Artykuły o dragach

Luźne dyskusje na tematy związane z substancjami psychoaktywnymi

Moderator: Wszyscy moderatorzy

Posty: 2066 Strona 205 z 207
Rejestracja: 2017
Użytkownik zbanowany
  • 595 / 72 / 0


"Totalny odlot - historia narkotyków.
Historia bez cenzury"

https://youtu.be/oSiRTnEl-Rw -

Może nie artykuł, ale chyba tutaj pasuje. Właśnie udostępnili.
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Dokąd na/gdzie dostać pifko nad morzem?

- Puby i multitapy
- Sklepy specjalistyczne z dobrym piwem
- Hipermarkety z dobrym piwem
- Browary restauracyjne
- Browary klasyczne


http://piwolucja.pl/felietony/dobre-piwo-w-trojmiescie/

"Agresja na Polskę była dla Niemców polem doświadczalnym dla siły metamfetaminy"

Teresa Kowalik i Przemysław Słowiński, autorzy książki „Dragi i wojna – narkotyki w działaniach wojennych” w wywiadzie dla serwisu wPolityce.pl

Czy twarde narkotyki przejęły rap na dobre?

Coraz częściej w kawałkach słyszymy o twardych narkotykach i bynajmniej nie są to wzmianki w kontekście ostrzeżenia młodych słuchaczy przed zagrożeniami, które niosą ze sobą tego typu środki.
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Więzienie we Włocławku ma najlepsze... menu w całej Polsce!
Adam Willma

Włocławski Zakład Karny zajął pierwsze miejsce w Polsce w konkursie na racjonalne żywienie osadzonych.

W oczach pensjonariuszy, skazanych, nie ma dobrych więzień. Są tylko podłe i podlejsze. To, że Włocławek należy do tych pierwszych, jest w dużej mierze zasługą kuchni. Wiadomo, przez żołądek do serca, nawet tego najbardziej zatwardziałego.

Ziemniak z zapytania

Odpowiedzialny za kuchnię we Włocławku Rafał Nowaczyk ma ksywę "Gessler". To on jest twórcą najważniejszego newsa dnia podawanego przez więzienną telewizję kablową - jadłospisu.

Ale zanim w 500-litrowych kotłach zacznie się warzyć zupa i ruszy nowoczesny piec konwekcyjny, sprawy w swoje ręce musi wziąć Monika Stolcman z działu kwatermistrzowskiego. Każdego ranka z piekarni w Brześciu Kujawskim do kuchni w Mielęcinie trafia 1120 bochenków chleba (białego, bo czarny jest za drogi). Do zautomatyzowanych obieraczek wsypać trzeba 800 kilogramów ziemniaków. - Ziemniaki zamawiamy w trybie zapytania o cenę od miejscowego dostawcy. Inne warzywa również pochodzą spod Włocławka - wyjaśnia Stolcman. - Ale już przetarg na mięso musimy ogłaszać na stronach unijnych, bo rocznie wydajemy na nie ponad milion złotych.

Choć w Kujawsko-Pomorskiem nie brakuje firm mleczarskich, rękę po 450 tys. zł za dostawy nabiału do więzienia wyciągnęła firma z Ozorkowa.

białko ministerialne

W codziennej diecie więźnia, oprócz ziemniaków, musi się znaleźć 300 gramów warzyw (najczęściej świat warzyw reprezentuje kapusta i cebula). O jadłospis za kratami zatroszczył się sam minister - określając dzienne normy. Więźniowi, jeśli ukończył 18 lat, zaserwować trzeba 2600 kalorii dziennie. Młodociany dostanie o 200 kalorii więcej.

Zgodnie z rozporządzeniem w posiłku skazanego musi znaleźć się 10-15 proc. białka, 50-65 proc. węglowodanów i powyżej 30 proc. tłuszczów.

Sztuka ta wymaga wiele inwencji, bo na dzienne wyżywienie osadzonego budżet przeznacza 4,80 zł. Dla porównania wyżywienie przedszkolaka (tylko dwa posiłki) to 5-7 złotych.

Na szczęście dla budżetu stan zdrowia skazanych jest statystycznie lepszy niż w pozostałej części populacji, bo zapisana przez lekarza dieta lekkostrawna podnosi koszt dziennej racji o 90 groszy. Na szczycie piramidy stoją cukrzycy, którym trzeba upichcić trzy posiłki za 6,80 zł.

Jajka cukrzyka

Co podaje "Gessler" z Włocławka? Przykładowe menu z maja: na śniadanie chleb z margaryną (o maśle w więzieniu trzeba zapomnieć) i biała kiełbasa z chrzanem. Obiad: litr wiejskiej zupy i bułka. Na kolację kawa (tym razem z mlekiem), chleb z margaryną, pasztet drobiowy i dwa mniejsze jabłka. Cukrzykom minister zabronił podawać tłuszczów zwierzęcych, więc zamiast białej znaleźli na talerzu parówkę z kurczaka, na obiad zupę kartoflaną i łazanki, a wieczorem - dwa jajka.

Resort zadbał o to, aby podopieczny systemu więziennictwa nie przesadził z solą ustalając dzienną normę - do 6 gram. Gdy wybuchła afera związana z solą drogową, więźniowie natychmiast powiadomili Sanepid, który skontrolował kuchnię. Nieprawidłowości nie stwierdzono.

O ile z dietetycznymi posiłkami można sobie poradzić, to zmorę więziennej kuchni stanowią inne mniejszości.

Dietetycy musieli nauczyć się odróżniać menu wegetariańskie i wegańskie oraz przyswoić kuchenne obyczaje religijne. O ile w przypadku świadków Jehowy wystarczy wyciąć z jadłospisu kaszankę i salceson, to już obyczaje muzułmanów są wyzwaniem dla kucharzy.

Prorok i sprawa kotleta

- Aktualnie mamy 17 osób na diecie islamskiej, ale niedawno było ich 30. Często na islam nawracają się całe cele - mówi Bożena Nowicka, oficer prasowy włocławskiego Zakładu Karnego. - Nie mamy prawa wnikać, co jest tego powodem.

Nie trzeba jednak być religioznawcą, żeby dotrzeć do sedna sprawy. Najprostsza droga do sumienia osadzonego również prowadzi przez żołądek. Dieta muzułmańska jest atrakcyjną odmianą. Idealną dla tych, którym znudziły się świńskie specjały. - Zamiast mielonego z wieprzowiny takie osoby dostają na przykład kotlet mięsno-ryżowy z wołowiną - wyjaśnia Bożena Nowicka. - Nam nie wolno wnikać w sprawy światopoglądowe osadzonych.

