REKLAMA

Co zrobi z konopiami Główny Inspektorat Sanitarny?

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

NaTemat.pl
Maciej Kowalski

Odsłony

209

Coraz częściej pojawiają się pytania o stosunek Głównego Inspektoratu Sanitarnego do preparatów z konopi włóknistych. Zainteresowanie regulatora nowym rynkiem to rzecz całkowicie normalna i na dłuższą metę korzystna dla wszystkich. Krótko mówiąc – nie ma powodów do paniki.

Rolą GIS-u jest dbanie o bezpieczeństwo konsumentów. Największym zagrożeniem dla producentów i osób korzystających z ekstraktów z konopi jest nie GIS, a nieuczciwi producenci, którzy swoją bezczelnością drażnią państwowe instytucje. Jeśli nadużyją dobrej woli i cierpliwości inspekcji, stracą na tym wszyscy.

To, co robi duża część producentów, dystrybutorów i sprzedawców olejków z konopi włóknistych, jest stąpaniem po bardzo cienkiej granicy pomiędzy nachalnym, nieetycznym marketingiem, a przestępstwem. Jak pokazują liczne przykłady podobnych przypadków „wolnej amerykanki” w innych obszarach, prędzej czy później może się to skończyć całkowitym zakazem obrotu.

Co można zrobić, by zapobiec katastrofie? Przede wszystkim, nie wpadać w panikę. Nie ma żadnej wojny z konopiami włóknistymi. Plotki takie są próbą gry na emocjach dla zaspokojenia partykularnych interesów. Największym orężem, jaki mają w tej chwili w rękach użytkownicy olejków z konopi włóknistych są ich własne decyzje konsumenckie. Jeśli pokażemy, że branża jest w stanie sama oczyścić się z podejrzanych typów, nieuczciwych praktyk i niebezpiecznych preparatów – żadna instytucja nie będzie nam wchodzić w drogę.

***

Dla ułatwienia, krótki poradnik „jak zdelegalizować CBD”:

„Produkt kolekcjonerski”

Bodaj najczęstszym przewinieniem jest oferowanie ekstraktów z konopi jako tzw. „produkty kolekcjonerskie”, czyli w tym samym reżimie prawnym (czyt. jego braku), jak dopalacze. Takie produkty nie podlegają żadnej kontroli, konsument nie ma pewności na temat składu, zawartości składników pożądanych i pozostałości niepożądanych. Unikanie poddania się podstawowej kontroli jest nie tylko kpiną z klientów, ale też objawem krótkowzroczności i typowego psucia rynku. Większość podmiotów sprzedających olejki z CBD jako „nie przeznaczone do spożycia” dobrze wie, że ma obowiązek dokonania zgłoszenia do GIS – nie robiąc tego, grają im na nosie, licząc na to, że „jakoś to będzie”.

Handel nadzieją

Drugim popularnym nadużyciem jest stosowanie nieuprawnionych twierdzeń o działaniu medycznym. Preparaty z konopi (zarówno włóknistych jak i z marihuany) stanowią przedmiot bardzo gorącej dyskusji w świecie naukowym i medycznym. Coraz więcej jest wyników badań, które pokazują potencjalne korzyści płynące ze stosowania tego typu substancji – ale wszystko to jeszcze nie spełnia jasno określonych wymogów prawnych, które pozwalają na powoływanie się na efekt zdrowotny. Jeśli któryś z producentów uważa, że jego specyfik leczy to, czy tamto, regulacje na całym świecie wymagają przejścia długiej i kosztownej procedury badań klinicznych. Duża część zwolenników stosowania konopi widzi w tym rękę „Big Pharmy” i knuje coraz to nowe teorie spisku. Rzeczywistość, jak to zwykle bywa, jest dużo bardziej przyziemna – sugerowanie działania leczniczego suplementu diety, inne niż dopuszczone przez Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) oświadczenia zdrowotne, jest po prostu łamaniem prawa, koniec kropka.

Medyczna marihuana przemysłowa

Zainteresowanie mediów wykorzystaniem marihuany (tj. suszonych kwiatostanów konopi innych niż włókniste) jest nieraz używane do reklamowania olejków z CBD. Uprawiane w Polsce legalnie konopie włókniste, ani otrzymywane z nich ekstrakty, to nie jest medyczna marihuana! Mieszanie jednego z drugim jest nieporozumieniem i ściąganiem sobie na głowę problemów. Zmiany w prawie regulującym kwestie dostępu do marihuany są niewątpliwie potrzebne, ale nie mają one żadnego związku z konopiami włóknistymi, z których powstają olejki z naturalnym CBD. Włączanie do debaty na temat marihuany zagadnień związanych z konopiami włóknistymi może odnieść tylko jeden skutek – ktoś w końcu uzna, że to jedno i to samo i wrzuci do jednego wora z wielkim napisem „nielegalne”.

Brak kontroli jakości

Suplementy diety to kategoria produktów żywnościowych – i jako takie podlegają normalnej, skrupulatnej kontroli pod kątem standardów jakości. Kupując w sklepie spożywczym śmietanę chcemy mieć pewność, że produkowana jest ona w higienicznych warunkach, ma skład zgodny z deklaracją na etykiecie i nie zawiera szkodliwych substancji. Dokładnie tego samego wymaga się od producentów suplementów diety – czego wielu producentów olejków z CBD zdaje się nie rozumieć. „Atak na naszą wolność, spisek” – daje się słyszeć na jakiekolwiek wspomnienie regulacji i inspekcji. Odpowiedzialny producent suplementu diety nie tylko powinien, ale ma prawny obowiązek prowadzić kontrolę jakości przynajmniej pod kątem spełniania obowiązujących norm i limitów.

Szkodliwe dodatki

Jedną z praktyk, którą GIS (słusznie) zdaje się mieć na celowniku, jest dodawanie do naturalnych ekstraktów wyizolowanego lub syntetycznego kannabidiolu – takie preparaty są w znacznym stopniu odbiegające od tego, co oferuje natura i jako takie są niebezpieczne i nielegalne. Zgodnie z europejskim konsensusem, zawierające wyłącznie naturalne kannabinoidy preparaty (takie jak CannabiGold) mogą być dopuszczone do obrotu.

***

Patrząc z perspektywy inspekcji sanitarnej, na rynku CBD panuje kompletna samowola, a niejeden preparat popełnia wszystkie wspomniane wyżej grzechy i może być zwyczajnie niebezpieczny dla zdrowia. Wciskanie ludziom, że kupując ich nieprzebadany specyfik można pozbyć się wszystkich zmartwień, sprzedawanie ekstraktów z większą niż śladowa ilością THC, zawyżanie realnych stężeń… Dotychczasowy brak reakcji na takie praktyki ze strony GIS odczytywany był jako przyzwolenie na coraz większą bezczelność, co zawsze kończy się tak samo – całkowitym zakazem, którego ofiarami stają się również uczciwi producenci, a co najważniejsze, konsumenci.

Oceń treść:

Brak głosów