Hrabstwo Humboldt pokazuje mroczne oblicze w „Murder Mountain”

Ci, którzy znają co nieco północnokalifornijskie hrabstwo Humboldt, znają je głównie z jednego powodu. To gigantyczne centrum uprawy konopi o kilkudziesięcioletniej tradycji, które razem z hrabstwami Trinity i Mendocino, tworzy tzw. Szmaragdowy Trójkąt. Vipisi z karabinami pod ręką zaspokajają tam 80% amerykańskiego zapotrzebowania na jaranie, nie płacąc przy tym podatków.

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

Magivanga
Conradino Beb
Komentarz [H]yperreala: 
Tekst stanowi przedruk z podanego źródła - pozdrawiamy!

Odsłony

801

Ci, którzy znają co nieco północnokalifornijskie hrabstwo Humboldt, znają je głównie z jednego powodu. To gigantyczne centrum uprawy konopi o kilkudziesięcioletniej tradycji, które razem z hrabstwami Trinity i Mendocino, tworzy tzw. Szmaragdowy Trójkąt. Vipisi z karabinami pod ręką zaspokajają tam 80% amerykańskiego zapotrzebowania na jaranie, nie płacąc przy tym podatków.

Tytułowa Mordercza Góra znajduje się niedaleko Alderdpoint, na południu hrabstwa, gdzie uprawiana jest też większość konopi, i gdzie społeczność żądzi się swoimi własnymi regułami, które w oczach ukrywającego się pod maską Justina dają regionowi feeling „ostatniego bastionu Dzikiego Zachodu”.

Tak, mówimy o tym samym regionie północnej Kalifornii, który został „zaludniony” przez rozbitków z Lata Miłości około 1968, gdy Canned Heat wskazali drogę hitem Up The Country.

Wypaleni przez galopującą turystykę – jak wspominał początek eksploatacji medialnej w jednym z wywiadów Jerry Garcia, codziennością pod domem The Grateful Dead stawał się autobus wypełniony turystami – oraz eksplozję szuwaksu i makiwary, która w kilku ruchach uczyniła z Haight Ashbury cmentarz psychedelicznej rewolucji, headzi zdecydowali się przenieść w przyjemniejsze otoczenie, które od San Francisco dzieliło zaledwie kilka godzin drogi.

Był to dla kontrkultury początek powrotu na łono natury, który w wielu miejscach skończył się efektowną porażką, gdy tylko okazało się, że harówka na roli i w oborze jest dla rewolucjonistów zbyt ciężka. W komunach wykluwali się też pułkownicy Kurtze pokroju Charlesa Mansona. Kontakt z naturą nie był niestety lekarstwem na klasyczny power trip.

Ale hrabstwo Humboldt dało radę i przeżyło dzięki marihuanie – której cena, o czym też słyszymy, stopniowa szła w górę – radykalizację końca lat ’60, porewolucyjnego kaca, reaganowską Wojnę z Narkotykami… by doczekać się reformy legalizującej medyczną marihuanę w połowie lat ’90, która stała się początkiem prawdziwych kłopotów dla old timerów.

Twórcy Murder Mountain (Lightbox Entertainment) nie wahają się zadawać trudnych pytań lokalnym mieszkańcom i to od nich się dowiadujemy, iż to dekryminalizacja wywołała zieloną gorączkę i stała się lepem na wszelkiego rodzaju pazernych biznesmenów, którzy z dnia na dzień założyli własne operacje w regionie, spychając starych rezydentów do defensywy i podbijając liczbę zabójstw… często niewyjaśnionych, jak w przypadku Garretta Rodriqueza, nieżywego bohatera serii.

Ekipa wiernie zarejestrowała poszukiwania młodego mężczyzny, który przeniósł się do północnej Kalifornii z San Diego, by zarabiać na zielonym boomie i został zastrzelony przez grzejącego kryształ wspólnika w 2013, który do dzisiaj nie został postawiony przed sądem, pomimo tego że jego tożsamość jest powszechnie znana!

Samo śledztwo prowadzone jest przez prywatną agencję detektywistyczną, która została zatrudniona przez ojca ofiary po tym, jak zajęcia się sprawą odmówiła lokalna policja.

W sześciu odcinkach poznajemy powoli historię sprawy, która wraz z ujawnianiem kolejnych faktów staje się coraz bardziej sensacyjna, rzucając cień nie tylko na lokalnych plantatorów, ale także na organy ścigania i władze.

Te ostatnie okazują się otchłanią impotencji wyrastającą zarówno z niedofinansowania, jak i braku chęci działania. Branie sprawy w swoje ręce okazuje się więc dla społeczności Alderpoint jedyną opcją i jej liderzy (Alderpoint 8) postanawiają działać, dokonując samosądu na podejrzanym, który na jego skutek wskazuje grób Garretta, co okazuje się jednym z niewielu jasnych punktów całej historii, która równie dobrze mogłaby być scenariuszem elektryzującego dramatu fabularnego. Tak angażujący był dla mnie osobiście ten seans!

Historia kryminalna, na której wisi ten dokudramat, jest prawdziwie fascynująca i może być potwierdzeniem znanego powiedzonka, że najlepsze scenariusze pisze samo życie, ale Murder Mountain to także tona informacji na temat lajfstajlu autsajderów i izolacjonistów z hrabstwa Humboldt, którzy często służą archiwalnymi fotkami pokazującymi pierwsze lata headów w głuszy i swoje pierwsze uprawy.

