Cześć Wam ! Chciałbym poruszyć pewne zagadnienie dotyczące doświadczenia podobnego nieco do "OOBE". Otóż pod koniec grudnia zeszłego roku, przyjąłem sporą ilość baclofenu,( ciężko jest mi powiedzieć ile mg tegoż specyfiku zawierała jedna tabletka, ale zjadłem ich około 15 ), muszę zawieść niektórych forumowiczów ale nie przyjąłem go drogą iniekcyjną. Poprzedziłem to kilkoma browarami, a po zarzuceniu baclo poprawione grubym jak marchew batem :-D . Zanim straciłem przytomność, wiedziałem już że trochę przeholowałem, gdyż dopadło mnie całkowite zaburzenie motoryki, którego wcześniej nie doświadczyłem po baclofenie, a chwile później totalne zamroczenie i otępienie, jakbym pojadł benzodiazepin, nie doznałem w ogóle baclofenowej euforii, na którą liczyłem, gdyż przeżyłem ją już wcześniej i bardzo mi się spodobała :rolleyes:. Film urwał mi się około godziny 21, po przebudzeniu około godziny 14-15, czułem jakieś dziwne odrealnienie jak nigdy po żadnym narkotyku ani leku, do materialnego świata ściągnął mnie widok wszechobecnych rzygów, które jak się okazało były w całym mieszkaniu ( nie wiem jak to się stało, obudziłem się tam gdzie ostatni raz siedziałem,więc musiałem łazić jak lunatyk

), a i samego siebie zarzygałem, w ogóle to zdziwiłem się że żyje bo jak wiadomo rzyganie przez sen nie jest zbyt bezpieczne. Oczywiście baclofen nadal panował nad mym ciałem, ale jego działanie wówczas było dalekie od tego, którego doznaje się przy dawkach 100-150mg, bardzo ciężko było mi się ruszać, tok myśli był spójny i logiczny, ale komunikacja była bardzo utrudniona, dialog był właściwie awykonalny, podczas rozmowy nagle urywałem słowa zupełnie mimowolnie, jakby mnie łapał jakiś skurcz przepony czy czegoś uniemożliwiając mówić, po złagodzeniu tego, jąkałem się jeszcze jakiś czas, aż w końcu ze strony artykulacji wszystko ustąpiło. Ponadto kilkanaście razy doznałem jakiegoś chwilowego paraliżu mięśni, chciałem napić się herbatki, coby uzupełnić stracone płyny i w ogóle zapełnić ten pusty worek, niestety pierwsze i drugie podejście skończyło się fiaskiem gdyż po podniesieniu szklanki straciłem na ułamek sekundy władzę nad ręką i szklanka poleciała na podłogę, za trzecim razem gdy już udało mi się napić, herbata znów znalazła się na podłodze, tym razem lecąc niczym wodospad z otchłani żołądka, oprócz tego dokuczył mi jeszcze parę razy ten sam paraliż tylko w mięśniach nóg - wtedy ja lądowałem na podłodze obok herbaty :-p . Po tych wydarzeniach zrezygnowałem z podejmowania kolejnych prób picia lub jedzenia i ułożyłem się do snu z nadzieją powrotu do homeostazy. Obudziłem się jakieś 5 godzin później, był wieczór, z resztą chuj to wie bo w zimie jest ciemno po 16, napiłem się szklanki wody, zjadłem jabłko i położyłem się z powrotem. Wszystko miało się ku poprawie, trzymało mnie jeszcze lekkie zaburzenie pracy błędnika jak po wódce lub benzo, ale poza tym było ok. Przechodzę w końcu do meritum mojego posta lecz bardzo proszę o troszkę wyrozumiałości, są to moje subiektywne odczucia i mogę być w błędzie, otóż nie wiem co się ze mną stało ale poczułem się przez chwilę jakbym był w transie lub stanie silnej depersonalizacji, po czym utraciłem całkiem kontakt z fizycznym ciałem. Nie wiem co jest tą cząstką niematerialną, czy dusza, umysł czy ego, ale to moje coś opuściło nasz wymiar i pofrunęło do jakiejś próżni gdzie doznałem uczucia zjednoczenia z całym Wszechświatem, wszelkim bytem, poczułem zajebistą więź emocjonalną z każdym bijącym sercem w czasoprzestrzeni. Zbliżyłem się do źródła istnienia, zawaham się użyć stwierdzenia, że wręcz spotkałem się z Bogiem ( bynajmniej nie mowa tu o żadnym z współczesnych