22 stycznia 2017JackHollywod pisze: Mega opis...tak na wstępie, nie jestes sam ziom , ostatni rekord 7 dni i 7 nocy, juz nawet nie wspomnę o wyczynach,niestety odwodnienie i wyczerpanie do tego stopnia iż karetka zabrała praktycznie zwłoki... Ale uratowali wypłukali , teraz niestety czeka odwyk a potem zobaczymy. amfa to podstawa w sesji jednak ja już przeżucałem sie na miksy typu , amfa to podstawa do tego koka plus MDMA , powiem ci że jak zobaczyłem w drzwiach aktorkę z filmu która dość ze była to jeszcze podeszła do mnie i siadła na łôżku to już zupełnie zatraciłem się. Jak juz wiesz nie jestes sam , ale jestes popierdolony zreszta jesteśmy popierdoleni, straciłem przez to prawie żonę i dziecko ,ostatnia nadzieja to odwyk ,organizm wywalony doszczętnie , dwadzieścia lat w tym jestem i to juz przesada , jak z tym nie skończysz to albo zawał chociaż przy dobrym treningu jest go cieżko zrobić to można się zatracić i wykończyć,za młodu to już w ogóle były maratony,szkoda mówić
Ps. Opuchlizna jest bardzo niebezpieczna moja rada olej , dużo oleju zwykłego na prawdę robi robotę no i większy burdel a smród Haha dopiero zobaczysz smrôd
Scalono /whitealex
scalono - detronizator
Związane z substancjami detox (musiał być rozłożony na 2 raz, 4.5 miesiąca na 7B i 3 miesiące w prywatnym leczeniu uzależnień.
Aha, nie pojechałam na SOR bo byłam tak zgrzana buprą, ze mamą wyjebane. Okazało się, że skręciłam OBIE stopy
To straszne i przykre co Cię spotkało. Ja też wypadłem ale to było z parteru i ojciec zablokował mi drzwi mówiąc że nigdzie nie idę bo chciałem iść się najebać do sklepu więc wyszedłem na balkon po rynnie na dół potkłem się i poleciałem na pupę łamiąc L1 i L3 lędźwie. Wstawili mi blachy i mogę chodzić.
Wstęp
Zawsze byłem antynarkotykowy. Byłem przeciwny stosowaniu jakichkolwiek substancji psychoaktywnych, alkohol piłem raz na kilka miesięcy, a nikotyny nigdy nie stosowałem regularnie. Muszę jednak przyznać, że fascynowałem się substancjami psychoaktywnymi - już w gimnazjum czytałem z czystej ciekawości Hyperreala :)
Moje podejście zmienił jednak ciągnący się ból kręgosłupa. Straszny, ograniczający funkcjonowanie ból kręgosłupa... w wieku 20 lat.
Jakiś czas go ignorowałem, jednak w końcu nabawiłem się depresji, na którą cierpiałem już wcześniej (i skutecznie "wyleczyłem" escitalopramem). W końcu zacząłem się leczyć (czerwiec tego roku). Ćwiczyć, chodzić na fizjoterapię, poszedłem z bólem do lekarza rodzinnego, poszedłem do psychiatry (który wypisał escitalopram). Nie przynosiło to jednak skutków. Codziennie szamałem maksymalne dawki jakichś niesteroidowych leków przeciwzapalnych (m.in. nimesulid, diklofenak), do tego (bez wiedzy lekarza) dorzucałem 3000 - 4000 mg paracetamolu dziennie. Nadal bolało - i to bardzo.
Escitalopram wyeliminował myśli samobójcze i trochę podreperował psychikę, ale nic nie zrobił w temacie bólu - nie sprawdziła się teoria mojego lekarza rodzinnego, że ból jest na podłożu psychicznym.
