Moja miłość do Boga sięgnęła w tym momencie zenitu. Napiłem się trochę wody – Bóg siedział w tej wodzie. Parsknąłem śmiechem i przy okazji oblałem się cały. Niby pech, ale było to tak cudowne, że znowu zacząłem się śmiać
Poprowadziłem rower dalej ścieżką. Wkroczyłem znów na pole.
Na polu zgubiłem się. Bóg nagle zniknął i zostałem sam. I zaczął sie horror.
Spoiler:
Piekło.
Nie wiem właściwie, co poszło nie tak. To chyba przez brak jakiejś drugiej zgrzybionej osoby obok mnie. Zresztą to bez znaczenia – złapałem bad tripa, a bad trip po grzybach to istne psychodeliczne piekło.
Poszedłem najpierw polem w stronę szosy. Przerażało mnie, że jestem sam. Odlałem się. Zawróciłem. Ogarnął mnie strach – jakie mogę mieć w tej chwili źrenice? Teraz widzę, że to było absurdalne – pole, w promieniu co najmniej dwóch kilometrów żadnego człowieka, a ja się boję o oczy. Szkoda, że nie wziąłem lusterka. Nie, zaraz – mam komórkę. Ekran odbija światło na tyle, by zobaczyć własne oczy. Spojrzałem.
Miałem jednocześnie pięciozłotówki i szpileczki.
Nie mogłem dojść, jakie mam źrenice. Widziałem normalne, widziałem rozszerzone do granic możliwości (kompletny brak tęczówek), a były też szpileczki. Nie wiedziałem, który obraz jest prawdziwy – przemieniały się co chwilę, nie mogłem dojść z nimi do ładu. Uznałem, że są rozszerzone.
Ogarnęła mnie panika – co będzie, jak ktoś to zobaczy?
Zacząłem biec z rowerem z powrotem w stronę lasu. Nie było to proste. Tzn., było proste, bo biegłem, ale ciężko jest spokojnie biec, gdy nogi i ręce wyginają sie na wszystkie strony, gdy stawia się kroki jednocześnie trzymetrowe i dziesięciocentymetrowe, a mózg jest zewsząd bombardowany informacjami przez nadnaturalnie wyostrzone zmysły.
Bieg trwał wieki. Gdy dobiegłem pod las, byłem już nieźle zmachany. Siadłem na ziemi. Byłem sam, sam, sam, Bóg mnie znowu zostawił, świat jest naćpany, a ja nawet nie wiem gdzie jestem. Wytworzył się z tego pokręcony ciąg logiczny, ostateczną myślą było: „Zjebałem wszystko. Wszystko. Zjebałem sobie życie. Wszystko przez ćpanie. Tak już będzie zawsze. Oszalałem”.
Nie potrafię tego opisać – nagły atak depresji, kompletny dół. Chodziły mi po głowie nawet myśli samobójcze, ale na szczęście nie byłem aż tak nagrzybiony, żeby głębiej się nad nimi zastanawiać. Przerażający dół był i tak wystarczająco przerażający.
Myślałem, że się rozpłaczę. Wysłałem do Sna smsa z pytaniem, kiedy to się może skończyć. Sen odpisał, że pewnie za godzinę będzie już ok.
Chciałem, żeby godzina minęla jak najszybciej. Niestety, czas miał to w dupie. Zawsze zapierdala jak wściekły, a teraz zwolnił i zagęścił się tak, że niemalże stanął.
Percepcja czasu już była wcześniej zaburzona, ale nie aż tak, jak w tym momencie. Czas niemalże stanął. Byłem prawie pewien, że trafiłem do piekła.
Obiektywnie rzecz biorąc, trwało to około godziny. Subiektywnie – wieczność. Byłem zupełnie pewien, że popierdoliło mnie na stałe – że to się nigdy nie skończy. I tak stałem sobie na polu przerażony i zrozpaczony, a wokół mnie trwała w najlepsze sroga psychodela – niesamowite nasycenie kolorów, deformacje przestrzeni (uniemożliwiające zorientowanie sie, gdzie sie jest), wyginanie się przedmiotów i nawet halucynacje (widziałem np wyraźnie nagiego, bezpłciowego człowieka siedzącego sobie na drzewie).
