REKLAMA




PsychodeliczneLeniuchy

by Error78

Anonim

Kategorie

Odsłony

2473
Substancja: Grzyby w ilości 100 sztuk na głowę.

Jak zwykle, mimo naprawdę wielkich wątpliwości zdecydowałem, że jednak postaram się opisać moje najnowsze doświadczenie z gzipkami. Trudność polega na tym, że nawet nie wiem jak zabrać się do tematu...niektórzy na pewno wiedzą o co chodzi...problemem nie jest to, że czegoś nie pamiętam albo że np. pamiętam aż za dużo, tylko to że grzyby z założenia powodują tak potężne odrealnienie od wszystkiego co możemy zobaczyć i doświadczyć w rzeczywistości, że naprawdę brakuje słów na przekazanie tego wszystkiego...anyway, chcę spróbować przekazać Wam przynajmniej namiastkę z tego dziwnego tripu i w jakiś sposób pokazać, że tak też może być bajecznie fajnie i to też może być niesamowite.

Ten trip planowałem razem z moim kolesiem przynajmniej od ostatniego sezonu grzybowego 2002 (czyli od jesieni), wtedy to grzybów było sporo i po każdym tripie zaczeliśmy dążyć do jak najlepszej próby wyeliminowania wszystkiego co nam przeszkadza w trakcie jazdy. I tak po kolei okazywało się że np. po zgrzybieniu nie chce nam już się gdzieś szlajać bo to nic rewelacyjnego nie daje, nie chce nam się siedzieć na zimnie bo wcale wtedy nie jest przyjemnie i człowiek się tylko trzęsie, nie chce nam się spotykać w trakcie z kimkolwiek bo i tak nie ma się zbytnio ochoty na rozmowę itd. itp...krótko mówiąc zaczeliśmy upraszczać banię tak by mieć z niej jak najwięcej pożytku dla siebie :)

Pierwszy trip tego typu zrobiłem sobie w domu, zjadłem wtedy 50 grzybów i położyłem się do łóżka, przez cały czas leżałem, miałem ustawioną muzę w kompie, założone słuchawki, nie ruszałem się z miejsca i krótko mówiąc było za-je-bczo :) koleś zresztą wcześniej zrobił to samo w swoim domu no i ogólnie ten sposób tripowania nazwaliśmy sobie kokonem :) Bo to właśnie takie uczucie jakby człowiek znajdował się w jednym wielkim kokonie. Właśnie wtedy zaplanowaliśmy, że na wiosnę jak tylko zrobi się bardzo ciepło zrobimy sobie taki trip gdzieś w bardziej przyrodniczym miejscu.

Dwa tygodnie temu taki dzień nadszedł. Wstałem rano, zjadłem coś i poszedłem do mojej dziewczyny...okazało się, że jest zajebiście ciepło - było dobrze ponad 20'C, świeciło słońce, wiał lekki wiatr i ogólnie pogoda była cudowna, wtedy to mi właśnie zajarzyło w głowie - "to jest ten dzień". Mój plan szybko przedstawiłem kobiecie, która tradycyjnie nie była zachwycona ale jakoś, po raz kolejny, dała się przekonać ;). Poszedłem do kumpla, było to gdzieś tak koło godziny 16tej, pora była idealna bo nie było już przynajmniej aż tak gorąco. Kumpel nie był zaskoczony moim pomysłem tym bardziej, że parę dni wcześniej rozmawialiśmy na ten temat bo trzeba było przed tripem się nieźle zastanowić co jemy, jak i w jakiej ilości (propozycje: ruta+grzyby, lsd+grzyby czy czyste grzyby, zdecydowaliśmy się na klasyka czyli 100 gzipków :)) no i od paru dni pogoda robiła się coraz lepsza. Wzięliśmy z sobą 200 suszonych grzybów i poszliśmy na pobliski skłot - jest to taka stara spalona rozdzielnia kolejowa, po drodze kupiliśmy jakiś napój żeby mieć czym popić nadchodzący posiłek ;)

