Więcej informacji: Lizergamidy w Narkopedii [H]yperreala
Widząc, że ten ten temat został zapoczątkowany w 2006 roku, trochę szczena mi opadła. Czuję się nieco 'late to the party' no ale cóż, zaintrygowało mnie LSD - początkowo sam byłem przesiąknięty stygmą co do tej substancji. Przekonał mnie jeden z moich druhów - wziąłem pod język jedną czwartą kartona około godziny dziewiętnastej i każdy z nas poprawił to kilkoma buszkami zioła. Coś tam było czuć - całość przebiegała w grupce czterech znajomych. Liznąłem coś tematu. Nie było żadnych visualsów, skały w zatoce miały ciekawą teksturę. Czułem duży luz w ciele. Rozmawialiśmy o teoriach spiskowych, głaskanie psa sprawiało mnóstwo radości, muzyka jakaś taka przyjemniejsza, ale miałem za to duży opór żeby wyjść z nimi i przejść się wzdłuż morskich fal. Czułem, że rozmowa klei się jak mało która. Jakby social interactions to była moja druga natura. A tak w zasadzie nie jest. Koło północy zaczęliśmy malować suchymi pastelami. Dzieło, które nam wyszło zatytuowaliśmy 'big story from nothing'. Zeszło nam koło czwartej nad ranem. Pamiętam, że siedzieliśmy na krawężniku przed naszym blokiem. Craiga jeszcze trzymało, to zaś zarzucił, że śmieciarze to cisi bohaterowie naszego społeczeństwa - gdyby nie oni, utonęlibyśmy w śmieciach. Tutaj pełna zgoda.
Pierwszy raz
Nieco ponad cztery tygodnie od wersji demonstracyjnej opisanej powyżej, po całym produktywnym dniu, około godziny dziewiętnastej, zażyłem* pięć szóstych kwadratu, tj prawie cały. Co istotne to fakt, że po powrocie do domu byłem wyczerpany i chciałem pójść spać. Kartonik zadziałał zbawiennie - dostałem strzała do działania w taki sposób, którego się nie spodziewałem. Zacząłem sprzątać szafę, w której trzymam ciuchy, sortować je ze względu na ich użyteczność i częstotliwość noszenia. Zacząłem drwić w myślach 'o kurwa, ja naprawdę się tak ubieram? przecież to niedorzeczne' Następnie zabrałem się za sortowanie rzeczy w szafkach.
Czułem już wtedy pełną moc kwasu - objawiała się ona dziwnym poczuciem lekkości w ciele i umysłu, bardzo obniżone poczucie zagrożenia (lekko i z pewnością siebie chwytałem niezabezpieczone brzytwy i żyletki) zorientowałem się dopiero po chwili i mocno się przestraszyłem - schowałem je na miejsce. Podczas porządkowania natknąłem się na swoje stare pamiętniki. Zacząłem je czytać z rzewną ciekawościa; pomyślałem 'o ja pierdolę, ten dzieciak w wielu rzeczach miał rację, ale miejscami był naiwny jak chuj'.
Niektóre paragrafy doprowadzały mnie do śmiechu. Dotarło do mnie, że w życiu głównie cierpię przez fakt, iż wierzę w smutną historyjkę którą sam sukcesywnie sobie tworzę, a teraz sam tkwię w tym mentalnym więzieniu na własne życzenie - choć wcale nie muszę.
Po chwili dostaję telefon od jednego z moich druhów. Nie miał prawa wiedzieć, żem nafurany. Odebrałem.
Zaproponował wizytację karczemną na swoim balkonie. Siadamy i rozmawiamy. To on załatwiał mi te kartoniki. Spojrzał mi w oczy i stwierdził, że mocno mnie skwasiło. Dopytywał, jak się czuję. Niechcący obarczyłem delikwenta czymś, co post-factum zgodnie określiliśmy mianem 'babysitting - tripping' Na dobre wyszło, ponieważ jest on jednostką bardzo obytą w temacie substancji wszelakich.