Żaden lekarz ani nie przepisał, ani nie zaproponował mi opioidów. Psychiatra nastraszył mnie, że "ma pacjentów na toksykologii schodzących tygodniami z tramadolu", gdy spytałem o opioidy. Lekarz rodzinny, gdy zbytnio nie pomagał ani nimesulid, ani diklofenak, także w połączeniu z tiokolchikozydem lub tyzanidyną, kompletnie odstawił niesteroidowe leki przeciwzapalne - "skoro i tak nie pomagają". Od tego czasu brałem na nie e-recepty z neta, bo jednak robiły jakąś tam różnicę w bólu.
Mój stan psychiczny jednak się pogarszał, a ja czułem się niezrozumiany przez lekarzy - bolało mnie tak, że nie byłem w stanie nawet wysiedzieć w kinie i obejrzeć filmu w skupieniu, bo moje myślenie w takiej sytuacji szybko było dominowane przez ból. Nie rozumiałem, dlaczego nie dostałem silniejszych leków przeciwbólowych (opioidów), byłem świadomy ich wątpliwej skuteczności w bólu chronicznym, ale jednak - uważałem, że moje cierpienie uzasadniało ich przetestowanie.
Stało się - poszedłem w substancje psychoaktywne (lipiec tego roku). Zaczęło się w sumie od przetestowania kodeiny z Thiocodinu, ale nie pomagała ona na ból - nawet, gdybym zjadł całe opakowanie. Dodatkowo raz po Thiocodinie dostałem reakcji przypominającej lekki wstrząs anafilaktyczny (opuchnięte gardło, zaczerwienienie, wysypka, katar i zatkany nos, swędząca twarz), ale to inna historia - wynikająca prawdopodobnie z interakcji Thiocodinu z innym lekiem lub jedzeniem, gdyż po tym zdarzeniu ostrożnie przetestowałem Thiocodin i nie wywołałem u siebie podobnej reakcji. Dodam, że zawsze wraz z Thiocodinem jadłem jakąś antyhistaminę.
Potem było opakowanie 50 - 60 tabletek tramadolu 200 mg (o przedłużonym uwalnianiu) oraz 100 tabletek alprazolamu 1 mg (z ciekawości, ponieważ tramadol może powodować drgawki, a także - ponieważ zmagałem się z fobią społeczną i lękiem przed jazdą samochodem).
Po drodze uzależniłem się od nikotyny (e-papierosy) oraz eksperymentowałem z innymi substancjami - dekstrometorfan, dimenhydramina, 2C-B, amfetamina, MDMA, kodeina, może coś jeszcze by się znalazło, ale to jest mało istotne w tej historii - gdyż były to eksperymenty, czasami prowadzone czysto pod kątem uśmierzenia bólu, a czasami pod kątem uśmierzenia bólu wraz z wartością rekreacyjną. Opioidy zawsze brałem w celu uśmierzenia bólu, poza moim pierwszym razem z kodeiną (w wieku 18 lat). Nigdy w życiu nie doznałem porządnej, opioidowej fazy - pierwszy raz z Thiocodinem był najlepszy, a jednak nie zrobił na mnie wrażenia i nie rozumiałem, co w tym fajnego - nie czułem żadnej euforii, w zamian... stałem się bardziej gadatliwy.
tramadol początkowo pomagał na ból super, ale szybko doświadczyłem efektu tolerancji - czułem, że pomaga coraz słabiej. Bardzo silnie wpływał na psychikę (prawdopodobnie ze względu na to, że jest antydepresantem klasy SNRI). Silnie pobudzał, zajebiście redukował lęk, zamienił mnie z introwertyka w ekstrawertyka (nagle zaczęło mnie ciągnąć do ludzi i gęba mi się nie zamykała). Z nieprzyjemnych skutków - nadmierna potliwość, choroba lokomocyjna przy dłuższej jeździe samochodem.
Skończyłem z tramadolem na dawce 600 mg dziennie (2 tabletki rano, jedna później), odstawiłem nagle. Wraz z tramadolem szamałem alprazolam, ale nie zrobił on na mnie większego wrażenia. Redukował lęki (m.in. fobię społeczną), relaksował i pozwalał skupić się na czymś innym, niż ból kręgosłupa. Tyle.