Szczyt zainteresowania islamem, gdy po dania wolne od wieprzowiny ustawiało się 30 osób już minął, ale cały czas pojawiają się nowi konwertyci. Zwykle zainteresowanie orędziem proroka trwa około dwóch tygodni, po czym więzienni muzułmanie wracają do poprzedniej diety ze schabowym i tradycyjną kiełbasą. Kucharze cieszą się, że nie pojawiła się moda na kuchnię żydowską, bo zasady koszerności w wersji penitencjarnej trudno sobie wyobrazić.

amfa w orzechu


Każdego dnia próbki wszystkich potraw gromadzone są w jednej z czterech lodówek w osobnej przechowalni. Kuchnia więzienna, jako zakład zbiorowego żywienia, musi przestrzegać norm, których nie stosuje się nawet w restauracjach.

Osobne próbki dostaje lekarz, do obowiązków którego należy codzienna ocena walorów smakowych wszystkich zestawów. Gdy lekarza nie ma, obowiązek ten spada na pielęgniarkę. Kolację smakuje dowódca zmiany.

Choć kuchnia we Włocławku ma dobrą markę, to jednak z czasem każdy jadłospis może się sprzykrzyć. Osłodą dla więźnia są więc paczki żywnościowe z domu. Pięciokilogramowy pakunek pobrać można raz na kwartał. Nowinką są e-paczki za pieniądze od rodziny, realizowane w kantynie. - To wygodne rozwiązanie nie tylko dla osadzonych, ale i dla nas - mówi kierownik działu kwatermistrzowskiego Krzysztof Więtczak. - Dzięki temu nie ma problemu z przemycaniem niedozwolonych towarów w produktach.

Większość przypadków przemytu wykrywa dziś co prawda nowoczesne urządzenie prześwietlające paczki, ale coraz częściej ćwierć litra spirytusu w prezerwatywie albo tytoń zastępują narkotyki. Tu prześwietlenie nie wystarczy - potrzebne czujne psie nozdrza. Prochy znajdowano już m.in. w orzechach włoskich i suszonych śliwkach. Ze względu na podobieństwo zabronione jest przesyłanie m.in. słodzików.

Zamówienie na kapary

Pozbawieni pomocy rodzin są w najtrudniejszej sytuacji. W ciągu całej odsiadki nie spróbują golonki (kłopot z kością) ani gruszki czy śliwki (problem z przechowywaniem). Więzienna dieta nie przewiduje również cukierków ani ciast, za wyjątkiem świąt i tłustego czwartku.

Od czego jednak kantyna. Sklep za kratami oferuje ponad 500 produktów. Każdy ze skazanych może wybrać się tu na zakupy trzy razy w miesiącu.

Oprócz papierosów (królują "Męskie" bez filtra, bo łatwiej je podzielić na kawałki do lufki) hitem są jogurty owocowe, ryż błyskawiczny oraz mleko w proszku (niezbędne do budowania mięśni - najpopularniejsze hobby). Ponieważ pojawiło się zapotrzebowanie na oliwki, dyrektor więzienia zgodził się na dopisanie ich do listy towarów. - Mieliśmy też pojedyncze zamówienia na kapary, ale na razie za mało, żeby opłacało się je sprowadzać - mówi szefowa sklepu.

Z konserw na topie jest oczywiście mielonka, ale zaraz po niej tuńczyk, który od pewnego czasu idzie jak woda. Wody kolońskiej, podobnie jak innych pachnideł na spirytusie, nie ma wśród towarów. Wypachnić można się jedynie sztyftem lub balsamem.

Krezusi i biedacy

Krzątaninie sklepikarek przyglądają się z półek skąpo odziane panie z Playboya. Wśród więziennej pracy panienki z króliczymi uszkami robią za erotykę artystyczną (na świerszczyki z zasłoniętą okładką nie ma pozwolenia dyrekcji).

Do tego sezamu z wszelkimi dobrami zagląda większość pensjonariuszy z ulicy Bartnickiej 10, ale solidne zakupy robi nie więcej niż 30 procent.
- Niektórzy przychodzą tylko popatrzeć, inni wydają po 2 złote. Ale są też klienci, którzy zostawiają 400, a nawet tysiąc złotych - mówi ekspedientka. Ograniczeniem jest jedynie pojemność celi i brak lodówki - jogurty chłodzą się w wiadrach z wodą.
Aktualny rekordzista ma na więziennym koncie 9 tys. złotych, ale wcześniej bywali krezusi, którzy trzymali na koncie po 27 tys. zł.

Po drugiej stronie w hierarchii majątkowej znajdują się krótkoterminowcy z rocznymi wyrokami. Ci w większości skazani są na sępienie w celach. Długodystansowcy, z wyrokami 25 lat czy dożywocia mają większą szansę na zatrudnienie w zakładzie. Praca pozwala im utrzymać się na powierzchni, bo prędzej czy później rodziny układają sobie życie bez nich. Pełen etat przy produkcji betonu, sprzątaniu, naprawach oraz w kuchni to 1100 zł na rękę, ale większość zatrudnionych nie pracuje w pełnym wymiarze. Bo etatów jest ledwie 37, a więźniów 1250.

Od wielu lat nie ma już pracy w więziennej piekarni, stary budynek niebawem zostanie rozebrany. Piekarnie to drożdże, a te są za kratami zbyt wielką pokusą.

Świnie z wolności

Chłopaki z kuchni sprzątają po obiedzie, myją podłogę przy stołach do surowego mięsa i zgarniają okruchy. Po zlewki przyjedzie rolnik z sąsiedztwa. Zgodnie z unijnymi nakazami powinny zostać zutylizowane. Odbiorca musi podpisać zobowiązanie, że nie będzie karmił nimi zwierząt (ustawodawca zadbał, aby zwierzę nie okazało się kanibalem).

Ci, którzy pamiętają jeszcze pełne chlewy na terenie zakładu karnego, nie mogą tego przeboleć. Ponoć nic tak nie smakowało jak więzienna świnia. Te dzisiejsze, z wolności, nawet się nie umywają.
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Ku pamięci, luty 2015 roku...



Oskarżam szefów policji i tych, którzy im zlecili moje zatrzymanie, czyli MSW i premiera - mówi Andrzej Dołecki, szef Wolnych Konopi [WYWIAD]
Igor Nazaruk


[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]
Andrzej Dołecki, lider Wolnych Konopi, domaga się 124 tysięcy odszkodowania za niesłuszny areszt

- I wyobraź sobie taką sytuację. Kaczyński robi konferencję prasową i mówi: - Poczytałem trochę, porozmawiałem z mądrymi ludźmi i już wiem, że marihuana jest z konopi. - Otworzyłby się na młodzież, pojawiłaby się kasa z konopi przemysłowych, zyskałby elektorat wśród rolników i wygrałby kolejne wybory z palcem w nosie. Ludzie głosowaliby na niego nie dlatego, że jątrzy, podsyca wojenki, tylko dlatego, że dzięki niemu zarabiają realną kasę - mówi nam lider Wolnych Konopi.