Po dojściu na miejsce usiedliśmy sobie w trawie przed skłotem i wpakowaliśmy w siebie po 100 diabełków na głowę zapijając napojem...smak był tradycyjnie kiepski chociaż w sumie już się przyzwyczaiłem do tego typu potrawy ;), najlepiej zwinąć palcami grzyby w kule i w takich paru porcjach wszystko zjeść, powydłubywać ogonki z zębów i gotowe :) Po zjedzeniu udaliśmy się w kierunku miejsca docelowego czyli naszej ulubionej grzybowej góry, nie wiem już ile razy tam wrzucaliśmy ale miejsce jest naprawdę wybitne i zresztą dla nas kojarzy się z niezłymi sentymentami dotyczącymi grzybów, zresztą wszystko stamtąd widać najlepiej i bardzo rzadko się zdarza żeby kogoś tam niespodziewanie spotkać w najmniej oczekiwanym momencie...a jeśli już się to stanie to na pewno nas nikt nie zaskoczy bo będzie go widać już z daleka, no a w tym czasie można się spokojnie bez strachu ewakuować. W drodze ustaliliśmy, że dochodzimy do miejsca docelowego, siadamy i nie ruszamy się stamtąd aż nas nie puści albo przynajmniej aż się obyjemy z naszym psycho stanem no i z założenia miał to być tym razem czysto relaksacyjno-rozrywkowy trip...bez konkretnych celów mentalnych i masturbowania świadomości czy coś tam.

Tak też zrobiliśmy, siadłem sobie wygodnie, wyjąłem szlugi, zapaliliśmy no i zaczęliśmy oczekiwać na nadchodzący high. Ruszyło mnie gdzieś tak po 30 minutach. Poczułem jak zaczyna mi kotłować w żołądku i głowa zaczyna robić się leciutka jak piórko, parę beknięć i stęknięć i po kilkunastu minutach w żołądku zaczęło się robić trochę lepiej. Zaczęliśmy sobie z lekka komentować ładowanie się bani...wyszło z tego coś w stylu:

-co czujesz
-czyje jakbym spalił grama hashishu
po jakimś czasie
-co czujesz
-czyje jakbym spalił dwa gramy hashishu :) ...itd.
no aż w końcu można było powiedzieć tylko
- kur$#, ale się ugrzybiłem

Po następnych kilkunastu minutach przestaliśmy już mówić cokolwiek. Siedziałem i czułem jak zaczyna mnie roznosić od środka, najbardziej w ładowaniu lubię to pulsacyjne rozpoczynanie się tripu, gdy coś pulsuje w środku mnie a po chwili zauważam, że to już nie tylko organizm pulsuje ale w rytm pulsowania zaczyna wszystko pływać na około mnie i zaczynam się rozpływać i "unosić"...nawet czas staje się rozpłynięty, dźwięki i wszystko, tak było i teraz...obraz zaczął nie tylko pływać ale i drgać a krawędzie wszystkiego na co się patrzyłem zaczynały rozłazić się. W tym momencie poczułem się dziwnie a do tego to dziwne uczucie zmęczenia...pomyślałem sobie, że najlepiej by było gdybym się położył i dopiero wtedy do mnie dotarło, że jestem w zajebiście fajnym i bezpiecznym miejscu i jak mam ochotę to bez problemu mogę się wyłożyć na trawie a nawet tarzać jak mi się zachce - spoko, żadnych ograniczeń.

Leżałem i patrzyłem się w niebo...na niebie widziałem ledwie parę chmurek i pustkę, po paru chwilach niebo zaczynało się robić coraz bardziej niebieskie do momentu aż nabrało nieprawdopodobnej głębi, później z wolna wśród całej głębi zaczęły mi się pojawiać biało szarawe plamki poukładane w kręgi...powoli czułem jak zaczynam odpływać całkowicie a rzeczywistość ucieka gdzieś ode mnie. Zamknąłem oczy i pojawiły się pierwsze CEVy, były podobne do plamek które wcześniej widziałem na niebie ale zaczęły nabierać koloru, otworzyłem oczy i podniosłem się. Byłem już w środku grzybowego świata, wszystko stało się dziwne i powyginane, trawa przede mną zaczęła układać się w dziwne regularne wzorki, moje włosy stały się dziwnie miękkie w dotyku, wziąłem papierosa żeby się trochę dotlenić ;), kumpel zauważył że coś robię i też się rozbudził...też chciał szluge, powiedziałem żeby sobie wyjął sam bo ja ledwo sobie z tym poradziłem...zamiast wyciągnąć jedną wziął pudełko i zaczął nim potrząsać aż parę wypadło :).

