Hmmm... niby dwie rózne sprawy ale duzo podobieństw .
Sławomir Sierakowski wspomina i apeluje: "Dokończmy to. Nie zmarnujmy tej śmierci."
Od legalizacji medycznej marihuany jesteśmy daleko, ale bliżej niż przed zabraniem w tej sprawie głosu przez Tomka Kalitę.
Nie pamiętam już, kiedy poznałem Tomka Kalitę. Pamiętam, że byłem mocno nieufny, bo Tomek był z SLD. A to u każdej innej lewicy wywoływało automatyczny dystans. Kłopot był tylko z jego wiekiem. Jak na komucha z PZPR to jednak był o 15 lat za młody. No ale wtedy można było powiedzieć, że postkomunizm to nie biografia, ale poglądy. I w sumie racja, ale nie wobec wszystkich. Jego postawę rozumiem tak: zachowywać się przyzwoicie tam, gdzie się jest i nie szukać na siłę alternatyw.
Prawie do końca byłem nieufny. Gadaliśmy, wiadomo było, że jest sympatycznym gościem, ale zawsze raczej sobie „dogadywaliśmy”. Tak brzmiało przynajmniej pięć pierwszych zdań. Po nich zaczynała się inna rozmowa, choć wiadomo było, że do niczego się nie przekonamy. To w sumie była niezła podstawa do bezinteresownego pokomentowania polityki i tego, co się dzieje w kraju i poza nim.
Tomek chciał być i tu i tu: w polityce głównonurtowej, takiej, jaka była i jest, ale też w świecie idei. Dlatego założył Centrum im. Ignacego Daszyńskiego. Aktywność polityczną rozpoczął, gdy SLD było już na równi pochyłej, więc większych szans na rozwinięcie skrzydeł tak naprawdę nie miał. Nie można powiedzieć, że miał szczęście w polityce. Ale dawał radę z entuzjazmem. Nie narzekał, robił swoje.
Później zachorował. Nic o tym nie wiedziałem, bo się nie przyjaźniliśmy. Pamiętam tylko jedną scenę, gdy spotkałem go gdzieś na mieście, był z żoną na kolacji. I na szczęście bez „dogryzania” sobie tym razem, podszedłem i przybiliśmy piątkę, wymieniając życzliwe uśmiechy. Nic więcej.
Gdy dowiedziałem się o chorobie, zadzwoniłem. Tomek zaprosił mnie na wieczór kawalerski. Przyszedłem i razem z Andrzejem Morozowskim, Maćkiem Knapikiem i innymi kolegami i koleżankami bardzo dobrze się bawiliśmy. Tomek miał szczęście, bo żenił się ze wspaniałą osobą. Annę Monkos znałem skądinąd, bo co najmniej dekadę temu kilka razy wywiadowała mnie dla „Dziennika” i innych mediów.
Tomek Kalita umarł, bo ten rak był najpewniej nieuleczalny. Dobrze, że zaczął własną kampanią za legalizacją medycznej marihuany. Tu okazał się skutecznym politykiem. Skuteczniejszym bardziej niż ktokolwiek z jego pokolenia, bo zalegitymizował w pojedynkę temat medycznej marihuany. Już zawsze będzie on kojarzony z jego nazwiskiem. I już nigdy nie będzie można tego zignorować. Nie będzie można załatwić medycznej marihuany pruderyjnym prychnięciem, że narkotyki i w ogóle nie ma o czym mówić.
Od legalizacji medycznej marihuany jesteśmy wciąż daleko, ale już bliżej niż przed publicznym zabraniem w tej sprawie głosu przez Tomka Kalitę. Dokończmy to. Nie zmarnujmy tej śmierci. Tomek tak bardzo chciał być politykiem i tak nim został.
Hmmm... niby dwie rózne sprawy ale duzo podobieństw .
Czy trip zmienil mnie? Mysle, ze nie, aczkolwiek przypomnial
mi o sprawach ktore kiedys widzialem, ktore sa wazne, a o ktorych
zapomnialem. Warto jednak o tym wszystkim pamietac. Pozwolil mi
jednak odpowiedziec na rozne pytania, ktore zadawalem sobie do tej
pory, niestety odpowiedzi nie sa wcale przyjemne.
Na wstępie pragnę zaznaczyć, że nie był to mój pierwszy kontakt z psylocybina. Rok temu testowałem na sobie kołpaczki. Prawda jest, że mają śladowe ilości psylo, ale w większej ilości dają bardzo ciekawe efekty, ale do rzeczy...
W miniony weekend postanowiłem sprawdzić, jak działają Holenderskie magiczne trufle. Te, które przyjąłem w swoje ciało nosiły nazwę „Atlantis".
15 gram trufli, które to swoim wyglądem przypominają rodzynki w czekoladzie, a smakiem orzechy.
Jako ze opisywane wydarzenia działy sie ponad rok temu a moja pamięć nie należy do doskonałych to chronologia może nie być idealna, jednak postaram się oddać wrażenia jak najbardziej subiektywnie i autentycznie.