Andrzej Dołecki, warszawski aktywista, prezes Stowarzyszenia Wolne Konopie. 1 maja 2012 roku Dołecki został zatrzymany i aresztowany na podstawie, jak się później okazało, fałszywych zeznań dwóch zatrzymanych wcześniej plantatorów marihuany spod Nadarzyna. Warszawski sąd, w styczniu tego roku, przyznał Andrzejowi Dołeckiemu 18 tys. zł zadośćuczynienia za trzy miesiące, które spędził za kratami. Dołecki przed sądem domagał się 124 tys. zł zadośćuczynienia, a także 9 tys. zł odszkodowania za utracone zarobki. Wniosek o odszkodowanie sąd odrzucił. Dołecki zapowiada, że od wyroku sądu się odwoła, jeśli trzeba będzie w Strasburgu.

Dałeś się zastraszyć tym aresztem?


Nie. To tylko obiegowa opinia na potrzebę procesu o odszkodowanie za niesłuszny areszt.

Zniknąłeś z mediów?


Wolne Konopie zmieniają priorytety. Całkowicie przestajemy mówić o konopi użytkowej. Jak ktoś mnie zapyta o palenie marihuany, to odpowiem, że nie wiem o co chodzi.

A co z Marszem Wyzwolenia Konopi? Ile osób przewinęło się przez te dziesięć lat Marszu?

Ponad 100 tysięcy i tak naprawdę niewiele z tego mamy. Może i jesteśmy rozpoznawalni, media trochę pokrzyczały, politycy popsioczyli, a najbardziej cieszyła się Stołeczna Komenda Policji. W dzień Marszu wyrabiali sobie wykrywalność narkotykową na najbliższe 3 miesiące. Statystyki są najważniejsze.

Ile osób z wami sympatyzuje?


Z Wolnymi Konopiami sympatyzuje dużo więcej osób, ale niewielu się angażuje w działalność. To taka nasza narodowa cecha. W Polsce nie warto się w nic angażować. Panuje totalna obywatelska olewka i polityczna samowolka. Weź pod uwagę, że jesteśmy tranzytowym krajem, gdzie mafia na narkotykach zarabia dużo większe pieniądze niż w Wielkiej Brytanii, Holandii, Niemczech razem wziętych. W Polsce krzyżują się szlaki przerzutowe ze wschodu na zachód i z południa na północ. Tu na narkotykach zarabia się gigantyczne pieniądze. Zaniżone szacunki mówią o 1100 tonach konopi konsumowanych rocznie. W zeszłym roku policja zatrzymała tylko 1,3 tony! Gdzie jest reszta? Sprzedaj to nawet za 10 zł za gram. (cena detaliczna to 30 - 50 zł za g). A gdzie jeszcze amfetamina, heroina, kokaina, dopalacze? Wszystkimi narkotykami od lat 90. zajmują się w zasadzie ci sami ludzie.

Kto?


Bez żartów. Palcem ci mam pokazać? Politycy o wszystkim wiedzą. Dostają raporty z Krajowego Biura Do Spraw Przeciwdziałania Narkomanii, mają też raporty z europejskich organizacji, z których wynika, że prohibicja w Polsce nie działa. Mamy jedną z najostrzejszych ustaw o przeciwdziałaniu narkomanii i największą w Europie konsumpcję! Wśród młodzieży jesteśmy światowym liderem, co czwarty gówniarz przyznaje się do używania narkotyków.

Do używania, nie do jednorazowego użycia?


Popatrz co się dzieje z dopalaczami, których oficjalnie niby nie ma. Na mieście pojawiły się żółte, oczojebne wlepki: 3MMC, z dowozem 24 h.

3MMC?

To metafedron, pochodna mefedronu, legalny dopalacz do wciągania nosem, jak amfetamina czy kokaina. 3MMC to straszna trucizna, kosztuje tylko 30 - 40 zł za gram. W internecie kupisz 3MMC bez problemu.

Co w takim razie z ustawą o przeciwdziałaniu narkomanii i sławnym art. 62, który mówi, że: kto, wbrew przepisom ustawy, posiada środki odurzające lub substancje psychotropowe, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3?


Ustawa, a przede wszystkim artykuł jest już zewsząd krytykowany. Nie ma w Polsce instytucji państwowej i prywatnej, która by nie punktowała ustawy, został tylko Sejm. Już nawet Karan (Stowarzyszenie Katolicki Ruch Antynarkotyczny) i Monar przyznają, że ustawa jest bublem. Dziś ludzie sobie przypominają, że Marek Kotański także był przeciwnikiem prohibicji. Napisał nawet komentarz do tej ustawy i zrównał ją z ziemią. Kotan bał się, że ustawa uderzy w użytkowników, a nie w handlarzy i dilerów. Podobnie uważa Krajowe Biuro Do Spraw Przeciwdziałania Narkomanii. Tylko politycy, z małymi wyjątkami, milczą. Kotan miał rację, dziś nie wsadza się dilerów, a zwykłych palaczy trawki, bo ich jest łatwiej złapać.

I wsadzić za grama na pół roku w zawieszeniu na 2 lata.


To się już zmienia. Sporo dobrego w tej sprawie zrobiła Polska Sieć Polityki Narkotykowej w porozumieniu z Wolnymi Konopiami. Ciekawe są dane prokuratur o umarzaniu postępowań, gdy ktoś ma przy sobie tylko nieznaczną ilość narkotyku na własny użytek. Śledczy dostali takie prawo w 2011 r. Sprawy były umarzane głównie na zachodzie Polski, gdzie odbyło najwięcej szkoleń prokuratorów, prowadzonych przez Polską Sieć Polityki Narkotykowej. Im dalej na wschód, tym mniej było szkoleń i umorzonych spraw. Zdarzają się więc przypadki, że w więzieniach siedzą ludzie za posiadanie 1,5 grama marihuany.

Naprawdę siedzą za takie ilości?