dogmatów ), jako nienamacalnej, idealnej, nieskończenie przyjaznej energii. Czas zupełnie pozbawiony był swej mocy w tamtym wymiarze. Nie jestem w stanie opisać słowami uczucia radości i szczęścia, które wtedy mnie dotknęło, ale myślę że osoby które spożywały tryptaminy wiedzą co mam na myśli. Wszystkie te przeżycia wydawały się bardzo realne jednocześnie będąc nienamacalnymi fizycznie. Po tym wszystkim, przez sekundę ujrzałem siebie z zewnątrz i natychmiast obudziłem się z krótkim przeszywającym bólem w klatce piersiowej, po którego ustąpieniu całkiem zdrętwiało mi ciało. Następną zagadką było przenikające mnie uczucie, które było dla mnie tak oczywiste, że w ogóle niepodważalne, otóż czułem się jakbym był nowo narodzony, dostał drugą szansę, nie wiem jak i skąd, ale było to dla mnie tak oczywiste jak to, że po niedzieli jest poniedziałek. Byłem przekonany o tym, że duchowo narodziłem się na nowo. Doświadczenie było tak cudowne, że musiałem o tym zawiadomić wszystkich domowników ( była chyba 3 w nocy), więc zacząłem wszystkich po kolei budzić i opowiadać jak Bóg jest cudowny :-D. Oczywiście napotkałem się z dezaprobatą i stwierdzeniem, że znów się naćpałem. Kolejną rzeczą było również przenikające mnie i mimowolne przekonanie a'la MDMA o tym jak wspaniały jest świat, życie, natura. Moje mieszkanie wydawało mi się tak ohydnie sztuczne, z resztą wszystko co stworzyli ludzie zdawało się być okrutne, sztuczne i paskudne, postanowiłem przejść się na spacer z moim czworonogim przyjacielem i podziwiać dzieło Stworzyciela ;-). Tak mnie zafascynowały drzewa i rzeczka w parku, że łaziłem tam od godziny 4:30 do około 8, po czym wróciłem do tego materialnego syfu jakim był mój dom, z powodu zmęczenia i zmarznięcia ;]. Po lekkim posiłku przespałem się parę godzin i tu skończyły się pozytywne doznania. Było przed południem 31 grudnia - Noc Sylwestrowa niebawem, a ja byłem tak wymięty, odwodniony i całkiem rozbity psychicznie <_< więc zabawa w tym roku musiała poczekać aż do czerwca. Jazda zaczęła się o ile dobrze pamiętam 2 stycznia

(przypuszczam,że było to spowodowane brakiem snu + różnymi fobiami od trawy ;] choć leżałem by dać odpocząć mięśniom to zasnąć nie mogłem za cholerę), załączyła mi się jakaś korba, przestałem zupełnie jeść, a w pierwszy sen dzięki kilku Cloranxenom od psychiatry popitymi białym winem zapadłem jakieś 6 dni później. Właściwie to powstał u mnie taki samonapędzający się mechanizm lękowy, bałem się że jak już tyle czasu nie spałem i zasnę to zapadnę w śpiączkę i obudzę się jak będę miał 60 lat, może się Wam to wydawać śmieszne, ale proszę uwierzyć, mi do śmiechu nie było 8-( . Na szczęście jako, że starałem się zawsze stronić od benzosów, przeciw lękowe działanie klorazepatu pozwoliło mi w końcu zasnąć. Dobowy rytm udało mi się przywrócić w ciągu tygodnia, natomiast całkowitą sprawność funkcjonowania po około miesiąca przyjmowania sertraliny ;]. Muszę nadmienić, że zmieniło to nieco moje podejście do życia i dragów, właściwie zrezygnowałem ze wszystkiego czego natura nie stworzyła i nie mówię tu tylko o narko, które z kolei w ogóle podarowałem sobie, aż do pierwszego palenia po prawie 6 miesięcznej ( 167 dni ) abstynencji, które notabene było zajebiste :D. Ciekawym jest, że dziewczyna której sercu jestem bliski mówiła mi później, że w nocy kiedy moje zespolenie ze Wszechświatem i nowe narodzenie :-p miało miejsce, jak i cały czas później miała dziwne przeczucie iż ja jestem dead man, a w ogóle się z nią nie komunikowałem przez kilkanaście dni. Czy ktoś z Was może przeżył NDE? Jak to się ma do tego ? Mogło to być po prostu OOBE ? PROSZĘ O RZECZOWE ODPOWIEDZI!!! :)