Przez parę dni po odstawieniu tramadolu jadłem jeszcze alprazolam i było spoko, w końcu odstawiłem alprazolam do półki i przeżyłem tydzień katorgi - strasznej depresji połączonej z nasilonym bólem kręgosłupa. Na szczęście wszystko wróciło do normy. Dojadłem resztę alprazolamu, trochę ostrożniej - gdy się skończył, już nie miałem objawów odstawiennych, mimo zaskakująco wysokiej tolerki - pod sam koniec na spokojnie szamałem 6 mg alprazolamu jednorazowo, nie miałem po tym dziur w pamięci, nie robiłem niczego głupiego, nie miałem jakiejś silnej fazy - zwykły relaks i ucieczka od bólu.
Żeby wątek kręgosłupa był kompletny - byłem u ortopedy i na własny koszt zrobiłem rezonans magnetyczny całego kręgosłupa. Wyszły drobne nieprawidłowości, nic poważnego. Muszę jednak przyznać, że na wyniki rezonansu patrzał jedynie fizjoterapeuta, gdyż wizyta u ortopedy wypadła w dzień, gdy leżałem na OIOMie. Wydałem też sporo hajsu na wysokiej klasy fotel i biurko regulowane elektrycznie.
Dni przed hospitalizacją
Gdy skończył się tramadol z alprazolamem, przez dłuższy czas niczego nie brałem (poza diklofenakiem, paracetamolem, escitalopramem, jakimiś probiotykami, suplementami itp.). Kontynuowałem fizjoterapię, starałem się codziennie robić zarówno ćwiczenia zalecone przez fizjoterapeutę, jak i kardio (i to sporo - jak się zmotywowałem, była to godzina dziennie), ale ból nie ustępował, subiektywnie wręcz pogarszał się.
W końcu zakupiłem 5 plastrów Durogesic 100 µg/h. Dlaczego plastry z fentanylem? Ponieważ tramadol nie radził sobie z bólem do końca i silnie wpływał na psychikę. Oferowane na czarnym rynku tabletki z morfiną 200 mg (o zmodyfikowanym uwalnianiu) wydawały się prostą receptą na przedawkowanie (dla kogoś bez tolerki). Dlaczego nie oksykodon (OxyContin)? Nie jestem pewny, ale chyba policzyłem sobie koszt "terapii" i OxyContin wyszedł sporo drożej. Na próbę wziąłem też vape pena z THC, ale użyłem go 2 - 3 razy - gdyż pogarszał mój ból kręgosłupa.
Towar dochodzi i zaczynam działać. Posłużę się konkretnymi datami, jeśli ktoś mi bliski zna historię w takich szczegółach - albo nie siedzi na Hyperrealu, albo już wie o wszystkim, co tu napiszę.
5 października, wieczorem, naklejam plaster z fentanylem na 3 godziny. Ładnie zwalczył ból, a ja nie czułem się "na haju" - po prostu przestało boleć. Odklejam, jeszcze przez jakiś czas się obserwuję, idę spać. Efekt przeciwbólowy trzymał cały następny dzień :)
Otarcie się o śmierć i hospitalizacja
7 października ból powraca. Z rana biorę na próbę bucha z e-papierosa z THC - będzie to istotny szczegół w dalszej historii. Naklejam używany plaster Durogesic, ale już nie radzi sobie skutecznie z bólem. Już w ciągu dnia planuję zastosowanie plastra doustnie (np. pod język, na policzek, przeżucie) - bo mam plaster, który już niezbyt działa transdermalnie, a nie chcę, by fentanyl się zmarnował.
Wieczorem, po 22:00 (dokładnej godziny nie mam) dopinam swego. Tnę plaster na małe kawałeczki i testuję - trzymam pod językiem, na policzku, żuję. Czekam, czekam, nic nie czuję - nawet uśmierzenia bólu. Zaczynam żuć więcej i więcej, cały czas nic. Nie wiem, ile tego plastra ostatecznie zjadłem - mógł to być nawet cały plaster, a ja cały czas niczego nie czułem.