Coraz rzadziej, ale wciąż się zdarza. Najgorsze jest to, że statystyki pokazują tylko osoby skazane, a nie tymczasowo aresztowane. W aresztach siedzą ludzie po kilka miesięcy, bo są podejrzani np. o udział w zorganizowanych grupach przestępczych. Przecież ja też spędziłem prawie 3 miesiące w areszcie za wprowadzenie do obrotu znacznych ilości i o udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Zostałem osadzony tylko na podstawie fałszywych zeznań innych zatrzymanych. Miałem kumpla w areszcie. Umówił się na osiedlu na zakup grama marihuany od dilera. Spalił z kumplem lufkę, a resztą się z nim podzielił i poszedł do domu. Tego drugiego od razu zgarnęła policja i w trakcie przesłuchania powiedział, że kolega kupił od dilera, trochę razem spalili, a resztą się podzielili. Policja od razu zatrzymała tego kupującego, w domu zrobili mu kipisz, znaleźli tę resztkę zioła i puste torebki „samarki”. Posądzili go o dilerkę na podstawie zeznań kolegi i tych „dilerskich samarek”, które wg policji świadczyły o tym, że handluje, że wprowadził do obrotu 0,5 grama marihuany. Koleżka do tej pory czeka na sprawę w areszcie. Takich przypadków znam naprawdę dużo, ale nimi nie interesuje się np. Helsińska Fundacja Praw Człowieka, bo z góry zakładają, że wersja prokuratury jest prawdziwa, że podejrzani na 95 proc. są winni i się im tę winę wcześniej, czy później udowodni. Tymczasem jest odwrotnie, 95 proc. zatrzymanych jest niewinnych, lub tak jak mój koleżka z aresztu, winnych jakiejś totalnej pierdoły! Wypuszcza się ich i oczyszcza z zarzutów, tak jak to zrobiono ze mną. Tylko, że ja walczę o odszkodowanie, a większość z nich - nie. Wolą siedzieć cicho i nie mieć problemów.

Pamiętasz dzień zatrzymania?


To nie był pierwszy raz, więc dokładnie znałem ludzi, którzy mnie zatrzymali. Przyszli o godz. 6:15 rano, kulturalnie, pozwolili mi kawę wypić, ogarnąć się, papierosa z nimi wypaliłem. Bez dramatów, powiedzieli: Proszę się zwijać, pojedziemy sobie. I pojechaliśmy. Wróciłem po 84 dniach.

Nie pytałeś ich, za co cię zatrzymali?


Są poważne zeznania, że pan uczestniczy w obrocie - powiedzieli. Nawet się nie wystraszyłem, domu nie przeszukali, więc myślałem, że sprawa się wyjaśni w klika godzin. Już w trakcie pierwszego przesłuchania zrozumiałem, że to jest jednak grubsza sprawa, że szykują coś poważniejszego. Ludzie zajmujący się prawem w Polsce, mówią mi dziś, że moja sprawa nie przeszłaby na Białorusi czy w Iranie. To niepojęte, żeby wsadzać człowieka na podstawie zeznań innych zatrzymanych.

W dniu zatrzymania miałeś się bratać z Januszem Palikotem?


Tak, miałem wystąpić na Kongresie Ruchu Palikota w Sali Kongresowej. Tego dnia Palikot miał przedstawić 3 filary swojego ruchu: Porozumienie Kobiet 8 Marca Wandy Nowickiej, LGBT i Wolne Konopie. Areszt mocno nadszarpnął moją opinię i opinię Wolnych Konopi.

Koszulę miałeś już wyprasowaną na kongres?

Tak, konopną. Miałem też przygotowaną przemowę. Chciałem powiedzieć, że nie chodzi nam tylko o „Sadzić. Palić. Zalegalizować”, ale o kwestie ekonomiczne, medyczne i wolnościowe związane z konopiami. Wszystko o kant dupy, mnie zawinęli i nie ruszyliśmy z kopyta, tak jak planowaliśmy. A łatka „handlarza, dilera, który wprowadził 3 kg marihuany do obrotu” została do dziś, mimo, że sąd mnie uniewinnił i przyznał odszkodowanie. Już tego samego dnia dziennikarze pytali Palikota, jak on może z dilerem współpracować?!

A Palikot porównywał cię do Julii Tymoszenko, Adama Michnika i Jacka Kuronia.

Przesadzał. Do Tymoszenki nie chciałbym być w ogóle porównywany, do Michnika i Kuronia tylko z czasów, kiedy naprawdę walczyli o wolność i solidarność. Palikotowi chodziło o to, że tak jak Michnika, czy Kuronie kiedyś, tak mnie zatrzymano i aresztowano na zlecenie polityczne.

Polityczne? Nie przesadzasz?


Myślę, że decyzja o zatrzymaniu zapadła na poziomie ministra spraw wewnętrznych, ministra sprawiedliwości, a zlecenie przyszło od premiera. Miał być spokój na Euro 2012.

Kolejna spiskowa teoria. Co ty miałeś wspólnego z Euro 2012?

Możesz się śmiać. Wolne Konopie planowały w tym czasie zrobić dużą manifestację, jak co roku Marsz Wolnych Konopi odbywa się pod koniec maja. Na poziomie rządowym wytypowano grupy, które potencjalnie mogłyby zaburzyć porządek na Euro 2012. Dokładnie kilka dni przed moim aresztowaniem zatrzymali Starucha, sterroryzowali środowisko, zrobili łapanki, przeszukali kilkanaście domów i zatrzymali kilkudziesięciu innych kibiców. W areszcie szybko się zorientowałem, że zatrzymali też specjalistów od fałszowania kart i złodziei drogich samochodów, żeby nie było, że ktoś buchnie super wypasioną brykę Michela Platini.

Ale przecież ciebie zatrzymano na podstawie zeznań dwóch plantatorów spod Nadarzyna, którzy zeznali, że kupiłeś od nich 3 kg marihuany?

Taka była wersja dla prokuratury. Faktycznie wyglądało to inaczej. Wolne Konopie były od dawna inwigilowane przez Wydział do Walki z Przestępczością Narkotykową Komendy Stołecznej Policji. Mają nas doskonale rozpracowanych, łącznie z tym, że wśród nas mają informatorów. Stosują metody operacyjne. Podczas przesłuchań pokazywali mi zdjęcia ludzi związanych z Wolnymi Konopiami sprzed pół roku i starsze. Na czyje zlecenie robili te zdjęcia?

I mimo tego, że wszystko wiedzieli to wsadzili cię na podstawie fałszywych zeznań plantatorów?

Policja wcześniej wytypowała, który z obserwowanych i rozpracowywanych przez nich plantatorów będzie mnie fałszywie pomawiał. Jeden z policjantów, prywatnie przyznał mi, że zlecenie na mój areszt wydał Komendant Stołeczny Policji. To wystarczyło. Skończyło się Euro 2012 i od razu mnie wypuścili, podobnie jak Starucha i innych.

Oskarżasz policję?

Przecież potwierdzenie tego, co mówię, znalazło się w wyroku sądu, który mnie uniewinnił. Ci zatrzymani, którzy mnie fałszywie pomówili przyznali, że zostali zastraszeni przez policję.

Jak?

Policjanci podsunęli im gotowe zeznania. Kazali im mówić, że Andrzej Dołecki kupił od nich 3 kg marihuany za 10 tys. zł, w celu wprowadzenia jej w obrót. Ja nie oskarżam szeregowych policjantów, którzy traktowali mnie w dobrze, nawiasem mówiąc, ci szeregowi policjanci nie godzą się z zatrzymywaniem małolatów za niewielkie ilości. Przecież oni dobrze wiedzą, że nie łapią grubych ryb. Oskarżam szefów policji, oficerów prowadzących moją sprawę i tych, którzy im zlecili moje zatrzymanie, czyli MSW i premiera.

