REKLAMA




Targi konopne w Warszawie, czyli "matka medycznej marihuany", walka z mitami i... tysiące zwiedzają

Olbrzymia hala, dziesiątki wystawców i tysiące zwiedzających. Po raz pierwszy na taka skalę odbywają się w Warszawie targi konopne. I choć wielu reklamodawców i sponsorów wystraszył zielony liść marihuany, organizatorom marzy się, by Polska stała się konopnym potentatem.

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

dziennik.pl
Paulina Nowosielska
Komentarz [H]yperreala: 
Tekst stanowi przedruk z podanego źródła.

Odsłony

122

Olbrzymia hala, dziesiątki wystawców i tysiące zwiedzających. Po raz pierwszy na taka skalę odbywają się w Warszawie targi konopne. I choć wielu reklamodawców i sponsorów wystraszył zielony liść marihuany, organizatorom marzy się, by Polska stała się konopnym potentatem.

Emanuel Kotzian, współorganizator targów, nazywa siebie pacjentem konopnym. Gdy miał kilka lat, zdiagnozowano u niego ADHD. Dzieciństwa i wczesnej młodości nie wspomina najlepiej. Do czasu, gdy ktoś podał mu marihuanę. To był lekarz? – Nie – odpowiada. – Ok, zgodne z prawem to nie było, ale uspokoiłem się, złagodniałem. A psycholog, który opiekował się mną przez lata orzekł, że zaszła we mnie olbrzymia zmiana.

Półtora roku temu w Niemczech, skąd pochodzi, zmieniono prawo tak, że może pójść do lekarza i poprosić o receptę na marihuanę. – Czuję się znów w pełni legalnym człowiekiem - przyznaje. I wylicza, że przez 15 lat był ławnikiem, nie dostał nawet mandatu za złe parkowanie. Pracuje, płaci podatki. To czemu od kilku minut się tłumaczy? - Bo takie mamy czasy – odpowiada za niego Magdalena Napierała, również współorganizatorka targów. Ktoś wypił za dużo alkoholu? Pewnie miał zły dzień, szef go zrugał. – Procenty usprawiedliwiamy na setki sposobów zapominając, że marskość wątroby nie bierze się z powietrza. Jeśli natomiast ktoś przyzna, że sięgał po marihuanę, uruchamia to w niektórych ciąg skojarzeń: ćpun, złodziej, recydywista.

Magdalena i Emanuel wiedzą dokładnie, czemu mają służyć targi konopne. Pierwsze z takim rozmachem w Polsce, na 10 tys. m kwadratowych. Z blisko 60 wystawcami, głównie zagranicznymi. – Ludzie potrzebują informacji, czym są konopie. Jakie niosą z sobą nadzieje i ryzyko. I zamiast powtarzać to, co usłyszeli od innych, niech sami wyciągną wnioski – mówią.

Chata, laboratorium i cegły z Podlasia

Tuż przy wejściu wita wystawa o dwuznacznej nazwie "50 shades of cannabies". Skojarzenie z "50 twarzami Grey’a" jest bardzo na miejscu. Koszulki, czapki, kremy, balsamy, materiały budowlane. O zastosowaniu w medycynie nie wspominając. Wszystko z jednego "zioła". Fakt, odmiany są różne, mają inne stężenie aktywnych substancji. Ale to wszystko konopie.

Na środku hali trwa pokaz. Dwóch mężczyzn uwija się przy formie do cegieł. Bo okazuje się, że rozdrobnione fragmenty drewna konopnego są genialnym surowcem budowlanym. Tak przynajmniej twierdzą producenci betonu konopnego, który powstaje w ich gospodarstwie na Podlasiu.

Obok wystawia się przedstawiciel na Polskę firmy oferującej zestawy do domowej uprawy roślin. Sprawdzają się w hodowli konopi? – No… co tam pani uzna za stosowne – odpowiada ostrożnie młody mężczyzna. Zestaw to: specjalistyczne lampy emitujące mieszankę barwnych świateł, nawilżacz powietrza i namiot uszyty z materiału odbijającego energię w środku, a jednocześnie tłumiącego rozchodzenie się blasku na zewnątrz. Całość przypomina kosmiczne laboratorium.