Słucham muzyki na komputerze, nie mam fazy, gorzej - nadal boli. Czekam, aż ból przejdzie, żeby porobić coś ciekawszego - nie doczekałem się. Prawdopodobnie około 23:15 nagle straciłem przytomność. Spadłem z fotela z myszką w ręku. Leżałem na plecach, zwymiotowałem i zakrztusiłem się własnymi wymiotami. Uderzyłem się w głowę (co wszystkim umknęło, ale na OIOMie wyczułem na głowie guza). Dostałem szczękościsku.
Dodam, że jarałem silne e-papierosy z nikotyną (jednorazówki, stężenie nikotyny 5%) - wpadłem na hipotezę, że miałem atak padaczki (co by ładnie wyjaśniło nagłą utratę przytomności), ale - cóż, to tylko hipoteza, nie wiadomo, co stało się dokładnie i dlaczego akurat tak.
Po godzinie 00:00 zostałem znaleziony w pokoju przez mamę, która poszła do toalety. Zaalarmowały ją dźwięki przypominające oddech naszego psa, gdy ten dostaje ataku padaczki - były słyszalne z mojego pokoju mimo zamkniętych drzwi i całkiem głośno grającej muzyki elektronicznej. Mama zastała mnie w najgorszym stanie mojego życia, poza tym co napisałem powyżej - byłem cały siny, oblany zimnym potem. Mój oddech był spowolniony ("tracił się") i według relacji mojej mamy - ulegał dalszemu spowolnieniu, gdy oczekiwała na przyjazd pogotowia. Mama obróciła mnie na bok, z moich ust wylała się krew zmieszana z wymiotami (mocno przegryzłem sobie język, co wyraźnie czułem na OIOMie).
Pogotowie przyjechało około 00:30, udzielono mi pierwszej pomocy. Nie wiedzieli, co mi jest, ale podejrzewano przedawkowanie substancji psychoaktywnych - głównym podejrzanym był dekstrometorfan. Według relacji mamy - najprawdopodobniej podano nalokson, jednak mój stan nie uległ znacznej poprawie.
Wszystkie moje (legalne) leki trafiły do szpitala - żeby lekarze mogli pogłówkować, co mi jest. Po tym, gdy zostałem zabrany do szpitala, mój pokój został przeszukany. Nie znaleziono zbyt wiele - e-papierosy z nikotyną, e-papieros z THC, opakowania po Acodinie. Informacje na temat tego, co znaleziono, rodzice przekazali lekarzom.
Już na SORze ze względu na e-papierosy (m.in. ten z THC) oraz fakt, że już wcześniej tego dnia czułem się gorzej (miałem biegunkę i ogólnie pogorszone samopoczucie) podejrzewano zespół EVALI - uszkodzenie płuc związane z używaniem e-papierosów. Jako że w szpitalu nie przyznałem się do fentanylu, zespół EVALI do samego końca był główną hipotezą zarówno rodziny, jak i lekarzy.
Szybko pobrano u mnie krew - według relacji rodziców około 1:00, po trafieniu do szpitala. Próbka trafiła na toksykologię, wykryto u mnie śladowe ilości: kannabinoidów, fentanylu, możliwe, że też oksykodonu (miałem go jako sampla do fentanylu). Śladowe ilości... no właśnie - dla lekarzy w ogóle nie wyjaśniały one tego, co się stało. Przedawkowanie opioidów ani przez moment nie było główną hipotezą.
Zostałem intubowany i podłączony do respiratora. 8 listopada (w niedzielę), tego samego dnia, w którym trafiłem do szpitala (tylko później) zdiagnozowano u mnie zachłystowe zapalenie płuc (ze względu na zakrztuszenie się wymiocinami). Podjęto próbę odłączenia mnie od respiratora (której nie pamiętam), ale nie byłem w stanie samodzielnie oddychać. Karmiono mnie przez sondę żołądkową.