Czas powolutku płynął i zrobiło mi się lepiej. Ruszyłem polem w stronę szosy. Psychicznie czułem się w miarę stabilnie, ale grzybowa euforia gdzieś wyparowała – zostało lekko zmienione myślenie i zaburzenia wizualne w postrzeganiu otoczenia. Dotarłem do szosy. Chciałem przez nią przejść, ale z powodu problemów w ocenie odległości nie wiedziałem, czy jadące samochody są blisko, czy daleko. Poczekałem na kogoś, kto by przechodził i zabrałem się z jakimś żulem kierującym się do sklepu.
Następne półtorej godziny to było już zejście. Pierwsze zniknęły kolory, potem zaburzenia wizualne. Na końcu odeszło to kretyńskie uczucie, że np. Noga jest wygięta w lewo, czy prawo, chociaż wizualnie wygląda jak trzeba. Nie wiem jak to było z myśleniem, ponieważ cały czas czułem się trzeźwy (chociaż nie jest to taka trzeźwość jak po np. benzydaminie, tylko taka inna trochę, nie wiem, jak to nazwać). Rozmyślałem o podróży i o tym, jak zjebałem (?) sobie życie narkotykami.
Do domu wróciłem jakoś po jedenastej, pięć i pól godziny po zjedzeniu grzybów. W lustrze zobaczyłem, że mam lekko powiększone źrenice, ale na pewno nie jakoś nienaturalnie. Wykapałem się (ściany łazienki jakby oddychały, ale nie jakoś bardzo), a potem powolutku ostatnie nikłe efekty zaczęły znikać i po 15 było już normalnie.
Po
Wyżej opisany trip odbył się wczoraj. Nie potrafię jeszcze ocenić, czy grzybowe doświadczenie mnie zmieniło, ale podejrzewam, że z czasem coś zauważę. Czy było warto? Nie wiem - ale myślę że tak. Poznałem coś, co idealnie spełnia moje wyobrażenie o prawdziwej psychodelii. Nic, co znam, nie może być porównywane do grzybów. Może szałwia, ale ona działa jakby w druga stronę (odrealnia, a grzyby przerealniają). Jestem prawie pewien, że będę jeszcze jadł grzyby. Chociaż, z drugiej strony, nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co może sie dziać po np. 50, albo 100 łysiczkach, jeżeli już po 30 mamy niesamowitą, psychodeliczną jajecznice.
Wiersze
1.Oceany
Być może przemawia przeze mnie poezja
Być może przemawia przeze nie czas
Pewnie mnie nie zrozumiecie
Ale coś wam powiem
Widzę ocean
Pierwotny ocean szczęścia
Ogrody Edenu
Łąki Van Goghiem malowane
I pradawne chmury
Widzę oceany szczęścia
Ojezu
Nie, ja w nich pływam
2. ***(Boże, daj mi dar)
Boże, daj mi dar, bym mógł Cię opisac
Daj mi dar, by opisać te łaki malowane
Łąki malowane w ekstazie barw
Pociągnięciami pędzla pełnymi
Twej wizji i syntezą kolorów
MOC
Daj m moc, Boże
W czystej ekstazie barw
Stworzyłeś świat
A ja w nim żyję
i wiem
Że istniejesz
Bo gdyby Cię nie było
To nie byłoby mnie i nie mógłbym podziwiać
Tego, co stworzyłeś
Daj mi szczęście, bym mógł wrócić
Do domu.
* * *
Wracam do domu, tato!
3.W świat
Daj mi dar
To niebo pełne błękitu
I łąki w zieleni
Las
Jesteś poetą barw
MOC
Daj mi moc poety
Mickiewicza, Słowackiego
Pomalujmy razem świat
Dajcie mi tylko znak
i pójdziemy
razem
4.Stworzyłeś mnie świecie
Ja, twierdzicie
Posiadłem dar
By stwarzać, malować
Być Twym posłańcem, Boże
Ale kim jestem, by Cię opisać?
Boże
Ty jesteś ekstazą
Chcę Cię doświadczać co rano
Co dzień móc
opisywać Twój majestat
Daj mi tylko moc, Panie
Mam jeszcze parę pytań ;).