Mój organizm już się oswoił z niecodzienną zawartością w bebechach...zmulenie minęło a pojawiać się zaczął stan ogólnej błogości, chociaż nie było to jeszcze to co mnie dopadło później. Byłem już na etapie w którym bez znaczenia staje się to co się robi, tzn. wszystko jedno czy się siedzi, czy się wstanie, czy się będzie oglądało coś z lewej czy z prawej, czy się oczy zamknie czy otworzy...wszystko jest równie fascynujące i ciekawe...jest to takie uczucie, że można coś zrobić ale wiąże się to ze zmianą tego co się robi teraz i co się dzieje dookoła aktualnie a przecież to co się dzieje aktualnie jest zajebiste, więc po co to zmieniać...coś jakby taki loop :) W końcu przypomniałem sobie, że chciałem zapalić papierosa...nie wiem ile czasu minęło ale szluge cały czas trzymałem w ręce i zdaje się że się trochę spociła ;) Zapaliłem, smakowała zajebiście, zresztą zawsze szlugi mi dobrze smakują w trakcie zgrzybienia, z tym że sprawiają wrażenie małych dziwacznych batoników no i bardzo łatwo zapomnieć już po dwóch machach że się pali papierosa a po jakimś czasie okazuje się że trzyma się już tylko pojarę :)

Po spaleniu oparłem się rękoma o ziemię i tu się okazało że kolejny zmysł zwariował, czułem pod rękoma jak ziemia porusza się pode mną, później pod nogami i pod tyłkiem, wszystko było w ciągłym ruchu...coś jak wielkie gigantyczne łóżko wodne...cool, nie wiem dlaczego ale jak tak sobie przesuwałem łapy po ruchomej, unoszącej się, opadającej i przesuwającej ziemi i trawie miałem uczucie jakbym dotykał jakieś dużej mięciutkiej kobietki :) ...czyżby macanie matki natury ???...niech będzie, niezła laska :).

Anyway, z pewnymi trudnościami wstałem, dopadła mnie taka chwilowa bezczynność i żeby coś z tym zrobić poszedłem się odlać chociaż nie wiem czy mi się chciało czy nie...później sobie jeszcze trochę stałem bo nie chciało mi się usiąść...krótko mówiąc, słońce i ciepło zaczęło mnie potężnie rozleniwiać. Spojrzałem na nogi i wyglądałem jak napompowany ufoludek :) Wszystko genialnie się rozpływało, pojawiło się parę horyzontów, drzewa stały się małymi pluszowymi kuleczkami i otoczony byłem dziwnymi piskliwymi dźwiękami a małe latające ptaszki wydawały dźwięki które strasznie mi przypominały odgłosy jakiś prehistorycznych ptaków czy czegoś tam w tym stylu, z tej całej bezczynności jakieś dziwne myśli przebiegały przez moją głowę jednak próbowałem nie łapać ich i nie rozkręcać, z jednej strony myśl wpadała a z drugiej ją wypuszczałem, nie miałem ochoty na żadne kontemplowanie albo myślenie po raz któryś z kolei o czymś co po tripie i tak przedstawia się błaho i banalnie albo ukazuje którąś z "grzybowych pokornych prawd" o których wiem już od dawna.

Znowu się położyłem i patrzałem w niebo...jazda była już rozkręcona maksymalnie. Niebo nie było już tylko głęboko niebieskie, wyglądało jak powierzchnia jakiejś planety albo księżyca, całe było pagórkowate i trójwymiarowe w odcieniach niebiesko-błękitnych, chmury zaczęły żyć - poruszać się, przesuwać i wyginać, ciągły morphing...wszystko to działo się jakby na metr od moich oczu, aż chciało się którąś chwycić ręką, pogłaskać i wypuścić. Zamknąłem oczy i już na dobre odpłynąłem w CEVy. Słońce świeciło mi po powiekach co wywołało pod powiekami burze kolorów, milionów kolorów...kalejdoskopy i wiry tu i tam, wybiegające z różnych miejsc stada kolorowych wypustek albo dywaników...zależnie w którą stronę skierowałem oczy czy nawet poruszyłem głową, była też i kilkakrotnie mi się ukazała blado brązowa sfera w środku której krążyły coś jakby małe czarne elektrony wokół siebie a naokoło tej sfery tańczyły kolory.

Niesamowite było to, że wiatr wiejący mi po twarzy wywoływał zmiany w tym co widziałem...w rytm wiatru wizuale zmieniały się, przesuwały, wirowały i w ogóle fajnie się to wszystko zsynchronizowało. Później obrazy zaczęły się zmieniać, przed oczami miałem coś jakby plazmy, brązowo-kawowo-czerwone...wszystko pęczniało albo zapadało się lub jednocześnie jeden fragment pęczniał a drugi się zapadał, potem przerodziło się to w coś jakby...hmm, jak to nazwać...coś jakby węże (mógłbym powiedzieć że były to jakieś jelita :), to coś było różowiutkie i bardzo śliskie, poplątane i ciągle plątające się i także pęczniało, śluz był wszędzie ale nie sprawiało to jakiegoś ohydnego wrażenia...wręcz przeciwnie. Poczułem jakbym był położony w jakimś kiślu albo właśnie śluzie czy innym glucie i zmieszany razem z tym wszystkim co mnie otaczało pływałem a raczej unosiłem się w tym, było cieplutko i tak bardzo bardzo miło...tak jakbym się znalazł w środku jakiegoś organizmu żywego który jest stworzony tylko po to żeby mnie chronić...z tego powodu tego dopadły mnie straszne błogostany :) Ni wiem jak to sobie wytłumaczyć ale to może tak jakby moja świadomość cofnęła się do momentu gdy jeszcze się nie narodziłem ?!?

