Ciekawość po raz kolejny popchnęła mnie do ryzykownego eksperymentu – tym razem dawka mojej ulubionej substancji wyniosła dokładnie 375micro gram.
ONZ powoli orientuje się, że „świat wolny od narkotyków” nie istnieje. Chciałoby się to skomentować słowami: dlaczego tak późno? Ale to w zasadzie wiemy.
ONZ powoli orientuje się, że „świat wolny od narkotyków” nie istnieje.
Chciałoby się to skomentować słowami: dlaczego tak późno? Ale to w zasadzie wiemy. Winna jest tu tzw. deklaracja polityczna – dokument przyjęty w 2009 roku przez oenzetowską Komisję Środków Odurzających (CND). Zawiera on „zintegrowaną i zbalansowaną” strategię walki ze „światowym problemem narkotykowym”. W skrócie – chodziło o globalną redukcję produkcji, obrotu i konsumpcji nielegalnych substancji psychoaktywnych po to, aby zredukować związaną z narkotykami przestępczość. Cały dokument napisano w zasadzie w duchu prohibicji i jego celem był „świat wolny od narkotyków”.
Ta sama deklaracja ustaliła 2019 rokiem ewaluacji postępu. Jakie są wnioski po dziesięciu latach? Cóż, nawet jeśli chęci były dobre, to wybrukowano nim piekło. I to dosłownie.
Porażką okazała się prohibicyjna taktyka wpisywania coraz to nowych środków na listę substancji zakazanych. Powód był prosty: w odpowiedzi na wydłużanie listy na rynku pojawiały się nowe narkotyki i ich mieszanki. Nowe substancje były mocniejsze, gorzej przebadane i przez to groźniejsze.
Użytkownicy uciekali się również do domowej produkcji narkotyków. W ten sposób na rynek trafiły metamfetamina i krokodil. Ta pierwsza wywołała epidemię, którą przyćmiła dopiero koszmarna w skutkach epidemia opioidów. Ten drugi to syntetyczny opioid domowej roboty, popularny zwłaszcza w Rosji. Jego nazwa pochodzi od tego, że jest tak toksyczny, że niemal dosłownie pożera ciało użytkowników, zostawiając same kości (sceptykom proponuję zajrzenie do internetu, ale na własną odpowiedzialność). Wiele wskazuje na to, że kraj wyniszcza też epidemia HIV/AIDS napędzana między innymi restrykcyjną polityką narkotykową oraz całkiem legalny alkohol zabijający głównie mężczyzn na prowincji.
Epidemia opioidów w USA, która, jak wspomniałem, przyćmiła problem metamfetaminy, przyszła z niespodziewanej strony, mianowicie przemysłu farmaceutycznego, a konkretnie firmy Purdue Pharma. Purdue wyprodukowała OxyContin, syntetyczny opioid przeciwbólowy, a potem zalecała jego przepisywanie nawet na średnie dolegliwości bólowe. Jako że „zalecenia” nierzadko były powiązane z korzyściami dla lekarzy, przepisywanie ich stało się dość powszechne.
Po tym, jak już nie dało się tuszować kolejnych „pojedynczych przypadków” przedawkowań opioidów na receptę, zaostrzono przepisy, utrudniając nielegalny handel lekami przeciwbólowymi, głównie wprowadzając kary więzienia. To z kolei zmusiło użytkowników do sięgnięcia po heroinę, a producentów do wprowadzenia na rynek nowych substancji, w tym szalenie niebezpiecznego i uzależniającego fentanylu. Codziennie w USA z powodu przedawkowań opioidów umiera kilkadziesiąt osób.
Sytuacja nie poprawiła się również w kwestii przemocy związanej z przestępczością narkotykową.
W Ameryce Środkowej szaleje wojna narkotykowa. Zaczęła się ona jeszcze w 2006 roku: Felipe Calderon wygrał meksykańskie wybory prezydenckie tak niewielką liczbą głosów, że nie był w stanie odeprzeć oskarżeń o fałszerstwo inaczej, niż inicjując walkę z przestępczością narkotykową, angażując do tego również armię.
Kartele, kiedyś zajmujące się głównie przemytem narkotyków, rozszerzyły swoją działalność o porwania dla okupu. Skorumpowały przy tym polityków lokalnych, stanowych i centralnych, mordowały (i dalej mordują) dziennikarzy i działaczy praw człowieka. Swoich członków rekrutują nie tylko spośród biedoty, ale też spośród policji i oddziałów specjalnych trenowanych przez armię USA do walki – a jakże! – z kartelami.
El Chapo Guzmán, szef niesławnego kartelu Sinaloa, co prawda siedzi w amerykańskim więzieniu, ale prawda jest taka, że wpadł przez własną głupotę, gdy próbował załatwić nakręcenie filmu o swojej skromnej osobie.