1.) Czy obecność opiekuna, nie koniecznie znajdującego się w pobliżu (mamy po prostu świadomość ze ten opiekun gdzieś tam stoi i nas obserwuje) może w jakiś sposób wpłynąć na przeżycia podczas pierwszego zażycia grzybkow?
2.)Czy tak jak powyżej, świadomość obecności opiekuna, może zmniejszyć lub zwiększyć prawdopodobieństwo wystąpienia przeżycia mistycznego?
3.) Jakie czynniki, oprócz nastawienia i humoru, mogą wpłynąć na wystąpienie bad-tripa?
4.)Czy kawa, herbata lub yerba mate w jakiś sposób może wpłynąć na trip po grzybkach? Jeśli tak to w jaki?
5.)łysiczek lepiej szukać na polanach u podnóża gór czy w samych górach (Tatry)?
6.)Czy uważacie ze pomysł przeżycia tripa gdzieś w gorach , po za szlakiem jest dobrym pomyslem? Oczywiście biorę pod uwagę zwierzęta które mogę wystraszyc śmiechem nie do opanowania. ;)
– Tak więc zostaliście bez pociechy duchowej?
– Jest wódka. ~Andrzej Sapkowski
I jeszcze jedno pytanie. Czy grzybki można stosować jako taki stymulant kreatywności? Chodzi mi o takie spożycie nie wielkiej ilości grzybków (2-5 ) tylko po to aby zwiększyc swoją kreatywość bez jakichkolwiek wizji? ;)
Z góry dzięki za odpowiedź do tego jak i poprzednich pytań. ;)
– Tak więc zostaliście bez pociechy duchowej?
– Jest wódka. ~Andrzej Sapkowski
@winogron
1/ może wpłynąć w podobnym stopniu jak obecność chmur
2/ zależy od tego co masz w głowie i jak bardzo jesteś w stanie zaufać ewentualnemu opiekunowi
3/ czynników jest wiele, np przypadkowo spotkani ludzie i agresja z ich strony, albo inne takie epizody, lub np. manifestacja UFO tym bardziej jeśli masz do nich uprzedzenia
4/dobra herbatka/kawa nie jest zła ;-) jeśli lubisz to na pewno poprawi Ci nastrój, grzybki i tak przejmą kontrolę
5/ nigdy nie szukałem w górach, ale mam wrażenie że na gołych turniach nie warto :cheesy:
6/ oczywiście, trip na łonie Natury jest wspaniałym przeżyciem, wcześniej upatrz jakieś spokojniejsze miejsce gdzie mógłbyś czuć się bezpieczny
7/ można, wszystko zależy od Ciebie jak wykorzystasz swoje grzybki
Coraz więcej Francuzów sięga po kokainę. Mafia silniejsza niż państwo?
Kokaina przestała być we Francji narkotykiem elit. Sięga po nią już około półtora miliona osób, a handel białym proszkiem stał się biznesem wartym nawet siedem miliardów euro rocznie. W siłę rosną mafie, Marsylia zmaga się z kolejną falą gangsterskich porachunków, a eksperci alarmują, że kraj mierzy się z kryzysem zdrowia publicznego.
Policjanci z warszawskiej Woli udaremnili przemyt narkotyków z Hiszpanii do Polski
Policjanci z warszawskiej Woli udaremnili międzynarodowy przemyt narkotyków i zabezpieczyli ponad 10 kg czystej kokainy ukrytej w specjalnych skrytkach pojazdu. Dzięki funkcjonariuszom narkotyki nie trafią na warszawski rynek, a osoby biorące udział w tym procederze, usłyszały zarzuty w prokuraturze i zostały tymczasowo aresztowane. Zatrzymanym mężczyznom może grozić kara do 20 lat więzienia.
Za "przekąski" z Kalifornii grozi mu 20 lat więzienia
W paczce z Kalifornii do Polski miały być przekąski. Funkcjonariusze Służby Celno-Skarbowej w Warszawie otworzyli puszki i znaleźli susz roślinny. Okazało się, że to była marihuana. Zarzut związany z przemytem usłyszał 22-latek.