Wykonano prześwietlenie klatki piersiowej, które wskazywało na to, że moje płuca są w fatalnym stanie. Potwierdziła to tomografia komputerowa. Lekarze obawiali się, że doznałem trwałego, ciężkiego uszkodzenia płuc, a jeśli przeżyję - do końca życia będę pod tlenem. Na szczęście mój stan poprawiał się każdego dnia, a zmiany w płucach zaczęły się cofać.
4 doby zostałem wybudzony, leżałem pod tlenem. Nie wiedziałem, jak znalazłem się w szpitalu - dopiero po czasie dotarło do mnie, co się stało. Byłem strasznie ogłupiony i osłabiony (praktycznie nie mogłem się ruszać), a do tego nadal byłem przywiązany do łóżka. Nie narzekałem, tym bardziej, że miałem halucynację, w której lekarz i/lub pielęgniarki mówili mi, że po trafieniu do szpitala byłem agresywny - więc rozumiałem przywiązanie (nie, w żadnym momencie nie byłem agresywny). Wkurzało mnie ciśnienie krwi - dochodzące do wartości typu 200/120.
Strasznie mnie suszyło (czułem się odwodniony) - bez przerwy bym pił, ale pielęgniarki podawały wodę ostrożnie. Początkowo w małych strzykaweczkach, stopniowo dostawałem coraz więcej. Podobno, gdy się wybudziłem, od razu wypiłem szklankę i wszystko zwymiotowałem... aczkolwiek nie wiem, czy ta rozmowa nie była halucynacją - kompletnie nie pamiętam wypicia tej szklanki, po której rzekomo zwymiotowałem. Możliwe, że mowa była o innym pacjencie, a ja w swoim niezbyt sprawnym mentalnie stanie coś przekręciłem.
Na OIOMie były straszne nudy, a do tego nie umiałem spać, ale trochę rozweseliły mnie halucynacje. Najsilniejsze były pierwszej nocy. Pełny wachlarz halucynacji. Nieistniejący projektor, który rzutował jakieś nudne, czarno-białe filmy na ścianie. Muzyka grająca ze ściany. Zakonnica modląca się na środku korytarza. Obrazy przed zamkniętymi oczami. Nagłe uczucie, że mam talent muzyczny i jestem w stanie tworzyć piękny hardcore. Przez jakiś czas czułem się też artystą, a przed moimi oczami pojawiały się rozmaite dzieła sztuki.
To nadal nie wszystko, mógłbym się rozpisać na temat tych halucynacji. To był piękny odlot. Halucynacje nie były straszne, część z nich była odróżnialna od rzeczywistości (np. muzyka grająca ze ściany), a część - nie, np. zakonnica (powiedziano mi, że nie było żadnej zakonnicy dopiero, gdy o to spytałem). W dzień zmienione stany świadomości były minimalne, nasilały się w nocy. Sporo słabsze były już drugiej nocy, a 3 - niemal się skończyły. Ostatniego stanu zmienionej świadomości doznałem rano po częściowym przespaniu trzeciej nocy.
Drugiego dnia moja sprawność umysłowa zaczęła wracać - nadal nie była w normie, ale już nie byłem głupi. Zostałem także odwiązany od łóżka, gdyż nie sprawiałem problemów. Nadal byłem osłabiony na tyle, że gdy od rodziny dostałem telefon do ręki - nie byłem w stanie go obsłużyć. Poprosiłem, żeby przynieśli go następnego dnia.
Trzeciego dnia byłem już na tyle sprawny umysłowo, że przez pielęgniarkę zostałem nazwany fenomenem i nieodkrytym talentem - gdyż zaskoczyłem ją swoją inteligencją i wiedzą. Gdy tylko miałem okazję, rozmawiałem na jakieś "mądre" tematy - czy to z personelem medycznym, czy z rodziną. Ciężko o ciekawsze zajęcie na nudnym OIOMie. Gdy dostałem telefon, bez problemu go obsłużyłem. Zacząłem też powoli samodzielnie jeść i pić. Pod koniec 3 dnia byłem już w stanie na tyle dobrym, że mógłbym trafić na oddział chorób wewnętrznych, jednak nie mieli tam wolnego miejsca.