A jeśli już jesteśmy przy uprawie, to twórcy śledzą również polegalizacyjny chaos w Kalifornii, którzy szybko wykopuje wielu starych plantatorów z biznesu ze względu na koszty nowych regulacji, które często dochodzą do $200 tys. (751 tys. PLN). Wielu z nich wybiera więc drogę czarnorynkową, będą dalej uprawiać konopie nielegalnie, ale są też tacy jak Jason Dookie, którzy decydują się zamoczyć nogę.

Jason nie ukrywa, że jest to dla niego trudna decyzja, ale ziom ma na czym budować, bo jego kolektyw Dookie Bros. wygrał Szmaragdowy Puchar i nagrodę Golden Tarp za jeden z największych hitów marihuanowej sceny ostatnich lat – eksplodującą smakiem i kolorami indikę Zkitllez, która jest krzyżówką Grape Ape, Humboldt Grapefuit i trzeciej odmiany o nieznanym pochodzeniu, wyhodowaną oryginalnie przez 3rd Gen Fam.

W scenach z jego udziałem widzimy realia małych plantatorów, którzy często muszą walczyć o życie nie do końca czystymi środkami, podejmując bardzo trudne decyzje, które mogą ważyć zarówno nad ich przyszłością, co i przyszłością ich rodzin.

Do tego serial pokazuje nam w jaki sposób marihuana jest przygotowywana do sprzedaży i kupowana przez dystrybutorów z całych Stanów Zjednoczonych, którzy zjeżdżają się corocznie do Alderpoint po zbiorach, jak na dożynki.

Reasumując, Murder Mountain to rewelacyjne true crime z wprawnym okiem reportażowaym, które po kilku konkretnych buchach przykuje do kanapy na 6 godzin każdego widza dysponującego dostępem do Netflixa i odpowiednią ilością czasu.

Oceń treść:

Average: 7.6 (5 votes)
Zajawki z NeuroGroove
  • Pierwszy raz
  • Tramadol

Siedzę w mieszkaniu mojej umierającej, otępiałej prababci. I tak ok 5-6 dni w tygodniu. Mam strasznego doła psychicznego.

 

21.40 – pierwsze łyki wody z 200 mg tramadolu. Jestem strasznie podekscytowana, i czekam na pierwsze efekty. Za parę minut wezmę kolejne łyki. Smak wody z kroplami jest niezbyt przyjemny, ale zaraz zagryzę go domowymi pierogami z kapustą i grzybami

21.55 – 2/3 wypite, odczekam jeszcze parę minut przed następną dawką, aby zapobiec ewentualnym mdłościom.

22.01 – Nie jestem pewna czy to to, ale jakoś mi tak lżej..

  • Dekstrometorfan
  • Marihuana
  • Tripraport

18 lat, 70 kg

Dawno niczego nie pisałem. No bo też dawno nie miałem o czym. Palenie na działce, czy ćpanie przed snem nie jest niczym na tyle porywającym, żeby ktoś naprawdę chciał o tym czytać. Nic się nie dzieje, połowy rzeczy nie pamiętam lub nie umiem nazwać.

  • Dekstrometorfan
  • Tripraport

Przed wzięciem byłam raczej przybita, zdołowana, zmęczona. To był męczący tydzień i uciążliwy dzień. Nie miałam siły, byłam rozdrażniona. Tego dnia nie planowałam brać, miałam za sobą tydzień intensywnego grzania i serce powoli zaczynało odmawiać posłuszeństwa. Bolała mnie głowa, serce kołatało przy każdym pokonywaniu schodów, do tego nasilające się uderzenia w skroń i znacznie osłabiona wydajność płuc...

Swoje przeżycia z DXM zaczęłam około pół roku temu. Większość moich tripów zawsze wahała się pomiędzy drugim i trzecim plateau, jedynie raz doszłam do czwartego. Dawkowanie ograniczam zawsze do 150mg, ze względu na to, że mam 1,68m i ważę 42kg. Przez ostatni rok brałam ketoprofen, tramadol w silnym dawkowaniu. Do tego morfina i dwukrotna długa narkoza.

Wstęp

  • Dekstrometorfan
  • Marihuana
  • Odrzucone TR
  • Pierwszy raz

Lekkie zmęczenie, dobry humor, pozytywne nastawienie, ciekawość. Wolna chałupa, ja i moja dziewczyna, która towarzyszyła mi pierwszego dnia.

Oto mały raport, w którym będą przeplatały się opisy doświadczeń z dwóch dni, podczas których zniknęło 78 tabletek. Jedna w kawie. :(

Idąc za radą użytkowników [H] wrzucałem tabletki robiąc przerwy, i zagryzałem cytryną. 

T: 0m (~21:30)

[Tutaj popełniłem kardynalny błąd, ponieważ zaniedbałem kwestię S&S]

 Siedząc w salonie przy laptopie poczułem, że Dex powoli "puka do drzwi." Nastąpiły zmiany w odbiorze bodźców, które raczej trudno mi opisać ze względu na to, że był to mój dziewiczy rejs.

randomness