Nie wiem ile tak leżałem bo wtedy trochę czas mi się zgubił całkowicie, wydaje mi się że przynajmniej ze dwie godziny. Z kumplem sporadycznie zamieniałem jakieś słowo ale nie przerywałem sobie wówczas mojego błogostanu, tak czy inaczej doszliśmy do wniosku że to najbardziej idealny stan odpoczynku (no może poza snem) ze wszystkiego co można było doświadczyć...idealne leniuchowanie, leżeć...oglądać i leniuchować :)

W końcu wstałem, byłem trochę skołowany no i jakby nie patrzeć dalej miałem niezłe halo...przyglądałem się z góry każdemu szczegółowi mojego miasta...wszystko było takie inne, poruszające się budynki a nawet dostrzegłem chodzących ludzi którzy wyglądali jak małe pędzące kolorowe mróweczki. Stopniowo wizualna psychodela zaczęła zanikać ale stan ugrzybienia czuć było jeszcze bardzo mocno. Posiedzieliśmy jeszcze trochę i doszliśmy do wniosku że zmywamy się a zachowujemy się już na tyle normalnie, że spokojnie można iść do ludzi, jak się okazało nie do końca tak było.

Zaraz po przyjściu na miasto dopadły nas śmiechawki do tego goniliśmy jak walnięci przez całe miasto szukając jakieś ławki żeby sobie usiąść i żadna nam nie pasowała :) Dziwnie się szło po tej krainie, zaburzenia percepcji a asfalt na chodnikach był cały pokryty asfaltowymi wzorkami czy wzorkowymi wgłębieniami. Wylądowaliśmy w końcu na jakieś krzywej i niewygodnej ławce i znowu dopadły nas śmiechawy, tym razem takie aż wyciskały nam łzy :) Powodem do śmiechu było cokolwiek, byle słowo i od razu gra szybkich skojarzeń, później pauza w pełnym spokoju i znowu śmiechawa z byle powodu. Na małe uspokojenie potarganego żołądka wypiłem sobie browara i bardzo mi pomógł (najlepsza jest i tak gorąca herbata :)...wieczorem zaczęło mnie już puszczać...high zaczął zamieniać się na lekkie zmęczenie, zmęczone oczy i nadwerężoną szczękę ;)

Posiedzieliśmy jeszcze i gadaliśmy o pierdołach i nie tylko pierdołach. Fajnie się tak rozmawia tym bardziej że ogólnie czuje się taki idealny wewnętrzny spokój a mózg jest jakby po resecie...czy innym katharsis. Później przyszedł jeszcze nasz kumpel a szukał nas już wcześniej, przyprowadził moja Panią która tradycyjnie była trochę wystraszona moim stanem (zawsze przy takich akcjach boi się że sobie coś wkręcę głupiego na jej temat, or something :) no a później już nieźle zmęczony wylądowałem w domu. Generalnie więc bardzo udany trip...chyba nawet jedna z lepszych grzybowych jazdeczek jakie przeżyłem...chociaż ciężko to porównywać z niektórymi tripami tym bardziej że każdy jednak jest inny a niektóre z założenia miały nie być rozrywkowo-wizualne a np. bardziej przemyśleniowe. Tak czy inaczej tym razem było w sam raz, nie za dużo ale i nie za mało, miejsce i pogoda niesamowicie pozytywnie wpłynęły na resztę...Hmm, tak chyba właśnie teraz lubię a czasy z przeginaniem z ilością wrzucanych grzybów i niepotrzebnym kręceniem dziwnych klimatów mam już na pewno za sobą. Taki tripik na pewno jeszcze powtórzę kiedyś...a póki co czas się trochę zając rzeczywistością :)

Komentarze

C!chy (niezweryfikowany)

fajnie napisane, fajne klimaty, fajna podroz... szkoda ze mi sie nie udalo zalatwic shroomow :|
jesli jednak kiedys mi sie uda :) to tez udam sie w jakies ciekawe, odosobnione miejsce i bede obserwowal przyrode :)
pozdro