Trafiłem tam 4 dnia po wybudzeniu. Od razu zacząłem dużo pić i jeść, picie to była woda i soki (nie piłem żadnych słodkich napoi), a w kwestii jedzenia - starałem się zwracać uwagę na to, żeby w miarę możliwości było to coś o wysokiej zawartości białka. Drugiego lub trzeciego dnia zdjęli mnie z tlenu, nie doświadczyłem żadnych duszności. Początkowo chodzić mogłem tylko trzymany przez ojca, już robiłem jakieś delikatne ćwiczenia. Drugiego dnia chodziłem oparty o stojak z kroplówkami, trochę niepewnie, ale chodziłem. Trzeciego dnia chodziłem już zajebiście, czwartego dnia zostałem wypisany i (zgodnie z zaleceniami, było wystawione skierowanie) pojechałem do szpitala psychiatrycznego. Było to w środę, 18 października.
Jako ciekawostkę podam - w szpitalu pielęgniarka powiedziała mi, że jej córka (też studiująca pielęgniarstwo) chce napisać pracę licencjacką na bazie mojego przypadku (studium przypadku). Zgodziłem się, a z dziewczyną jestem w kontakcie i liczę na to, że praca licencjacka wypali. Przyznałem się jej do fentanylu jeszcze przed przebadaniem w psychiatryku :)
Happy end?
W szpitalu psychiatrycznym nie zostałem przyjęty, natomiast dostałem skierowanie do ośrodka leczenia uzależnień - pani doktor z psychiatryka zdiagnozowała mnie jako uzależnionego od wielu substancji psychoaktywnych. Przyznałem się do wszystkiego. Mam zamiar udać się do tego ośrodka i przynajmniej zobaczyć, co mi powiedzą.
Dostałem od psychiatry zakaz stosowania jakichkolwiek leków bez zgody lekarza, jak i zakaz mieszania leków z alkoholem. Zakaz mieszania leków z alkoholem mnie nie denerwuje, wkurza zakaz stosowania leków bez zgody lekarza - złamałem go raz, gdy zażyłem nimesulid przed wczorajszą wizytą w kinie (chciałem jakoś nacieszyć się filmem, a nie wić się z bólu w krześle).
Substancji psychoaktywnych, oprócz kofeiny, od czasu wyjścia ze szpitala generalnie nie stosowałem - próbowałem nikotyny (e-papierosów z nikotyną), ale nie wróciłem do nałogu. Już nie czuję nikotyny. Wiem, że nikotynę czuję dopiero wtedy, gdy się od niej fizycznie uzależnię - gdy nie jestem uzależniony... nie czuję nic, poza ew. nudnościami, gdy wypalę naprawdę o wiele za dużo.
Już w niedzielę (22 października) poszedłem na siłownię, zachęcony opinią doktorka z OIOMu, który mówił, że od razu mogę zacząć ćwiczyć. Wróciłem po kilku miesiącach przerwy od ćwiczeń siłowych (podnosiłem ciężary ponad rok). Poszło mi naprawdę dobrze - w ogóle nie odczułem tego, po jak ciężkiej chorobie jestem. Co prawda oddychałem szybciej, niż powinienem, ale podnoszone ciężary na spokojnie odpowiadały temu, co jest w stanie podnieść osoba po kilku miesiącach przerwy.
Trochę inaczej sprawa wygląda w przypadku kardio. Przed hospitalizacją na spokojnie robiłem 1h na orbitreku przy maksymalnym obciążeniu, gdy na próbę wskoczyłem na orbitreka po hospitalizacji - oddychałem jak szalony i po 5 minutach miałem dość.