Rozmowa z druhem to zmiana optyki - początek formatu przestrzeni dyskowej wszelakich przekonań w moim mózgu. Kilka dni po tym wydarzeniu dowiedziałem się 'we were speaking some wise shit'
Podczas rozmowy miałem 'napady' takich dziwny spazmów-drgawek, coś jakby impuls neurologiczny z nerwu błędnego, niby kichanie ale bez psiknięcia. Proponował mi poprawienie ziołem, ale w tamtym momencie odmówiłem.
Około godziny dwudziestej trzeciej wróciłem do swojego mieszkania. To był początek moich nieprzyjemności. Sam jak palec w mieszkaniu. Generalnie paranoja i jeszcze więcej paranoi.
Bardzo boję się ciemności, kurwa. Muszę zapalić światło. Ktoś mnie obserwuje. Chcę uciec. Od kogo? Przed samym sobą. Nie ma ucieczki. Nie ma ucieczki nigdzie. Przed samym sobą nie ucieknę. Nie jestem w stanie w pełni zaakceptować tego faktu. Bardzo się boję. W szafce w kuchni jest paczka orzechowych chrupsów, ale nie jestem głodny. Jebać. Idę się położyć do łóżka. Nie zasnę. Ktoś mnie obserwuje, bardzo się boję. Może zamknę oczy. Ten pokój wydaje się taki ogromny, jakby za moją głową była ogromna przestrzeń z wszechmocną encją, której nie widzę, ale której mam pełną świadomość. Leżę i przed sobą widzę pomarańczową kurtynę, lekko pomarszczoną, która przysłania okno. Visualsy, których doświadczam, pochodzą właśnie z niej. Cały pokój jest nimi zajebany. Kurwa. Zalewa mnie lęk. Nie radzę sobie z tripem. Piszę do druha. czy ma trip killera, bo jest masakra. Dostaję zwrotkę 'I don't have anything bro, watch a movie or something' Stwierdziłem, że coś załączę. Jutub podrzucił na głównej rozmowę Winiego z Draganem. Nie mogłem, kurwa, trafić lepiej. Dragan to też musiał przerobić dużo kwasu. Fizyk kwantowy, kurwa mać. Zajebisty, wyluzowany chłop. Czekaj, co się dzieje? Czy ja opuszczam swoje ciało? Widzę ten ekran telefonu jakby z innej perspektywy. Co jest kurwa? Muszę iść po chrupki. Ale jest ciemno. No trudno, idę po chrupki z kuchni. Zaczynam jeść leżąc na łóżku, genialny kurwa pomysł. Jedyne co mnie trzyma na tym ziemskim świecie to ręka którą ładuje do opakowania z chrupsami a następnie tę zawartość wrzucam do buzi. Jestem jednym krokiem poza ciałem, ale cały czas uziemiam się chrupsami. Moje ciało to świątynia. Nie mogę się zabijać jedząc taki syf. Ta mięsna zbroja to jedyny gwarant mojego życia doczesnego. Muszę o siebie dbać. Kurwa. Od jutra. Najpierw dokończę te chrupki. Zjadłem. Efekt wycieleśnienia postępuje, odtwarzam zachowania z mojego życia w różnych sytuacjach, ilość masek które zakładam jest ogromna; dla każdego jest inna. Już się w tym wszystkim gubię. Każdemu przedstawiam moderowaną wersje siebie, panicznie boję się autentyczności. Kurwa, nie mogę tak siebie oszukiwać. Oszukuję siebie. Wszystkich dookoła. Moje ego jest niezwykle rozbuchane. Jestem pierdolonym materialistą i panicznie boję się otaczajączego mnie świata, za wszelką cenę nie chce żeby ktoś ujrzał mnie takiego jakim jestem. Kurwa. Moja szyja ma skurcze, ciągnie mi ścięgna. Bardzo nieprzyjemne uczucie. Nie jestem w stanie zaakceptować tego, że za mną jest ogromna przestrzeń i skierowany na mnie boski wzrok, po prostu nie jestem w stanie odpuścić i poddać się temu, co większe ode mnie, jakby śmierć. Wpadam w czarną dziurę. Nie chcę tej śmierci.