Szyszak (niezweryfikowany)

widze, ze kolega juz ostro praktykuje i panuje nad zjawiskiem :). Ja dopiero zaczynam przygode z grzybkami wiec duzo przedemna (mam nadzieje ze obejdzie sie bez zlych przezyc) pozdrawiam

error78 (niezweryfikowany)

widze, ze kolega juz ostro praktykuje i panuje nad zjawiskiem :). Ja dopiero zaczynam przygode z grzybkami wiec duzo przedemna (mam nadzieje ze obejdzie sie bez zlych przezyc) pozdrawiam

rze (niezweryfikowany)

jakie to są te grzybowe prawdy - daj jakies przykłądy zebym nie tracił czasu na odkrywanie ...

e78 (niezweryfikowany)

jakie to są te grzybowe prawdy - daj jakies przykłądy zebym nie tracił czasu na odkrywanie ...

grzybek (niezweryfikowany)

men z ta kombinaccja lsd+grzybki to mnie zaskoczyles moze umiescisz jakis raporcik po takim wynalazku?? ;0

casillas (niezweryfikowany)

powiem tak: jadło się jadło nawet z psem się gadało ale banie które cenię najbardziej to właśnie to co kolega określił mianem "kokonu" :-) raz mianowicie przypomniały mi się wszystkie sny, to było coś niesamowitego, sen po śnie sięgałem pamięcią do rejonów, które normalnie są niedostępne.. raz też po wypiciu barszczyku ze sztuk 80 o godzinie 5 rano poszedłem do łózia i połączyłem się z moim dziadkiem, który był operowany i wspierałem go całą siłą, była to jazda bardzo oczyszczająca, przez dwa tygodnie później byłem jak święty...grzyby temat rzeka - zdarzyło mi się nawet zjeść takie podobne do pieczarek w kurorcie w holandii :-) i to co się działo w nocy nad rozhuczanym Morzem Północnym...hehe pozdrawiam wszystkich grzybiarzy i dodam tylko że roślinki owszem na początku dobre, ale joga lepsza i trwalsze efekty bez skutków ubocznych pozdro all

Zajawki z NeuroGroove
  • LSD-25
  • Przeżycie mistyczne

funkcjonujący w psychice odpowiedni COEX, duchowe dociekania, rozwój własnej osoby na różnych płaszczyznach, przekonanie o doniosłości nadchodzącego doświadczenia = set. Własny pokój, noc, ciemność, samotność [reszta domowników już śpiąca] = setting.

 

Niniejszy trip raport jest raczej próbą skrótowego ujęcia głównych motywów mojej, jakże dramatycznej, pierwszej sesji LSD, aniżeli usystematyzowanym, przemyślanym tekstem. Jest to bardziej rozwinięcie posta, który opublikowałem na ramach forum hyperreal.

Pozwoliłem sobie go otagować mianem przeżycia mistycznego, gdyż ten aspekt tripa jest ważniejszy niż bycie pierwszym razem, gdyż doświadczenia z psychodelikami już miałem.

  • 2C-T-7

Tym razem zwiekszylem troche dawke - czyli

polknalem trzy piguly po 10mg.

Zaczal sie ladowac juz po pol godzince.

Bardzo sympytycznie i powoli (troche jak

grzyby). Czulem delikatne laskotanie w nogach,

w palcach rak. Czulem ze cos mnie wypelnia

powolutku - trwalo to jakies pol godziny.

I nagle jest - zaczelo dzialac.



  • Pierwszy raz
  • Pseudoefedryna

62kg Dom, zmęczenie i senność wyjątkowo dają o sobie znać, nastawienie neutralne, nie wiedziałem czego się spodziewać ze względu na bardzo odmienne TR’y, oczekiwałem przypływu chęci do życia i pracy.

Paczkę znanego wszystkim leku sudafed miałem zakupioną dzień wcześniej, oczekiwałem ciekawego efektu bo wydałem 2 razy więcej niż normalnie ze względu na najdroższą aptekę w mieście.

16:20
4 tabletki (240mg) zapiłem filiżanką kawy, ogarnąlem mieszkanie i siadłem do książek.

  • Narkoza

Hej!





Przeczytałem właśnie trip-report pt. Szpitalna anestezja. Ja też kilka razy byłem usypiany i faktycznie miałem niezłe banie.... tylko nigdy nie myślałem o tym jako o przeżyciach

dragowych... może dlatego, że było to narzucone z góry a nie zaplanowane przeze mnie... nie pamiętam jakie środki dostawałem, nie zwracałem na to uwagi, ale to mógł być fentanyl.

randomness