Obecnie jednak mam przerwę od ćwiczeń, gdyż byłem u pulmonologa (zgodnie z zaleceniami ze szpitala - gdyż po takim zapaleniu płuc płuca mogą zacząć włóknieć). Pani doktor powiedziała, żeby nie ćwiczyć, dopóki nie zrobię badań (spirometria, tomografia klatki piersiowej) i ona nie zobaczy, w jakim stanie są moje płuca. Osłuchowo jest bardzo dobrze - pani doktor była zdziwiona, że po tak ciężkim zapaleniu płuc jest tak dobrze. Zasugerowała, że powinienem spróbować szczęścia w totku, ale szybko dodała, że nie poleca tego robić :)
Samopoczucie? Fizycznie jest świetne, poza tym, że plecy nadal mnie bolą i jeszcze długa droga przede mną w tym temacie, ale nastawiony jestem optymistycznie. Psychicznie jest tak sobie, odczuwam brak leków przeciwdepresyjnych, a ból kręgosłupa, bez żadnych leków typowo przeciwbólowych - ostro daje po psychice. Oczywiście udam się do psychiatry (już mam umówioną wizytę, u innego psychiatry) i rozpocznę psychoterapię.
W kwestii leków - ze względu na te zapalenie płuc biorę prednizon. Już na OIOMie podano 60 mg (w jednej dawce), w szpitalu i po wypisaniu przyjmowałem 50 mg dziennie (30 mg - 20 mg - 0 mg), pulmonolog już zredukował mi dawkę o 5 mg (25 mg - 20 mg - 0 mg), tempo dalszej redukcji na pewno zależeć będzie od wyników tomografii i spirometrii.
Dodatkowo biorę omeprazol (20 mg dziennie) - też dostałem receptę na to w szpitalu, prawdopodobnie zjem całe opakowanie (miesiąc stosowania) i odstawię.
Za zgodą lekarza rodzinnego jem sobie probiotyki (Enterol, Lakcid Forte).
Staram się jeść pokarmy o wysokiej zawartości białka, dodatkowo obudził się we mnie kulturysta - jem suplementy (np. shake'i proteinowe, kreatyna, jakiś suplement na stawy z kolagenem, sporo witaminy C (była za darmo do białka), raz dziennie nawadniam się izotonikiem (innych słodkich napoi generalnie nie piję, poza colą bez cukru).
Epilog
Mam nadzieję, że podoba wam się moja - myślę, że całkiem fascynująca - historia. Historia tego, jak mogłem przekręcić się na drugi świat (według znajomego ratownika - gdybym został znaleziony 30 - 60 minut później, mógłbym już nie żyć). Historia tego, jak wyszedłem z bardzo ciężkiego stanu, ciężkiego zapalenia płuc, prawdopodobnie bez trwałego uszczerbku na zdrowiu.
Uszkodzenia mózgu nie zauważyłem, poza krótkotrwałym zaburzeniem orientacji w terenie i lekko obniżoną zdolnością do skupienia przez 2 - 3 dni po wyjściu ze szpitala (przeszło mi to).
W kwestii płuc - znając moje szczęście, też nie doznały jakichś trwałych obrażeń. Czuję się świetnie i lekka aktywność fizyczna nie prowadzi do żadnych duszności. Podejrzewam, że powrót do dawnej sprawności (ćwiczenia kardio) to w najlepszym przypadku kwestia kilku tygodni, w najgorszym - kilku miesięcy. Dużo rozjaśnią w tym temacie wyniki nadchodzących badań.
Boli mnie tylko to... że kręgosłup mnie nadal boli. Nie zamierzam jednak radzić sobie już, stosując opioidy - chyba że przepisze mi je lekarz. Już na OIOMie miałem halucynacje, gdzie przed oczami pojawiał mi się wybór rodem z gry komputerowej. Opcja 1 - łatwa ucieczka od bólu (opiody). Opcja 2 - ciężka praca nad sobą (psychoterapia i fizjoterapia). Czasami była jakaś opcja 3 - jakieś samobójstwo czy chuj wie co, zawsze coś dziwnego. W swoich halucynacjach zawsze wybierałem opcję 2 i na razie się tego trzymam.
