REKLAMA




Ludzie po dopalaczach to kipiąca furia [wywiad]

Czasem przywożą nam człowieka w poniedziałek, a uspokaja się dopiero w czwartek. Szał może działać kilka dni. Przez 36 lat pracy nigdy nie widziałem takiej agresji - mówi dr med. Jacek Rzepecki z oddziału toksykologii Instytutu Medycyny Pracy w Łodzi.

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

Newsweek Polska
Marta Tomaszkiewicz

Odsłony

1372

Czasem przywożą nam człowieka w poniedziałek, a uspokaja się dopiero w czwartek. Szał może działać kilka dni. Przez 36 lat pracy nigdy nie widziałem takiej agresji - mówi dr med. Jacek Rzepecki z oddziału toksykologii Instytutu Medycyny Pracy w Łodzi.

Newsweek: W ostatni weekend do szpitali w Katowicach trafiło prawie 200 osób odurzonych dopalaczem o nazwie "Mocarz". Co wiemy o skali stosowania tego typu środków?

Dr med. Jacek Rzepecki: Jednoczesne zatrucie tak wielu osób jak na Śląsku to rzadkość. Ale tylko do naszego ośrodka w Łodzi codziennie trafia od 5 do 10 osób zatrutych dopalaczami. To dużo. Po 2010 roku, gdy rząd wypowiedział wojnie tego typu używkom, trafiały do nas 2-3 osoby na miesiąc. W całym zeszłym roku było ich ok. 500. W tym 500 ofiar dopalaczy doliczyliśmy się już w lipcu. Na wydziale mamy także osoby po „Mocarzu”, czyli substancji, która doprowadziła do śmierci tylu osób w Katowicach.

Newsweek: Co kryje się za nazwą „dopalacze”?

Dr med. Jacek Rzepecki: Środków chemicznych, sprzedawanych jako dopalacze, mogą być setki albo tysiące, każdy o nieco innym składzie. Często są modyfikowane. Chemik „doczepia” jakiś ogonek chemiczny do związku i otrzymuje nowy produkt. W efekcie tylko w 10 proc. przypadków udaje nam się potwierdzić skład chemiczny substancji, którą ktoś się odurzył.

Newsweek: W jaki sposób jest to badane?

Dr med. Jacek Rzepecki: Pobieramy próbki moczu i oznaczamy obecność około dziesięciu różnych substancji, zażywanych współcześnie. To jest zwykle amfetamina, kokaina, THC, czyli marihuana, robimy też testy na środki syntetyczne. Ale może to jest 1-5 proc. substancji, które zażyli pacjenci. Dziwne jest to, że w testach często potwierdza się obecność marihuany, ale objawy zupełnie nie wskazują na jej działanie. Możemy domniemywać, że taki człowiek w ogóle marihuanę sobie popala, może sięgnął po nią w piątek, ale w poniedziałek, kiedy do nas trafił, zażył coś zupełnie innego, i nawet nie wiemy co.

Newsweek: Ile kosztują takie testy?

Dr med. Jacek Rzepecki: Koszt oznaczenia jednego środka to 30-40 zł. Aby badanie miało cokolwiek potwierdzić, trzeba wydać minimum 300 zł

Newsweek: Jak przeprowadza się leczenie osoby, która zażyła dopalacze?

Dr med. Jacek Rzepecki: Przede wszystkim musimy opanować farmakologicznie ich dziką agresję, czyli szpikujemy pacjenta środkami uspokajającymi. My nie leczymy objawów, nie mamy wpływu na metabolizm substancji i na jej wydalanie. Możemy jedynie zabezpieczyć podstawowe funkcje życiowe. Czyli jeśli człowiek jest nieprzytomny, musi mieć drożne drogi oddechowe, jest podłączony do monitora, sprawdzamy, jakie ma tętno, ciśnienie.

Newsweek: Agresja to najczęstszy objaw zażycia dopalaczy?

Dr med. Jacek Rzepecki: Trafiają się nieprzytomni, ale najczęściej są to ludzie nadmiernie pobudzeni. To jest podstawowy objaw. Przy czym to może być tak, że pacjent siedzi na ławce i wygląda jak mumia, ale gdy ktoś się do niego zbliży i próbuje nawiązać z nim kontakt, to dostanie w twarz. To jest agresja nieposkromiona, jakby człowiekowi korę mózgową odstrzeliło. Atakuje wszystko, co jest w pobliżu. Ma urojenia. Czasem pacjent opowiada mi, że jawię mu się jako smok. Nasze działanie polega więc na tym, żeby go złapać, spętać i podać spore dawki środków uspokajających, żeby nie był niebezpieczny.

Newsweek: Do czego takie pobudzenie może doprowadzić?

