Ale jeśli ktoś wpada w ciągi i nie jest w stanie żyć na trzeźwo, to prawda jest bolesna - ale jesteś sam sobie winny, kropka.
I jedyne, na co tacy ludzie są w stanie zwalić winę, to depresja. Bo tak jest najłatwiej. Ale już nikt się nie zastanawia skąd takie ciągi, albo co jest ich przyczyną. Dlaczego?
Bo trzeba spojrzeć w oczy swoim słabościom i zmierzyć się z nimi. Nie potrafisz zrobić tego sam? To zapraszam do psychologa.
Jeśli ktoś nie potrafi ograniczać używek, to niech się od nich trzyma z daleka - najwidoczniej nie są dla niego.
A z tym też nie jest łatwo. Chyba wszyscy wiemy, że jest to droga pełna błędów, zanim się dostrzeże jak dane substancje na nas tak naprawdę wpływają i jakie niosą ze sobą konsekwencje.
Możecie mnie uznać za chama, ale dla mnie sprawa jest prosta. Albo się biorę za siebie i odstawiam/mocno ograniczam jeśli mam problem. Albo użalam się nad sobą i lecę na ciągach, płacząc, że to wina depresji
Kurwa, depresja to właśnie w głównej mierze jeden z bonusów przesadnego ćpania. Nie na odwrót
Wiele osób zaczyna używać substancji właśnie dlatego, że wcześniej zmagało się z depresją, lękami, traumą czy innymi problemami psychicznymi. U innych jest odwrotnie – depresja pojawia się jako skutek wieloletniego brania. Najczęściej te mechanizmy wzajemnie się nakręcają i trudno wskazać jedną przyczynę.
Piszesz, że wystarczy spojrzeć w oczy swoim słabościom. Zgoda, tylko że właśnie z tym osoby uzależnione mają największy problem. Gdyby to było tak proste jak „weź się za siebie”, oddziały odwykowe świeciłyby pustkami.
Moim zdaniem można jednocześnie wymagać od ludzi odpowiedzialności za własne życie i nie sprowadzać uzależnienia do lenistwa, wymówek czy użalania się nad sobą. Rzeczywistość jest zwyczajnie bardziej skomplikowana niż „albo walczysz, albo płaczesz”.
Tak skrajnie upraszczajac w celach podgladowych:
Sport? Endorfiny
Relacje? Oksytocyna
Praca? Kortyzol, dopamina
Nawet ascetyzm mozna postrzegac jako specyficzna forme haju.
Wielce ekonomiczne rozwiazanie, choc z komfortem jakby gorzej.
Na dodatek ten chujowy stan to nie jest nawet trzezwosc. To rezultat przeprogramowania ukladu nerwowego w oparciu o zewnetrzne substancje a pozniej pozbawienia go ich. Dojscie do wzglednej rownowagi* chwile zajmuje, coz zrobic. Popierdolic smuty na kozetce, widocznie nie ma innej drogi...
Co prawda chwilowo brak polaczenia z Instytutem Danych z Dupy, wiec dokladnych liczb nie bedzie, niemniej podobno niepomijalna czesc wspanialych prawie lekarzy w postaci psychologow, wybrala ten kierunek w ramach samoleczenia...
Ojej!
Toz to slepy slepego prowadzic bedzie!
Ale placi tylko jeden...
*nie mylic z trzezwoscia.
Tak serio, to czekam na definicje tejze.
Dlugotrwala, nieprzymuszona abstynencja od arbitralnie przyjetej listy substancji i zachowan?
Uprzedzam, to tak serio. Chwile temu w watku obok paru forumowiczow pisalo o "zwiazku organicznym" i jak sie okazalo kazdy mial na mysli cos innego. Ale tam chociaz istnieje jasna definicja tegoz, po prostu nie wszyscy prawdopodobnie ja znali.
W sumie podoba mi sie koncepcja ze nie chodzi tyle o te mgliscie i rozniscie pojmowana trzezwosc, co o mozliwosc skonfrontowania sie z przykrymi stanami emocjonalnymi. Tyle ze wtedy tytulowe pytanie staje sie kuriozalne...
"Dlaczego przykre stany, powodujace dyskomfort sa chujowe?"
Człowiek po kilku latach regularnego bombardowania układu nagrody może być abstynentem, a jednocześnie czuć się fatalnie. To nie jest jeszcze żaden argument przeciwko trzeźwości, tylko opis okresu przejściowego. Wielu ludzi mówi „na trzeźwo jest chujowo”, podczas gdy w praktyce opisują stan po odstawieniu, a nie stan zdrowego funkcjonowania.
Z drugiej strony nie kupuję też narracji, że każda niechęć do trzeźwości wynika wyłącznie z uszkodzonego układu dopaminowego. Czasem po prostu okazuje się, że człowiek przez lata zagłuszał rzeczy, z którymi nie chce zostać sam na sam. Nuda, samotność, lęk, poczucie bezsensu czy brak celu nie znikają wraz z ostatnią kreską albo ostatnim blantem.