Kontrastuje z nim, zbudowana tuż obok, chata strzechą kryta. Okazuje się, że to strzecha konopna. Ze słomy konopnej są też ściany i podłoga. W środku na drewnianych półeczkach stoją oleje z konopi, herbata z konopnego suszu, kremy i balsamy "dla żenścin".

Właściciel tych dóbr pochodzi z Wilna, ma pod miastem 200 hektarów ziemi. I na niej uprawia marihuanę. Skąd pomysł? – No, tu o zdrowie się rozchodzi. Założy pani koszulę z włókien konopnych i alergie precz pójdą. Do tego właściwości antybakteryjne ma, dzięki temu świeżość dłużej trzyma – zachwala. I mówi, że za każdą rzecz ręczy, bo produkuje ją od nasionka.

Zakazany owoc dumnie krąży mi nad głową

I całe te wielkie targi są po to, by pokazać konopne oleje do sałatek? – Tak i nie – śmieje się Magdalena Napierała. – Nie zamierzamy ukrywać, że ludziom zdarza się palić marihuanę również dla relaksu. Nam jednak chodzi o odczarowanie złej aury, jaka towarzyszy tej roślinie. Bo nie wszystko, co jej dotyczy, jest zakazanym owocem.

Póki co media społecznościowe zablokowały informacje o zbliżających się targach, a strona informująca o wydarzeniu długo była nieaktywna. - W naszym logo jest liść marihuany. Prawnicy różnych instytucji, gdzie chcieliśmy się zareklamować, tygodniami debatowali, by w końcu orzec, że lepiej omijać nas z daleka – opowiada organizatorka. I zaraz podkreśla, że nie dzieje się tu nic niezgodnego z prawem. Wszystkie dostępne na targach produkty powstały na bazie konopi siewnych, tzw. włóknistych o stężeniu THC do 0,2 proc. Ich uprawa w Polsce, choć do łatwych ze względów proceduralnych nie należy, zakazana nie jest.

Na targach wykłady ma Dorota Gudaniec, ochrzczona rok temu "matką medycznej marihuany". - 1 listopada 2017 r. weszła w Polsce ustawa, która dopuszcza medyczne zastosowanie konopi. Wcześniej przetoczyła się debata, w której przekonywano, że to wprowadzanie narkomanii bocznymi drzwiami. Na szczęście nieskutecznie – wspomina. Przekonuje, że nie ma złej i dobrej marihuany. To zwyczajowa nazwa kwiatu konopi. I tylko od nas zależy, z jaką intencją będziemy jej używać. - To tak, jak z nożem. Każdy go ma. Do masła, chleba… Trudno byłoby zakazać sprzedaży noży tylko dlatego, że setki czy tysiące z nich stały się narzędziami zbrodni.

Problem w tym, że konopie są bardzo łatwym nośnikiem dla dopalaczy. Dealerzy spryskują je wiec różnymi substancjami, żeby działały mocniej psychoaktywnie. Narkobiznes robi im złą sławę.

Dorotę Gudaniec do innego spojrzenia na konopie zmusiło życie. Ma syna, głęboko upośledzonego, z napadami padaczki potwierdzonymi klinicznie. Stan chłopca się pogarszał, a ona walczyła. Trafiła na historię dziewczynki z USA. Tamto dziecko dzięki medycznym właściwościom marihuany zyskało nowe życie. Gdy zaczęła walczyć o prawo do tego leku dla swojego syna w Polsce początkowo musiała odpierać zarzuty, że robi ze swojego syna narkomana. Nauczyła się odpowiadać: - Jest wiele osób chorych na raka, które muszą brać morfinę. Inaczej ból byłby nie do zniesienia. Czy ktokolwiek nazwie ich morfinistami? Nie. Dlaczego więc tyle emocji wzbudza pomysł, by pozwolić chorym sięgać po marihuanę?

Roślina zawiera ponad 480 substancji czynnych, z których 80 znajduje się tylko w konopiach indyjskich. Co chwila pojawiają się nowe wyniki badań nad nimi.