Jak było w areszcie?

Nudno.

Areszty śledcze w Polsce mają złą opinię.

Areszt jest dużo bardziej dotkliwy niż zakład karny. Znam przypadki, że zatrzymany specjalnie przyznał się do czynu, którego nie popełnił i poddał karze, żeby wyjść z aresztu do więzienia. W zakładzie karnym masz widzenia, paczki, telefon itd. W areszcie musiałem pisać podanie, żeby mi dali igłę z nitką do cerowanie skarpet. Wszystko jest reglamentowane, sankcjonowane i praktycznie niedostępne. O widzeniach, listach, telefonie mogłem tylko pomarzyć.

Z kim siedziałeś?

Od włamywaczy przez dilerkę, paserów, lewe konta, kibiców, fałszerzy, recydywę i małolatów. Siedziałem też z jednym wariatem, który został zatrzymany w czasie przerwy w hospitalizacji w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym. To karygodne! Chłop chory był i zadzwonił na 997, że ma w domu granatnik i cały ten burdel rozpierdoli. Wysłali antyterrorystów i zawinęli wariata do aresztu, zamiast zawieźć do szpitala. Czemu? Bo tak zadziałała machina prawna, nie zorientowali się na czas, że człowiek jest chory. Pomagałem mu szukać prawnika z urzędu, pisaliśmy podania, żeby go wypuścili do szpitala, żeby się mógł dalej leczyć. Miałem też grupę morderców na spacerniaku.

Morderców?

Czterech, z czego trzech planowało się przyznać.

Wiedzieli, kim jesteś?

Mordercy byli najspokojniejszą grupą, jaką poznałem. Reszta wiedziała, kim jestem.

Miałeś jakieś problemy z agresją?


Tam ciągle są jakieś problemy, ale wynikają raczej z nieludzkich warunków, ciasno, za dużo osadzonych, temperatura 50 st. C, frustracja, nuda, testosteron. Ale poważnych problemów nie miałem. Poszła fama, że nie jestem konfidentem. Miałem kiedyś sprawę karną za jakąś anarcholską zadymę. W areszcie momentalnie się informacje rozchodzą, wszyscy wszystko wiedzą i już w dobę wiedzieli, że nie sypię. Po miesiącu mogłem już sobie kupić iPhone'a z internetem. Drogi był, nie skorzystałem, poza tym myślałem, że zaraz wyjdę. Z telefonem trzeba było mieć lepsze znajomości, skrytki itd. Nie zależało mi na tym.

Przytyłeś?

Schudłem, ćwiczyłem. Tam albo przytyjesz i zwariujesz, albo będziesz się ruszać, czymś sobie zajmiesz czas.

Czytałeś książki?


Tam nie ma książek. Masz co dwa tygodnie zapisy do biblioteki. Piszesz na karteczce, jaka cię tematyka interesuje. Zamówiłem książkę historyczną i kryminał, a dostałem „Leksykon U - bootów” wielką knigę z listą i typami łodzi podwodnych, z opisem załogi, misjami, datami itd. Straszna nuda, trzysta stron tabelek. Drugą książkę dali mi później, było to wydawnictwo ojców Benedyktynów, w połowie „Żywot św. Benedykta”, w połowie modlitwy do świętego Benedykta.

Przeczytałeś?

Od deski do deski. Ja tam przeczytałem wszystkie instrukcje, składy proszków, dezodorantów i mydła, każdą literkę po sto razy przestudiowałem.

A propos mydła. Znasz taki przebój Fasolek „Mydło lubi zabawę”?


Pijesz do mojej dziecięcej kariery? Śpiewałem w Fasolkach, choć ten przebój był dużo wcześniej niż do nich dołączyłem. Występowałem też w Tik - Taku, w ogóle sporo się udzielałem w TV, grałem w kilku serialach, filmach. Miałem iść na studia aktorskie, później na reżyserię. Ale mi przeszło, płynnie przeszedłem z Fasolek do konopi.

W międzyczasie byłeś laureatem Ogólnopolskiego Konkursu Wiedzy o Policji?


Tak, pod koniec podstawówki brałem udział w wielu konkursach, m.in. o policji i armii. Interesowałem się resortami siłowymi, chciałem wiedzieć, jak działają. Był nawet taki pomysł, żeby pracować w policji, ale to też mi szybko przeszło. Poznałem świetnych policjantów, ale sama instytucja policji jest z założenia zła i nie dla obywateli

Przecież chroni obywateli?


Polska policja prócz ochrony obywateli ma za zadanie kontrolowanie ich. Inną, może nawet ważniejszą rolą policji jest zapełnianie budżetu państwa. Fotoradary przecież nie służą bezpieczeństwu, tylko łataniu dziur budżetowych.

Zmieńmy temat. Warszawski sąd przyznał ci 18 tys. złotych zadośćuczynienia za niesłuszny areszt.

Wychodzi 214 zł dziennie. Jak by mi ktoś zaproponował pracę za 200 zł dziennie, to pewnie bym przyjął. Choć z drugiej strony wychodzi 8,14 zł za godzinę, bez urlopów, zwolnień i w zamknięciu.

Domagałeś się 124 tys. zł. Jak to wyliczyłeś?

Mój adwokat policzył to na podstawie odszkodowań, jakie dostają Polacy w Strasburgu.

Będziesz o odszkodowanie walczył w Strasburgu?


Tak. Będę cisnął to państwo, niech płaci.

Ale to nie państwo, tylko my, podatnicy za to zapłacimy.

Wiem, ale im więcej takich spraw, tym większa frustracja obywateli i chęć rozliczania urzędników i polityków. Już mówiłem, że dziś przeciętny obywatel ma wyj...ne na wszystko. A skoro ma wy...ne, to niech płaci za takich, jak ja. Można to sobie tłumaczyć, że się nie buntujemy, bo dużo pracujemy, jesteśmy zmęczeni i „jakoś tam będzie”, ale to marne tłumaczenie. Skoro już w większości nie chodzimy na wybory, to róbmy to konsekwentnie. Albo nie chodźmy wszyscy, albo chodźmy i skreślajmy wszystkich kandydatów. Ja od lat nie mam na kogo głosować.

To po co ta cała szopka z Palikotem?