Popełniłem duży błąd, ponieważ o godzinie ósmej rano poprawiłem to wszystko sporą ilością zioła z nadzieją, że mnie zmuli na sen. Przedłużyłem tym samym swoją agonię aż do godziny piętnastej.
Doświadczenie to miało miejsce półtora miesiąca temu, a efekty odczuwam do dzisiaj. Moje przekonania o świecie i lęki mocno zmiękły i jest miejsce na kształtowanie się nowych opinii i poglądów na dane tematy. Wydaje mi się, że osiągnąłem tym samym kilkuletni efekt psychoterapii w jedną noc. To dlatego, że jestem bardzo psychoterapiooporny, czuję opór przed zmianą swoich zachowań. Dotknął mnie po tym dość duży kryzys tożsamościowy, ale jednocześnie zmniejszyła się ilość negatywnego dialogu, który na codzień w mojej głowie prowadzę, nawet o tym nie wiedząc. Czuje się jakbym przebił pierwszą warstwę cebuli. Z negatywnych efektów, które zostały ze mną do dzisiaj, to okazjonalny skurcz ścięgien szyi, coś w rodzaju tiku nerwowego wyraźnie przypominającego odklejki po kwasie. Występuje on u mnie na codzień i nie chce mnie puścić. Po rozmowie z druhem, już po tym zdarzeniu, dał mi do zrozumienia 'it truly a serious drug - do not fuck with your brain' Dostałem przestrogę, zachęcił mnie do poczytania o LSD i zgłębił temat możliwych powikłań, bad tripów, diet które można wprowadzić przed wzięciem jeszcze większej dawki, żeby zmaksymalizować efekt terapeutyczny i zminimalizować ryzyko czegoś strasznego - słyszałem bardzo wiele nieciekawych historii. Właśnie tak znalazłem to forum i bardzo się cieszę, że jest takie miejsce w internecie, które gromadzi piękne dusze i zbiera opinie i informacje na temat takich substancji, dziękuję Wam i pozdrawiam z Wyspy Tajemnic.
Odczułem objaw "ciasny sweterek", później odmienną świadomość i rozmaite wizje jak porastające kwiaty lotosu, uśmiech w sercu i głębokie spojrzenie w siebie...
Tego sie nie zapomni - tesknie.
Z koleżanką pojechaliśmy na imprezę plenerową z brejkorami na drugi koniec Polski. Byłem strasznie zajarany, bo od kolegi doświadczonego w kwasach dostałem radę by na miejscu znaleźć jakąś ekipę z Czech i napewno będą mieli kwasy. Było to w zachodnio-pomorskim i jechaliśmy tam z koleżanką kilkanaście godzin PKP, a ja chyba przez większość drogi zajarany pierdolilem o tym, że musimy znaleźć Czechów. Po podróży PKP, pomyleniu kierunków, znalezieniu się w Szczecinie i zorientowaniu się, że cel podróży minęliśmy i musimy zawrócić 100km pociągami, a następnie szukać celu poruszając się przez pół dnia stopami i zaliczając kolejne fuckupy po drodze, dotarliśmy w końcu na miejsce.
Gdy dotarliśmy wycieńczeni na miejscowkę, koleżanka wskazała na kilku gości bawiących się przy ognisku i z nieukrywaną złością powiedziała ,,masz swoich pierdolonych Czechów". Podbiliśmy, ja jako przeciwieństwo poligloty zapytałem tylko ,,LSD?", a jeden z chłopaków wystawił do mnie język na ktorym miał kilka kartonów. Ekipa okazała się Szwajcarami lub Austriakami, juz nie pamiętam, dostaliśmy od nich kilka znaczków w prezencie i za chwilę część ich wrzuciliśmy. Koleżanka miała tylko doczynienia z paleniem, niczym innym. Zostawiliśmy w samochodach chłopaków swoje rzeczy i postanowiliśmy w oczekiwaniu na załadowanie kwasu rozejrzeć się po okolicy.