Dlatego pytanie „dlaczego trzeźwość jest dziadowska?” wydaje mi się źle postawione. Dla jednych jest dziadowska, bo są świeżo po odstawce. Dla innych, bo nie mają pomysłu na życie bez ciągłego stymulowania się czymś. A dla jeszcze innych wcale nie jest dziadowska — po prostu nie daje tak intensywnych bodźców jak narkotyki i trzeba się na nowo nauczyć czerpać satysfakcję z rzeczy zwyczajnych.
Paradoks polega chyba na tym, że zdrowa psychika nie oznacza ciągłego dobrego samopoczucia. Oznacza raczej zdolność znoszenia także tych gorszych stanów bez natychmiastowej potrzeby ich wyłączenia.
Wiele lat temu doszedłem do momentu w którym picie alkoholu zaczęło sprawiać że czułem się jak idiota (oczywiście wcześniej przeszedłem całe spektrum uzależnienia fizycznego od tej substancji), parę lat temu zacząłem czuć się tak po stimach. Nie powiem, że nie miałem wpadek i nie będę ich miał, bo to się zdarza - jesteśmy tylko ludźmi, ale zacząłem z politowaniem i współczuciem patrzeć na osoby w ciągach na kamieniu czy fecie. Moim zdaniem to ten powykrecany stan jest dziadowskim, jak ta zapadka w głowie zaskoczy to robi się dużo łatwiej
13 czerwca 2026OjciecPio2 pisze: stwierdzenie „jesteś sam sobie winny, kropka” nie tłumaczy zjawiska uzależnienia.
Może właśnie zamiast tak wyolbrzymiać ten problem (chociaż jest on diabelnie poważny i nie mówię, że nie), powinniśmy dawać ludziom zrozumieć, że tak naprawdę jest to kwestia: brać i nie brać. Serio, to jak z rzucaniem papierosów. Ludziom się wpaja, że to takie trudne, wręcz niemożliwe i mało komu się to udaje. Ale tak naprawdę to tylko i wyłącznie kwestia zaprzestania i już, koniec filozofii.
Nikt nie zaprzeczy, a wiemy że z fajami również wiąże się wiele mechanizmów psychologicznych.
Wyjście z nałogu wcale nie jest trudne - wystarczy przestać i poukładać sobie pewne rzeczy w głowie, ot co. Nie potrafisz zrobić tego sam? Od pomocy w tej kwestii są psycholodzy.
Po prostu przestańmy mówić o tym jak o czymś wręcz niemożliwym do osiągnięcia, a dajmy ludziom nadzieję, że jest to wykonalne i to w bardzo łatwy sposób. Bo tak właśnie jest.
Jedna dawka "molekuły duszy" może pokonać depresję na pół roku
Psychoaktywny kameleon. Dlaczego marihuana to nie psychodelik?
Powiedziała policji, że ktoś ją śledzi. Została zatrzymana za... posiadanie narkotyków
Zaalarmowała policję, że ktoś ją śledzi – usłyszała zarzuty za posiadanie narkotyków. 31-latka z Dobroszyc poprosiła funkcjonariuszy o pilną pomoc. Jak się okazało, jej zachowanie mogło mieć związek z działaniem substancji psychoaktywnych. Oleśniccy policjanci zostali postawieni na nogi przez 31-letnią kobietę z Dobroszyc. Spanikowana zgłaszająca poinformowała funkcjonariuszy, że śledzą ją podejrzani mężczyźni. Na dodatek grożą jej i wyzywają. Kobieta wyraźnie obawiała się o swoje bezpieczeństwo i prosiła o natychmiastową pomoc.
Już 1 drink dziennie zwiększa ryzyko zgonu. Alkohol nie przynosi żadnych korzyści
W Journal of Studies on Alcohol and Drugs ukazało się jedno z najbardziej kompleksowych badań dotyczących wpływu alkoholu na zdrowie populacji amerykańskiej. Zostało przeprowadzone przez ponad trzydziestu badaczy z wiodących instytucji naukowych, w tym z Columbia University, University of California, Mayo Clinic, University College London czy Harvard Medical School. Dostarcza ono precyzyjnych szacunków ryzyka zgonu powodowanego przez spożycie alkoholu z uwzględnieniem płci, wieku i poziomu konsumpcji.
KAS: Przemyt ketaminy w świecach zapachowych
Podczas kontroli w jednej z firm kurierskich, funkcjonariusze Służby Celno-Skarbowej (SCS) z Mazowieckiego Urzędu Celno-Skarbowego (MUCS) w Warszawie zwrócili uwagę na przesyłkę zaadresowaną do odbiorcy w Filadelfii (USA). Zgodnie z deklaracją nadawcy, miały się w niej znajdować świece zapachowe o wartości ok. 111 euro.