Dr med. Jacek Rzepecki: Po dopalaczach jest przyspieszone tętno, czasami nawet 200 uderzeń na minutę, podwyższone ciśnienie. Wskutek pobudzenia i przyspieszenia przemiany materii u niektórych dochodzi do rozpadu tkanki mięśniowej, a to z kolei prowadzi do uszkodzenia nerek. W skrajnych przypadkach pacjenci wymagają dializoterapii. Przypuszczam, że ludzie w Katowicach zmarli wskutek zaburzeń krążenia albo oddechu spowodowanego silnym zaburzeniem depresyjnym. Umrzeć jest łatwo. Wystarczy, że wiotki człowiek zaśnie, a udusi się poduszką.

Newsweek: Jak długo trwa atak szału po dopalaczach?

Dr med. Jacek Rzepecki: To jest pytanie, które sami sobie stawiamy. Wydawałoby się, że gdybyśmy się z Panią spotkali i wypalili dzisiaj dopalacza, pomiesza nam się w główkach, pojawiają się miłe dla mózgu zaburzenia, ale już jutro przystępujemy do pracy. Otóż nie. Załóżmy, jest godzina 10, przywożą nam skrajnie pobudzonego człowieka po dopalaczach, my wprowadzamy go w śpiączkę farmakologiczną i trzymamy go do następnej doby rano. Odstawiamy leki i wyprowadzamy z tej śpiączki. I okazuje się, że większość budzi się ciągle pobudzona i znowu ma halucynacje. Czasem przywożą nam człowieka w poniedziałek, a uspokaja się dopiero w czwartek. Szał może działać kilka dni.

Newsweek: A może te osoby to weterani dopalaczy, którym w mózgach pojawiły się zmiany?

Dr med. Jacek Rzepecki: Mogą powstać trwałe zaburzenia po dopalaczach, ale nie jest to takie częste. Jeżeli po czwartej dobie pacjent normalnieje i funkcjonuje logicznie, to znaczy, że był pod wpływem substancji. A my nie stosujemy leków psychiatrycznych, dbaliśmy tylko, żeby kogoś w tym czasie nie zamordował, ale nie układaliśmy mu lekami w mózgu.

Newsweek: Jak lekarze i pielęgniarki dają sobie radę z tak agresywnymi pacjentami?

Dr med. Jacek Rzepecki: Nasza klinika ma od paru lat umowę z policją. Z pogotowiem, które zabrało człowieka po dopalaczach, ma przyjechać funkcjonariusz i pomóc położyć pacjenta do łóżka. Niestety współpraca udaje się średnio.

Czasami dochodzi do kuriozalnych sytuacji. Policjant łapie furiata, który zniszczył mieszkanie, chciał zamordować matkę, ojciec wezwał pogotowie, pogotowie zadzwoniło po policję, złapali człowieka, związali. Potem funkcjonariusz jedzie za karetką, ale przed bramą zawraca. Furiat jest furiatem nadal, więc my z tymi biednymi ratownikami, głównie kobietami, wyciągamy człowieka z karetki i próbujemy przywiązać do łóżka, co nie jest łatwe. A on ciągle wariuje. Wyzywa nas od kurew. Po jakimś czasie pracy przestaje Pani umieć rozmawiać z normalnymi ludźmi. Jesteśmy pierwszą grupą do bicia i lżenia tak strasznego, że się nie da tego opowiedzieć. I to są dzieci z normalnych rodzin, a nie jakieś wynaturzone lumpy. Do tego pretensje mają rodzice, że nie wyleczyliśmy z nałogu 31-letniego syna, albo zbieramy cięgi, że państwo czegoś nie dopełniło.

Newsweek: Czy pacjentom udaje się uciec?

Dr med. Jacek Rzepecki: Nie raz, głównie podczas przewożenia z toksykologii na psychiatrię. Czasem dzwoni pogotowie, że gdzieś człowiek "wysiadł" po drodze. Gdy już jednak do nas trafi, to nie ma szans na ucieczkę. Tylko raz pacjent uciekł przez lufcik.

Newsweek: To chyba już skrajność.

Dr med. Jacek Rzepecki: Ludzie po zatruciach bywają pobudzeni. Ale przez 36 lat pracy nigdy nie widziałem takiej agresji jak po dopalaczach. To jest kipiąca furia. Człowieka po dopalaczach słychać jeszcze w karetce. Dziki wrzask jak z horrorów. I wtedy już wiemy, kogo pogotowie przywiozło. To plaga. Zniszczyli już nam izbę przyjęć, zrujnowali toaletę, wbili krzesło w podwieszany sufit. Nawet szczupli ludzie, którzy wyglądają jak pajęczaki, są nie do opanowania. Boję się, że człowiek po dopalaczach kogoś popchnie i zabije. Mamy ochronę, ale ona przyjeżdża dopiero po 15 minutach.

