Tego raporta miałam wrzucac zaraz po odbyciu poniższego tripa, lecz nie wiem dlaczego sprawa przeciągnęła się aż 2 lata. Także nadrabiam zaległości i udostępniam teraz.
23.04.2013
"Dziennik Polski": Lekcje w Izbie Wytrzeźwień, grupy wsparcia i psy tropiące narkotyki - w krakowskich szkołach nie brakuje odważnych pomysłów na walkę z nałogami.
Dyrektor XXIX LO w Krakowie, aby zniechęcić uczniów do sięgania po narkotyki, urządził w szkole policyjne naloty z psem. Owczarek szukał narkotyków w tornistrach i kieszeniach licealistów. W krakowskim Gimnazjum nr 3 dyrekcja i pedagog przekonali rodziców, aby utworzyć w szkole grupę wsparcia dla dzieci, które już zetknęły się z narkotykami. Pomysł się przyjął. Raz w tygodniu grupka młodych odbywa terapię z psychologiem.
Niektóre szkoły zakupują testery do wykrywania narkotyków, inne współpracują z policją. Walka z nałogami jest ciężka. Musimy być czujni: sprawdzać, gdzie uczniowie palą i co palą. Gdy wyczujemy marihuanę, wzywamy od razu grupę specjalną - mówi dziennikowi Piotr Igar-Makowski, dyrektor XXXI LO w Krakowie.
Czy uczniów można przekonać także, aby nie sięgali po wódkę? Pracownicy krakowskiej Izby Wytrzeźwień twierdzą, że tak. Zapraszają młodych na lekcję do Izby, aby pokazać im, gdzie mogą trafiać ofiary nałogu. W warsztatach wzięły już udział dwa gimnazja, liceum i szkoła zawodowa.
Traktujemy to jako terapię wstrząsową. Dzieci mogą przekonać się na własne oczy, jak groźny jest nałóg. Profilaktyczne pogadanki są dla nich za nudne - twierdzi Alicja Kostecka, dyrektorka Gimnazjum nr 9 w Krakowie, którego uczniowie biorą udział w warsztatach. Młodzi uczestnicy programu edukacyjnego mogą podczas zajęć dmuchnąć w alkomat, przeliczyć promile po wypitym alkoholu, obejrzeć sale, do których kieruje się pijanych - pisze Dziennik Polski.
Ekscytacja możliwością odbycia swojego drugiego tripa, tym razem na zewnątrz, w pełnej krasie uroków wiosny. Nadzieja na kolejne mistyczne doświadczenia i to, że psychodelik coś mi pokaże. Pragnienie przesłuchania niektórych albumów psytransowych w czwartym wymiarze. Akurat wtedy miałam kilka dni wolnych z powodu matur. Trip planowałam już jakiś czas wstecz. Nastrój podwyższony. Byłam sama, dopiero pod koniec poszłam do koleżanki. Miejsca, w których przebywałam, wymieniłam w samym raporcie, aczkolwiek nadmienię, że przez większość czasu przebywałam blisko natury, w miejscach takich jak las, pola, pobliże strumienia.
Tego raporta miałam wrzucac zaraz po odbyciu poniższego tripa, lecz nie wiem dlaczego sprawa przeciągnęła się aż 2 lata. Także nadrabiam zaległości i udostępniam teraz.
23.04.2013
Nastrój bardzo dobry, brak zmartwień, otwartość na nowe doświadczenie, chęć poznania. Okoliczności również bardzo dobre, wolna chata u kumpla, wakacje, brak obowiązków, zaufane osoby.
Tekst opisuje sytuację, która mogłaby wydarzyć się (oczywiście nie doszło do niej) pół roku temu, dlatego nie zrobię raportu sensu stricte, gdyż szczegółowego przebiegu zdarzeń nie odtworzę. Będzie to przywołanie najbardziej znaczących wspomnień.
DZIEŃ 1
Było nas czterech. Ja, Jacek, Placek i Mariola. Początkowo tylko ja z Jackiem mieliśmy podróżować. Placek miał zioło, jednak przyłączył się do nas w trakcie. Mariola tylko piła, potem się zmyła. Miała robotę na drugi dzień.
Szeroka plaża nad jeziorem w dość wietrzny, raczej pochmurny i niezbyt ciepły wrześniowy dzień (ok. 17-18st. ), las (przelotowo) oraz rozległy obszar łąkowy, otoczony z 3 stron lasem, bez widoku na ślady cywilizacji. Nastawienie: wyluzowane podejście do nadchodzącego tripa.
To, co opisze w trip raporcie, to nie są jakieś szczególnie odkrywcze spostrzeżenia, ale inaczej jest to wiedzieć normalnie a inaczej czuć. Jest różnica pomiędzy świadomością smaku czekolady, zimnego piwa lub ostrej papryki a jedzeniem ich, jest różnica pomiędzy znajomością tego, jak grzeje wschodzące słońce po chłodnej nocy, a odczuwaniem tego. Jeszcze większa jest różnica pomiędzy znajomością tego, jak to jest być zakochanym, a odczuwaniem tego.
Świeżo po przeprowadzce na drugi koniec kraju. W trakcie nieco trudnej aklimatyzacji do nowego miejsca, w obcym mieście, z dala od praktycznie wszystkich bliskich mi osób. Po trzech tygodniach nieskutecznych prób zapoznania się z ludźmi z nowych studiów, nareszcie koleżanka z roku zorganizowała dużą domówkę, w trakcie której miał miejsce cały trip. To, że znalazłem się na imprezie będąc na grzybowej fazie, było spontaniczne i niezaplanowane. Tego samego dnia z Bieszczad wracał kumpel - D, z którym wcześniej miałem okazję jeść grzyby. Chcąc upiec dwie pieczenie na jednym ogniu (spotkać się z D a jednocześnie nie ominąć imprezy) zgarnąłem go na domówkę do niejakiej M. Z D był również jego kolega, którego znałem z widzenia - W. Pod wpływem namowy D, zjedliśmy grzyby, które w założeniu miały nas puścić zanim pójdziemy do M. Stało się jednak inaczej.
Wprowadzenie: Niniejszy raport jest retrospekcją sięgającą ok. 3 lat wstecz. Po złotym okresie z psychodelikami trwającym dobrze ponad pół roku, podczas którego zaliczałem praktycznie same bardzo udane i zapadające w pamięć tripy, przyszedł czas na serię nieco gorszych podróży. TR opisuje pierwszy z serii już-nie-złotych psychodelicznych wypraw. Żadna z nich nie skończyła się bad tripem. Nie wspominam ich jako złych. Zwyczajnie nie były one najlepsze (w nie-eufemistycznym znaczeniu tego słowa).
Komentarze