Pamiętam, że chodziliśmy od kilkunastu czy kilkudziesięciu minut, a koleżanka powiedziała, że ona nic nie czuje(myślała, że że wrzuceniem papieru jest jak ze złapaniem bucha - efekt natychmiastowy), więc zdziwiony odpowiedziałem, że mi kolory się zmieniają... i inaczej odczuwam dźwięk... i wszystkie drzewa się wyginają..., a koleżanka zatkała uszy i krzyknęła bym więcej nie mówił, bo to co mówię zaczyna się od razu dziać, spojrzała w trzcinę nad jeziorem i krzyknela wystraszona "o kurwa krokodyl", ja w głowie, że odjebalem lipę bo teraz będę musiał pilnować bad tripa do końca, a ona zaczęła się śmiać, że przecież żadnego krokodyla nie ma. Wtedy się zaczęło, mieliśmy piękny trip na zmianę łażąc po lesie i nad jeziorem i tańcząc pod głośnikami.
Pamiętam, że w którym momencie skakaliśmy z pomostu do wody, wygłupiając się i robiąc jakieś dziwne triki skacząc. W momencie gdy stałem w jeziorze po kostki zastanawiając się co zrobić jescze i pomyślałem, że jebnalbym salto, ale tego nie powiedziałem, a koleżanka spytała zdziwiona od kiedy umiem salto. Rozmawialiśmy potem o tym i mówiła, że stałem w tej wodzie i jebnalem poprostu salto w miejscu, sam też w to wierzę, że walnałem. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie zrobiłem salta.
Jedliśmy wtedy kwasy cały weekend, atmosfera była taka, że co rusz jakąś osoba testowała kwasem, a sami też się dobrze na miejscu zaopatrzyliśmy i innych częstowaliśmy.
Jedna z najdziwniejszych sytuacji z tamtego weekendu było jak wpadła prewencja i tajniaki i zaczęła wyciągać z tłumu osoby, a wszyscy rzucili się na pomoc, a w pewnym momencie zorientowałem się, że kurwa własnie jestem w najpotężniejszym psychodelicznym tripie w tłumie panków, przede mną napierdalaja głośniki brejkorem, który słychac z odległości kilku km, a ja właśnie odciągam z innymi policjanta próbującego zatrzymać uczestnika imprezy, który na ich oczach połyka samarki i ejscze napierdalam tego policjanta pięścią. Rave połączony z zamieszkami na psychodelikach - piękne przeżycie. Finalnie nikt nie został zatrzymany, chociaż już dokładnie nei pamiętam rozwinięcia i zakończenia tej sytuacji, impreza trwała dalej, peace and love.
Z tamtego weekendu zapamiętałem też sytuację, gdy podbiła do mnie dziewczyna, pogadaliśmy chwilę, a ona spytała czy lubię rum z prądem. Odpowiedziałem, że lubię, chociaż nie wiedziałem co ma na myśli, zresztą na tych kwasach nie wiele ogólnie wiedziałem. Poczęstowała mnie rumem z butelki, a potem złapała mnie za rękę i wsadziła sobie w stanik, a tam miała pakiet z amfetaminą, w środku którego wylądował mój palec. Zlizałem z palca amfetaminę, a ona poszła dalej. Od tamtej pory przez lata kochałem run, zawsze towarzyszyła mi butelka w melanżu, a na speeda już zawsze mówiłem prąd.