W samym Meksyku życie straciło ponad 150 tysięcy osób – choć niewykluczone, że są to zaniżone statystyki i nie biorą pod uwagę liczby osób zaginionych. Ale obecnie przemoc w całym regionie jest tak powszechna, że mieszkańcy Gwatemali, Hondurasu czy Salwadoru ryzykują śmierć – często brutalną i bolesną z rąk kontrolujących Meksyk karteli – by uzyskać status uchodźców w USA.
Na drugim końcu świata prowadzona przez Rodrigo Duterte filipińska „wojna z narkotykami” – albo lepiej: masakra wszystkich podejrzanych o sprzedawanie, posiadanie lub zażywanie narkotyków – pochłonęła wiele tysięcy ofiar. Ile dokładnie? Nie wiadomo, bo szacunki rządowe mówią o niewiele ponad pięciu tysiącach zabitych, podczas gdy opozycja mówi o 20 tysiącach.
Polityka narkotykowa oparta na prohibicji i karaniu poniosła porażkę.
Nie jest tak, że sytuacja nie poprawiła się nigdzie. Lepiej jest tam, gdzie już dawno zaczęto odchodzić od modelu prohibicjonistycznego. Najlepszym przykładem jest Portugalia, w której zdekryminalizowano posiadanie narkotyków. Co prawda początkowo spożycie nielegalnych substancji psychoaktywnych wzrosło, ale niewiele i szybko się ustabilizowało. Spadły przy tym też liczba przedawkowań i przestępstw z użyciem przemocy związanych z narkotykami.
Rada Dyrektorów, rekomendując dekryminalizację narkotyków, odrobiła portugalską lekcję, ale do jej implementacji droga jeszcze daleka. Szczyt oenzetowskiej Komisji Środków Odurzających, który odbył się w Wiedniu przed dwoma tygodniami, nie zakończył się rekomendacją dekryminalizacji. Wiele wody upłynie w Wiśle i Dunaju, zanim do tego dojdzie, bo młyny biurokracji ONZ mielą bardzo powoli. Nie pomogą w tym przepychanki między różnymi krajami, które nie zawsze mają wiele wspólnego z polityką narkotykową.
Problem polega na tym, że dekryminalizacja, nawet jeśli do niej dojdzie, może się okazać działaniem zbyt nieśmiałym. Niewykluczone, że zakończenie wojny narkotykowej w Ameryce Środkowej będzie wymagało nie dekryminalizacji, a legalizacji rekreacyjnego używania narkotyków, w tym kokainy. Uporanie się z epidemią opioidów może wymagać przepisywania heroiny na receptę.
Miejsce: mieszkanie znajomego Muzyka: ambient, psytrance, medytacyjna Towarzystwo: trójka przyjaciół
Ciekawość po raz kolejny popchnęła mnie do ryzykownego eksperymentu – tym razem dawka mojej ulubionej substancji wyniosła dokładnie 375micro gram.
nastrój i oczekiwania bardzo sprzyjające podobnie jak otoczenie
Do skosztowania pierwszy raz tej substancji przygotowywałem się ponad miesąc, gdy już dotarła uznałem że nie ma sensu tracić więcej czasu i spróbuję nowy zakup w nadchodzący weekend - dlatego umówiłem się z kumplem na niedziele, na rano, jednak niestety pogoda pokazała mi marynarski gest gdyż był wówczas styczeń, na szczęście na następny dzień pogoda dopisywała co zaskutkowało kartonem w gębie.
Dzikie, rozkopane pole nad rzeczką, gdzieniegdzie wielkie, betonowe studnie nazywane mariobrosami, wszechogarniający sceptycyzm z nutką wewnętrznego podjarania, sam na sam z kumpelą.
20:15 zjadłyśmy po 15 tabletek. Po upływie pół godziny zaczęła mnie swędzieć głowa, nogi miękły. Wrażenie wchłaniania się w ziemię. Lekko przerażona wdrapałam się na 1.5 metrową studzienkę. Zajebiście kołysało. Przeszyła mnie fala gorąca, zrzuciłam szalik, kurtkę i sweter. Słońce paliło mi skórę. Wypłynęłam w rejs. Ja na pokładzie statku, wraz ze mną całkiem spora załoga (miałam wrażenie, że otacza mnie grupa bardzo bliskich mi osób, chociaż w rzeczywistości byłam sam na sam z A.). Od tego kołysania zaczęło mnie mdlić. Choroba morska?
miejsce: łąka, staw, las, późne po południe, po deszczu, wszędzie mokro, celem było doświadczyć przejścia dnia w noc. Mój stan: średni, zmęczenie, ból głowy, za to nastrój pozytywny
Raport ten chciałbym zacząć od kwestii iż mimo mojego sporego doświadczenia, a zażywałem dawki typu 6g grzybków czy 100mg homipta, niezbyt wielka dawka grzybów może przynieść jeden z najgrubszych tripów, ale do rzeczy.
Komentarze
Ciekawe co ta banda śmiecia kombinuje. Od przynajmniej 60 lat umożliwiali przedostawanie się narkotyków ze wschodu na zachód i odwrotnie, a teraz zebrało się im na troskliwość? Może faktycznie już czas na tę słynną Somę.