Tak naprawdę straciłem zaufanie do wszelakich substancji psychoaktywnych, które mogą spowodować śmierć z powodu przedawkowania. Na przyszłość zamierzam trzymać się: kofeiny, bardzo rzadko - alkohol, rozważam też psychodeliki (generalnie bardzo bezpieczne). Do reszty nie chcę wracać - chyba że dostanę to od lekarza (więc wszelkie antydepresanty itp. - OK).
Jeśli macie jakieś pytania - pytajcie śmiało, postaram się odpowiedzieć.
TL;DR: Eksperymentowałem z narkotykami, do czego pchnął mnie ból kręgosłupa. Bez żadnej tolerancji na opioidy żułem plaster Durogesic 100 µg/h po zużyciu go transdermalnie. Nagle straciłem przytomność, zachłysnąłem się wymiotami, zostałem znaleziony przez mamę i trafiłem do szpitala. Przeszedłem ciężkie, zachłystowe zapalenie płuc, 4 dni leżałem w śpiączce pod respiratorem. Moje płuca wyglądały tak źle, że lekarze obawiali się, że do końca życia będę pod tlenem, ale zmiany zaczęły się cofać - prawdopodobnie dojdę do siebie bez żadnego (znacznego) trwałego uszkodzenia płuc. Wyszedłem z tego też bez uszkodzenia mózgu.
28 lipca 2023BerryMerry67 pisze: 60mg klona+30mg alpry+400-800 trampka+1200 pregaby+120-200mg oxy+(przynajmiej 2 malpki). Dokladnie nie jestem w stanie okreslic ile wzialem czego. Po 2 pakach klona oraz oksy urwal mi sie film i obudzilem sie dopiero na sorze xD
Dostałem ostatnio w swoje ręce etizolam i rozpuściłem go w glikolu, coś podkusiło mnie żeby lekko liznąć to co zostało w samarze i tak budzę się na rzeczonym SOR. Nie wiem ile mogłem zjeść przypadkowo pewnie z 20-50 mg bo mam wyjebaną tolerancję na wszystko. etizolam wiadomo działa krótko i jebane kurwy nie pozwoliły mi iść do toalety mimo, że już wszystko ogarniałem, koordynacje itp. Ok uznałem w takim razie, że wypisuje się na własne życzenie, i tak prosiłem aż zapięto mnie w pasy, które i tak rozpiąłem xd. Mieli prawo mnie trzymać ze wzglądu na moje niebezpieczeństwo?
Mówiłem im, że wypisuje się na własne życzenie. I Tak siedziałem 4h aż przyszedł lekarz.
Legalizacja marihuany w Polsce: 15 g suszu i jedna roślina. Sejm zdecyduje
Rzetelna historia kryminalizacji konopi (USA + kontekst międzynarodowy)
Jedna dawka "molekuły duszy" może pokonać depresję na pół roku
Narkotyki schował w atrapie Biblii. Wpadł po policyjnym pościgu
W trakcie ucieczki uszkodził swój pojazd, a badania wykazały, że mógł być pod wpływem alkoholu i narkotyków. W jego aucie policjanci znaleźli atrapę stylizowaną na Biblię z ukrytymi narkotykami, w tym mefedronem i kokainą. Mężczyzna trafił do policyjnego aresztu i usłyszał już zarzuty.
USA. Takiej zmiany w kwestii marihuany nie było od dekad
Ministerstwo sprawiedliwości USA zmieniło w czwartek klasyfikację produktów z marihuany. To najdalej idąca zmiana polityki w tej sprawie od dekad. Marihuana znalazła się w "koszyku" substancji o umiarkowanym lub niskim potencjale uzależnienia, takie jak ketamina, paracetamol z kodeiną i sterydy anaboliczne.
Holenderski eksperyment z regulowaną uprawą marihuany okazał się sukcesem
Minął dokładnie rok, odkąd holenderskie coffeeshopy w wybranych gminach zaczęły sprzedawać wyłącznie legalnie uprawianą marihuanę. Eksperyment, który miał uderzyć w czarny rynek, przynosi pierwsze wymierne efekty. Choć nie obyło się bez kar finansowych, ogólny bilans jest zaskakująco pozytywny.