Przez pierwsze osiem lat działania Wolnych Konopi niewiele udało się osiągnąć. Większość z naszych aktywistów dorobiła się wyroków. Mimo różnic poglądów, pozytywnie oceniam współpracę z Palikotem. Może jeszcze kiedyś coś się razem uda zrobić. Szkoda, że tylko on chciał z Wolnymi Konopiami rozmawiać. Zwróć uwagę, że te wszystkie establishmentowe partie, nazwijmy je „okrągłostołowe,” tak się podzieliły, że nie ma szans na wprowadzenie kogoś nowego. Była Samoobrona, musiała się skończyć, a Lepper musiał się powiesić. Był Giertych, trzeba go było uwalić. Podobnie jest dziś z Palikotem. Każdy, kto wyrywa 10 proc. w wyborach, natychmiast musi się skończyć. Ja bym chciał rozmawiać ze wszystkimi politykami na temat liberalizacji polityki narkotykowej. Skoro Tusk, Kępa, Niesiołowski, Kaczyński i inni głoszą, że tak im zależy na dobru młodzieży, to niech oprą się na faktach i zobaczą, że niszczą życie tej młodzieży i jeszcze wydają na to potężne pieniądze. Niech zobaczą, jak sprawę załatwiła konserwatywna, katolicka Portugalia. Tam w liberalizację prawa włączył się nawet kler, który i w Polsce jest skory do dyskusji o narkotykach. Nam naprawdę nie chodzi o legalizację, tylko o normalizację.

Co masz na myśli?


Leczyć zamiast karać! Niech przestaną wsadzać ludzi do więzienia za trawkę. To absurd. Czy komuś do głowy przyszło, żeby do więzienia wsadzać kogoś, kto posiada i używa alkoholu?! Alkoholików się leczy, a nie wsadza do pierdla za to, że piją. Z marihuaną jest w Polsce taka paranoja, że ojciec alkoholik, nawalony, jak meserszmit, dzwoni na policję, bo syn w domu trawę zapalił! I policja przyjeżdża i musi syna zawinąć, bo syn jest przestępcą.

To nie jest kwestia polityki, tylko mentalności Polaków.

Nie do końca. Gdybyśmy mieli reprezentację polityczną, która do tematu podeszłaby rozsądnie, bez zbędnych emocji, zmieniłaby się mentalność Polaków. Z tym Palikotem do też był przecież układ z musu.

Dziś Palikot tonie

A skąd wiesz, czy to nie miało tak być? W dziwny sposób wciąż orbituje wokół PO. A może już na początku ustawił się Tuskiem? Może jest jego bezpiecznym lewym skrzydłem? Szczerze mówić, g... mnie już to obchodzi. Najgorsze, że nie ma już wśród polityków, z kim rozmawiać.

Palikot stracił, czy zyskał na mariażu z Wolnymi Konopiami?

Wolne Konopie były jego najbardziej ruchliwym i aktywnym elektoratem. Myślę, że dzięki nam dostał 3 - 4 proc głosów. Ale to jest elektorat, który trzeba było odpowiednio zagospodarować. Młodzi poczuli, że Palikot jest bardziej biznesmenem niż politykiem i poszli do Korwina. Zaraz przyjdzie inny PaliKorwin i zgarnie ten elektorat. Ja się na nic nie zamykam, będę rozmawiał z każdym, kto chce coś zmienić w polityce narkotykowej.

Z Kaczyńskim też?

Jak najbardziej, liczę, że uda nam się spotkać. Skoro jest takim patriotą, tak bardzo się martwi o młodych, którzy uciekają z kraju, niech ich zatrzyma, niech da możliwość zarabiania kasy, choćby na konopiach przemysłowych. Czemu się godzi na zamykanie potencjalnie wartościowych ludzi w pierdlu za grama zioła? Niech im lepiej da pracę, np. zasiewając wszystkie nieużytki konopiami. Wiem, że nie zrobiłby tego Kaczyński, ale mógłby wytypować jakiegoś młodego wilczka z PiS, który dzięki współpracy w Wolnymi Konopiami mógłby np. zagarnąć tę sfrustrowana „patriotyczną” młodzież. Oni się na razie nie garną do PiS, bo się nasłuchali, ze to „obciach, zamordyzm i kato akcja”.

I to słynne pytanie Kaczyńskiego „czy marihuana jest z konopi?”


I wyobraź sobie taką sytuację. Kaczyński robi konferencję prasową i mówi: „Tak, poczytałem trochę, porozmawiałem z mądrymi ludźmi i już wiem, że marihuana jest z konopi, a konopie to była cudowna roślina, którą zabrał nam okrągłostołowy układ”. Otworzyłby się na młodzież, pojawiłaby się kasa z konopi przemysłowych, zyskałby elektorat wśród rolników i wygrałby kolejne wybory z palcem w nosie. Ludzie głosowaliby na niego nie dlatego, że jątrzy, podsyca wojenki, tylko dlatego, że dzięki niemu zarabiają realną kasę.

Zaprosisz go na spotkanie?

Sam się do niego wproszę.

Myślisz, że będzie chciał z tobą rozmawiać?


Myślę, że nie. Ale muszę spróbować.

Kiedy opowiadam mojej mamie o medycznej marihuanie, jest zaciekawiona i w wielu przypadkach przyznaje mi rację.

Na szczęście to się zmienia, ludzie podróżują po świecie, coraz częściej poważne media interesują się tematem. Ale jeszcze niedawno przyjechała do Polski babcia mojego kumpla z Anglii. Babcia mieszkała tam od dawna, ciężko chorowała, tak naprawdę wróciła do Polski, żeby tu umrzeć. I przywiozła ze sobą worek zioła, którymi w Anglii się legalnie leczyła. Któregoś dnia trafiła do szpitala i tak, jak co dzień przed snem chciała sobie zapalić. Wpadły pielęgniarki, policję chciały wzywać, a babcia mówi: Co wy jesteście crazy! Ja tu na raka schodzę, a wy mi będziecie mojej trawki zabraniać! Wszystko mnie boli, opiatów nie chcę, bo się po nich jeszcze gorzej czuję. O co wam chodzi?!

Na początku naszej rozmowy wspomniałeś, że Wolne Konopie przestają zajmować się marihuaną użytkową. Co jest w takim razie waszym priorytetem?

Zwiększamy areał konopi przemysłowych. Zachęcamy rolników, żeby inwestowali w konopie i sami przerabiali np. na brykiet i pelet, który jest co najmniej o 10 proc. tańszy niż Ekogroszek. Współpracujemy już z kilkudziesięcioma rolnikami, którym załatwiliśmy kontraktacje na konopie. Jesienią tego roku będziemy już obrabiali setki ton konopi przemysłowych. Planujemy warsztaty budowlane, bo konopie są świetnym budulcem. Ruszamy ze startupami, będziemy uczyć, jak zakontraktować, zasiać, pielęgnować, zebrać i przerobić konopie. Zgłaszają się do nas przedsiębiorcy chcący zajmować się np. celulozą. Są w Polsce ludzie, którzy dzięki pomocy UE już zainwestowali kilkadziesiąt milionów euro w konopie przemysłowe, ale nic więcej jeszcze na ten temat nie mogę powiedzieć. To wciąż śliska sprawa, a urzędnicy tylko czekają, żeby te biznesy uwalić.