Na początku było klasyczne „rozluźnienie narracji”. Siedzenie z ludźmi, rozmowy zaczęły się kleić w sposób nienaturalnie płynny, jakby każdy temat sam się rozwijał bez wysiłku. Pojawiło się też bardzo mocne poczucie, że wszystko ma znaczenie — muzyka, światło, gesty. Wtedy miałem dokładnie ten etap, który opisałeś: nagle człowiek zaczyna patrzeć na własne życie jak na historię pisaną przez kogoś z zewnątrz. Pamiętam, że też złapałem się na myśli o „maskach”, tylko wtedy wydawało mi się to odkryciem, nie obserwacją.
Potem przyszło coś, co u mnie było punktem przejścia — utrata „neutralności rzeczywistości”. Zwykłe rzeczy zaczęły być interpretowane, nie tylko widziane. Ciemność nie była ciemnością, tylko „czymś za mną”. Przestrzeń przestała być pustą przestrzenią, a stała się czymś, co „na mnie działa”. Nie było jednej konkretnej halucynacji, raczej nadmiar znaczeń, które same się nakładały.
Najbardziej pamiętam moment, w którym przestałem ufać własnej interpretacji. To jest dość paradoksalne, bo z jednej strony miałem poczucie głębokiego wglądu, a z drugiej — świadomość, że każda kolejna myśl może być tylko kolejną warstwą narracji, nie „prawdą”. I to właśnie wtedy pojawił się lęk, nie jako panika, tylko jako przeciążenie tym, że wszystko może znaczyć wszystko.
Później, kiedy wróciłem do „normalności”, zostało coś w rodzaju echo. Nie spektakularne, tylko subtelne:
przez kilka dni większa wrażliwość na bodźce
takie chwilowe „odklejenia”, jakby umysł na sekundę wracał do tamtej plastyczności
i przede wszystkim: zwiększona tendencja do analizowania siebie w czasie rzeczywistym
Najdziwniejsze było to, że część wniosków o sobie została, ale już bez tej pewności, która była w trakcie doświadczenia. Jakby ktoś zostawił mi notatki napisane w bardzo emocjonalnym stanie, a potem kazał je czytać na trzeźwo.
Z perspektywy czasu widzę to tak, że u mnie nie było jednego „przełomu”, tylko dwie rzeczy naraz: realne chwilowe rozszerzenie percepcji i jednocześnie chwilowa utrata filtrów bezpieczeństwa poznawczego. I te dwa procesy wtedy trudno od siebie oddzielić.
Nie wiem, czy to daje jakąś uniwersalną odpowiedź, ale u mnie najbardziej zostaje wniosek, że LSD nie tyle „pokazuje prawdę”, co raczej wyłącza tryb, który normalnie decyduje co uznajemy za stabilne.
Rekordowe konsultacje: Polacy mają dość karania za roślinę.
Grzybki zmieniają połączenia w mózgu. Czy to dobrze?
Farmaceuta skazany za pomoc w produkcji narkotyków
Właściciel apteki został skazany na 3,5 roku więzienia za sprzedaż leków służących do produkcji metaamfetaminy i pomoc w jej wytworzeniu. W produkcji i handlu nie działał sam. Według prokuratury leki posłużyły do produkcji narkotyków o wartości niemal 7,5 miliona złotych.
Marihuana i tytoń zmniejszają objętość mózgu. Te konkretne obszary ulegają zmianom
Marihuana i tytoń wpływają niekorzystnie na mózg. Analiza ponad 103 badań z udziałem ponad 72 tys. osób pokazuje, że używanie marihuany i palenie tytoniu wiąże się ze zmniejszeniem objętości mózgu. Naukowcy wskazują konkretne obszary, takie jak ciało migdałowate, hipokamp i istota szara, które ulegają zmianom.
Badanie: użytkownicy psychodelików mogą inaczej przetwarzać emocje
Użytkownicy psychodelików inaczej przetwarzają emocje, m.in. szybciej rozpoznają zagrożenie - wynika z badania UJ. Kierujący nim prof. Michał Bola podkreślił, że przeciera ono szlaki w obszarze neuroobrazowania użytkowników psychodelików, jednak pełne zrozumienie ich wpływu na mózg wymaga wielu lat pracy.