Newsweek: Jak z tą plagą walczyć?

Dr med. Jacek Rzepecki: To bardzo trudne. Przypuszczam, że gdy producenci dopalaczy zorientowali się, że znaczna część produktów znalazła się na liście substancji zakazanych, zaczęli wytwarzać nowe, które wymykają się klasyfikacji. Taki środek psychoaktywny nakrapiają na susz roślinny, który nadaje się do palenia, i wsadzają do starych torebek z napisem „Mocarz” czy „Postrach Wampirów”. I my tłumaczymy, że skoro wczoraj kupili „Mocarza”, po którym nie dostawali szału, nie znaczy, że jutro ten środek będzie działał tak samo. A przecież ci domorośli chemicy, którzy tworzą dopalacze, nie badają składniku, grupą kontrolną są dopiero klienci. Podejrzewam, że teraz producenci dopalaczy będą modyfikowali dawkę, pewnie ochrzanili chemików albo zastrzelili, jeśli to mafia. Wezmą drugiego, który zrobi mniej spektakularny produkt. Bo im nie zależy na tym, żeby mówiła o tym cała Polska, tylko żeby Jasio czy Wacek kupili „Mocarza” i byli szczęśliwi.

Newsweek: Kompletnie nic się nie da zrobić? Pięć lat temu władza obiecywała wojnę przeciwko dopalaczom. Ktoś zawinił albo zaniedbał?               

Dr med. Jacek Rzepecki: Nie ma na to mądrego, nie ma co winić władzy. Świat się zmienia, mogą co najwyżej wysłać funkcjonariuszy do łapania handlarzy i stworzyć prawo, by potem nie płacić producentom odszkodowań z naszych podatków. Obecnie każda substancja, która jest uznana za psychoaktywną i śledczy znaleźli na to dowód, jest wpisywana na specjalną listę. I wtedy takie substancje mogą być rozprowadzane tylko w aptekach albo są zakazane i penalizowane. Ale środowisko sanepidowskie, które miało walczyć z dopalaczami, zostało zaskoczone. Bo pochodne narkotyków łatwo stworzyć przez dodanie jakiegoś łańcucha do związku chemicznego, a wtedy już nie ma go na liście. 
Sklep można zamknąć, ale najpierw trzeba wykonać badania: pobrać próbki z każdego opakowania, wysłać do laboratorium... Mija pół roku zanim otrzymamy wyniki. Ale jeśli badanych substancji nie ma na liście, to musi Pani płacić odszkodowanie. Chcemy być państwem prawa, to przegramy.

Newsweek: A może zmienić definicję zakazanych substancji? 



Dr med. Jacek Rzepecki: Można postanowić, że wszystkich substancji, które działają psychoaktywnie, nie można wprowadzać na rynek. Ale co wtedy z rozpuszczalnikiem do farb, który też działa psychoaktywnie? Czy wtedy sprzedawano by go tylko dorosłym? Albo kawa, wódka? To też są środki psychoaktywne. Może lepiej spisać główne grupy narkotyków, typu: amfetamina i pochodne, heroina i pochodne. Substancji macierzystych byłoby ok. 15. Tylko że ktoś przed sądem mógłby udowodnić, że stworzył pochodną, która nie jest psychoaktywna, i powiedzieć, że państwo się czepia.

Newsweek: Czy gdyby marihuana była legalna, a przez to tańsza, ludzie nie oszczędzaliby na dopalaczach?

Dr med. Jacek Rzepecki: Myślę, że zdecydowanie wybieraliby marihuanę. Powstrzymywanie jej spowodowało, że coś innego musiało ją zastąpić. Opowieści, że kogokolwiek zabiła, są wzięte z sufitu, niepotrzebnie dołączono ją do narkotyków. To najdelikatniejsza z tych wszystkich substancji, ale jeśli Pani to napisze, powieszą Panią prawomyślni.

Newsweek: Trzymajmy się zatem faktów: marihuana nie jest tak zabójcza jak dopalacze.

Dr med. Jacek Rzepecki: Gdyby marihuana, która jest znacznie mniej szkodliwa niż dopalacze, była dostępna, część ludzi zabrałaby się za nią. Nie wiem tylko, czy zamiana dopalaczy na marihuanę byłaby jeszcze możliwa, bo te chemiczne mózgotrzepy już się za bardzo upowszechniły. W 2010 ludzie po dopalaczach byli pobudzeni, ale nie aż tak jak teraz. Następne środki mogą już uszkadzać narządy. Oddalamy się chemicznie od pierwowzorów i wkraczamy na nowy teren.

Oceń treść:

Average: 6.5 (2 votes)