Tradycje konopi przemysłowych w Polsce są stare. W latach 60. byliśmy konopną potęgą na świecie. Co się z tym wszystkim stało?


I tu dochodzimy do sedna sprawy. Wytwarzano świetne tekstylia, sznury, ociepliny, oleje techniczne, materiały konopne m.in. dla szwajcarskiej armii. Gierek spłacał dług konopiami. Produkowaliśmy tego setki tysięcy ton. W latach 80 - 90. znikły wszystkie maszyny do przerabiania konopi. Nikt nic nie wie. Byliśmy w gospodarstwie pod Ostrołęką, gdzie w latach 60 - 70 produkowało się sznury z konopi i okazało się, że maszyny „ktoś kupił i wywiózł”. Ale kto? - pytamy. - A my nie wiemy, jakieś Niemcy, czy Szwedy, dawno temu to było, nie pamiętamy - odpowiadali, jakby im ktoś kazał tak mówić. Myślę, że te maszyny poszły na złom.

Skoro to taki dobry biznes, dlaczego rolnicy nie wysiewają konopi?


Bo to podlega takim obostrzeniom prawnym, że nikt nie chce ryzykować. Tu też zadziałała jakaś niepojęta paranoja. Przy Instytucie Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich powołano Polską Izbę Lnu i Konopi. Wyobraź sobie, że jak się o tym mówi to się głos ścisza, pracownicy Instytutu mówią: Polska Izba Lnu i wie pan, tych, no, konopi. Oni się boją na głos wymawiać słowo „konopie”. W Polsce, żeby móc uprawiać konopie, THC nie może przekraczać 0,2 g na kilogram w suchej masie. Instytut opracował szczep z 0,0001 g na kilogram, żeby im nikt nie zarzucił, że mają coś wspólnego z marihuaną. Paranoja. Dziś rolnik chcący uprawiać konopie musi mieć ziarno certyfikowane i nabywcę, który od niego kupi cały plon już na długo przed zasiewem. To bardzo problematyczne, ale Wolne Konopie pomagają rolnikom ogarnąć tę całą biurokracje. Zobaczysz, że za 5 lat okaże się, że Laur Biznesu dostanie firma, która robi tylko z konopi.

Jakie wpływy do budżetu państwa można by wygenerować na konopiach przemysłowych?


Ogromne, myślę, że porównywalne z górnictwem.

A co się dzieje w kwestii konopi medycznych? Na świecie jest używana do leczenia wielu chorób, w Polsce wciąż zakazana?


Konopiami leczy się m.in. stwardnienie rozsiane, nowotwory i padaczki. Kanabinoidy uśmierzają przewlekłe bóle, przy czym nie wywołują tak silnych, jak chemiczne leki efektów ubocznych dla zdrowia. Na świecie powszechnie stosuje się je w leczeniu. W Polsce medyczne zastosowanie konopi jest wciąż nielegalne, mimo tego pomagamy kilkudziesięciu pacjentom. Mamy przypadek chłopaka z Wrocławia, który stosując olej z konopi pokonał glejaka IV stopnia. Chłopak był operowany w Niemczech. Niestety okazało się, że guz mimo usunięcia odrósł w prawie 80 proc. do ponad 4 cm i zmienił się w najgorszą, złośliwą odmianę glejaka. Lekarze stwierdzili, że chemia ani naświetlania nic nie pomogą, gdyż nie odnotowano w medycynie konwencjonalnej ani jednego przypadku powstrzymania czy wyleczenia tego rodzaju nowotworu. Postawili na nim krzyżyk. Ojciec chłopaka postanowił jednak szukać ratunku. Po 1,5 miesiącu stosowania oleju konopnego rozrost i rozsiew guza został powstrzymany. Dziś, nieoperacyjna, śmiertelna choroba całkowicie znikła. Lekarze są w szoku, to jedyny taki udokumentowany przypadek w Polsce. Mamy też przypadek dziewczynki z cogodzinnymi atakami padaczki. Dziewczynka jeszcze do niedawna nie mówiła. Jej życie to był prawdziwy dramat. Dziś po terapii olejem ma zaledwie kilka ataków miesięcznie. Ludzie odstawiają leki przeciwbólowe, antydepresanty, wracają im siły witalne.

Ile kosztuje ten olej?


40 euro za ml. Do leczenia wykorzystuje się ok. 60 ml na 3 miesiące.

Skąd go macie?


Nie mogę nic na ten temat powiedzieć.

Boisz się konsekwencji?


Szczerze mówiąc, perwersyjnie czekam na zatrzymanie i proces, który obnażyłby całą głupotę i niekonstytucyjność ustawy o przeciwdziałaniu narkomani. Zależy nam na tym, żeby Trybunał Konstytucyjny, wbrew woli Sejmu uwalił tę ustawę, która jest niehumanitarna i przede wszystkim niezgodna z konstytucją. Ochrona zdrowia jest priorytetem gwarantowanym obywatelom przez konstytucję. Tak jest w całej Europie, jesteśmy ostatnim państwem w UE, gdzie konopie medyczne są nielegalne a ich używanie ścigane prawem.

Ciekawe, jak by zachowali się policjanci zatrzymując mnie z olejem dla pacjenta?

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


"Umami" znaczy "pyszny"
Katarzyna Boni


[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]
Indonezyjski sos rybno-sojowy kecap ikan przeniknął do Stanów jako keczup. Wytwarza się go z pomidorów, ale przecież one też są pełne umami! (Fot. Corbis)

Poczujesz go, gdy do ust włożysz dojrzałego pomidora. I dokładnie pogryziesz - trzydzieści razy. Na początku język wychwyci kwaskowatość połączoną ze słodyczą, które szybko przeminą. Potem pojawi się posmak trawy i ziemi. Dopiero na koniec odkryjesz coś subtelnego, co pokrywa cały język tłustą osłonką. To właśnie on.

Profesor Kikunae Ikeda z Tokijskiego Uniwersytetu Cesarskiego (dziś Uniwersytet Tokijski) był poważną postacią - absolwent prestiżowego wydziału chemii, student noblisty Wilhelma Ostwalda z Uniwersytetu w Lipsku, przyjaciel wielkiego japońskiego pisarza So-sekiego Natsumego, prezydent Japońskiego Towarzystwa Chemicznego i do tego filozof. A w swoich badaniach zajmował się zupą.