Wspomniany THC to najbardziej znany i obficie występujący szczególnie w konopi indyjskiej kannabinoid. Jest odpowiedzialny za psychoaktywne doznania, stymuluje części mózgu powodujące uwalnianie dopaminy – tworząc poczucie euforii i dobrego samopoczucia. Ale już np. CBD to niepsychoaktywny składnik. Potwierdzono, że obniża przewlekły ból, stan zapalny, migrenę, skurcze. Zaobserwowano korzystny wpływ na osoby z epilepsją czy schizofrenią.

Marzena Łasińska reprezentuje na targach, istniejący od 2011 r. w Holandii, Instytut. Jego filia powstała rok temu w Polsce. – Naszym zadaniem jest walka z mitami – przekonuje. I wylicza: - Mitem jest to, że konopie są dobre na wszystko i w stu procentach bezpieczne. Ludzie w głowach mają chaos. Chcemy go uporządkować.

Powołuje się na badania i obserwacje takich krajów, jak wspomniana Holandia czy Izrael. - Konopie potrafią niwelować ból wynikający z choroby do takiego stopnia, że człowiek może wstać z łóżka, zjeść śniadanie. Przywracają względną normalności, ale nie czynią cudów. Nie leczą raka. Niektóre fora internetowe podpierają się badaniami, że zawarte w konopiach THC zabija komórki nowotworowe. Ale to są jedynie wyniki badań w warunkach laboratoryjnych - mówi. I ostrzega przed czarnym rynkiem. Załóżmy, że ktoś po lekturze kilku postów uzna, że marihuana może mu pomóc. Lekarz w gabinecie go wyśmieje, ale przypadkowo poznany na forum "altruista" zechce pomóc w jej dostarczeniu. Z niewiadomego źródła, za niebotyczne pieniądze i bez żadnej instrukcji obsługi. - Znam historie rodzin, które popadły w gigantyczne długi kupując takie "lekarstwo” dla swoich bliskich. Nic dobrego z tego nie wyszło.

Wyskoczył jak filip z konopi

Dorota Gudaniec jest na targach nie tylko po to, by mówić o konopiach bardzo poważnie. Ma też wykład: "Konopie w życiu codziennym". No to po kolei: dolar ma w sobie domieszkę papieru konopnego. Gauguin i wielu innych malarzy tworzyło na blejtramach z dodatkiem konopi. 13 sierpnia 1941 r. publiczność zobaczyła prototyp samochodu wykonanego z soi oraz konopi. Jego twórcą był Henry Ford. Trwała II wojna światowa, a stal dla przemysłu zbrojeniowego była na wagę złota. I jeszcze pierwsze, niezniszczalne modele amerykańskich dżinsów… – Długo by wymieniać – uśmiecha się. A co do Polski, to przez wieki byliśmy konopnym potentatem. Marihuana rosła wszędzie, na polach, przy dworach. Stąd przysłowie: "Wyskoczył jak filip z konopi". Pisał o niej Mickiewicz w "Panu Tadeuszu". A Zagłoba w "Potopie" mówił tak: "Bo w konopiach oleum się znajduje, przez co i w głowie jedzącemu go przybywa". – I tak było do mniej więcej połowy lat 70. XX w. Dopiero potem, idąc za rezolucją ONZ, władze PRL postanowiły zakazać swobodnych upraw.

Na targach słychać głosy, że Polska mogłaby stać się znów konopnym potentatem. Brzmi to dość abstrakcyjnie, ale padają konkretne argumenty. - Na całym świecie coraz trudniej hodować marihuanę. Ziemia jest kiepskiej jakości, a w fazie wzrostu roślina wyciąga z niej wszystkie zanieczyszczenia i staje się bezwartościowa. Polska gleba, szczególnie na pomorzu, jest bardzo żyzna, nieskażona, sporo tu nieużytków. Macie naturalne warunki do hodowli – ocenia Emanuel Kotzian. - Ale nie wyobrażam sobie, by przy obecnym stanie wiedzy rolnicy zareagowali na nasz apel: hej, sadźcie marihuanę. Długo pukaliby się w czoło.I pewnie dlatego na targach pojawił się jeden rolnik…

Oceń treść:

Brak głosów