Ikeda - uważny obserwator życia - stwierdził, że w japońskim bulionie dashi gotowanym na suszonych wodorostach kombu (listownice) wyczuwa smak, który nie jest ani słodki, ani słony, ani kwaśny, ani gorzki. Zaczął go dostrzegać także w innych produktach: "Istnieje smak, który jest wspólny dla pomidorów, sera oraz mięsa i który nie jest żadnym z czterech dobrze znanych smaków" - mówił. Ale co to jest? Ikeda zamknął się w laboratorium i ugotował hektolitry zupy, zanim w 1907 roku udało mu się wyodrębnić kwas glutaminowy - aminokwas, którego różne odmiany budują białka w naszym organizmie. Rok później opatentował produkcję glutaminianu sodu. Nowy smak profesor nazwał "umami" - od japońskiego słowa "pyszny".

To, co Ikeda potwierdził chemicznie, ludzie wiedzieli od co najmniej dwóch tysięcy lat. W cesarskim Rzymie jednym z najdroższych dodatków do potraw było garum: gęsty sos ze sfermentowanych ryb zmieszanych z solą i ziołami, podstawowy składnik wykwintnej rzymskiej kuchni. To kwintesencja umami, które jest tym wyraźniejsze, im dłużej fermentowało lub dojrzewało zawierające je jedzenie. Garum występowało w wielu odmianach (z wnętrzności ryb, z całych szprotek, z dodatkiem ptasich jaj, z krwią tuńczyka, rozcieńczane oliwą, winem, octem i wodą). Ceny najdroższego - wytwarzanego tylko z makreli - dochodziły do 500 sestercji za amforę (nieco ponad trzy litry), kiedy funt wieprzowego mięsa kosztował 48 sestercji, pierwszej jakości oliwa z oliwek - 160, czyszczenie tuniki - 4 (sama tunika - około 16), a muł - 520. Za co tak uwielbiano garum? Za esencjonalność, która wydobywała głębię aromatów i czyniła danie po prostu pysznym. Tak samo jak sos sojowy używany w japońskiej kuchni. Czy jak indonezyjski rybno-sojowy kecap ikan, który zainspirował Anglików do stworzenia sosu Worcester (z zakonserwowanych sardeli). Kecap przeniknął do Stanów jako keczup i choć dziś wytwarza się go z pomidorów, a nie z ryb, to przecież pomidory też są pełne umami!

Biorąc pod uwagę taką popularność sosów, które bazowały na umami, dziwi, że nikt nie przeciwstawiał się zasadom smaku ustanowionym przez Demokryta jakieś 2400 lat temu (jego teoria smaku mówi o jedzeniu, które po przeżuciu rozpada się na cztery podstawowe cząstki: okrągłe i duże dają słodki smak, kanciaste odpowiedzialne są za smak słony, zakrzywione, gładkie i niewielkie wywołują uczucie gorzkości, a duże, chropowate i wielokątne cząstki to smak kwaśny). Czemu Demokryt, który przecież musiał się zajadać sfermentowaną rybną marynatą garos (to z niej wywodzi się rzymskie garum, ale grecka odmiana była tania i powszechnie dostępna), nie wyczuł piątego smaku - tego nigdy się nie dowiemy. Ale jego opinię za słuszną uznali najpierw Platon, a później Arystoteles. I tak już zostało. Przez dwa tysiące lat nikt nie podważał tego, że istnieją tylko cztery smaki. I nawet kiedy profesor Ikeda opublikował wyniki swoich badań o umami, zostały one potraktowane jako kuriozum z dalekiej Azji. Dopiero w 1985 roku umami stało się naukowym terminem opisującym smak kwasu glutaminowego. Określono go jako pełny i mięsny. A kiedy w 2000 roku na języku odkryto jego receptory, piąty smak został oficjalnie uznany.

Na długo przedtem umami było wykorzystywane w kuchni. Auguste Escoffier, szef kuchni w hotelu Ritz z przełomu XIX i XX wieku, propagator tego, co znamy jako klasyczną francuską kuchnię, z umami uczynił podstawę swoich posiłków. O tym, jak Escoffier zrewolucjonizował podejście do jedzenia, zajmująco pisze w swojej książce "Proust was a Neuroscientist" Jonah Lehrer. Oprócz wprowadzenia ciepłych posiłków i serwisu a la russe (potrawy podawane jedna po drugiej zamiast w formie bufetu) Escoffier podszedł do gotowania jak do nauki, uznając, że metodą prób i błędów uda się stworzyć jedzenie wybitne i skodyfikować przepisy. Zaczął od bulionu i doprowadził go do perfekcji, gotując przez ponad 12 godzin podpieczone wcześniej kości i później przez kolejne kilka godzin redukując powstały wywar. W przepisie na bulion Escoffiera nie ma ani soli, ani cukru, ani octu, ani niczego, co nadawałoby gorzki posmak. Escoffier robił po prostu koncentrat z umami i wykorzystywał go jako bazę do swoich zup i sosów. O umami doskonale wiedzą też matki, które podają swoim dzieciom długo gotowany na mięsie i kościach rosół. Zawsze pyszny i w cudowny sposób poprawiający humor.

Stworzone w 1982 roku japońskie Umami Information Center określa ten smak jako delikatne, długotrwałe, apetyczne uczucie wypełniające cały język i wzmagające produkcję śliny. Smaku umami nie poczujemy w surowym mięsie ani rybach - naukowcy twierdzą, że to również ma znaczenie ewolucyjne: większą szansę na przeżycie dawało zjedzenie upieczonego steku z mamuta niż surowego mięsa, w którym mogły żyć pasożyty. Pod wpływem ciepła, fermentowania albo dojrzewania proteiny, które same w sobie są bez smaku, rozpadają się na wolne aminokwasy - między innymi kwas glutaminowy. Dzięki tej przemianie jedzenie zaczyna być pyszne. Dalsze badania pokazały, że za smak umami odpowiadają jeszcze dwie substancje: monofosforan inozyny (w mięsie i rybach) i monofosforan guanozyny (w grzybach) - a najlepsze efekty daje ich połączenie: tak jak my robimy to w rosole (wołowina plus marchewki i seler), a Japończycy w dashi (kombu i suszone płatki ryby bonito).

Oficjalne uznanie umami za podstawowy smak zachęciło do dalszych poszukiwań i próby zdefiniowania na nowo tego, co dzieje się na naszych językach. Naukowcy badają teraz smak tłuszczu i smak wapnia, a w Japonii od lat 80. mówi się o smaku kokumi (bogatym), który - choć sam bez specjalnych właściwości - podkreśla wszystkie pozostałe smaki. Ma go cebula i czosnek.

Zachęcam do żucia pożywienia. Kto wie, może następnym razem, kiedy będziecie jedli wędzoną makrelę (przez Umami Information Center razem z kiełbasą uznaną za polską bombę umami) - jeśli tylko dobrze ją przeżujecie - odkryjecie nowy smak.
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Metanol w płynie zabija
Adam Czerwiński

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]

Polska będzie przekonywać Unię, żeby przy produkcji zimowego płynu do spryskiwaczy samochodowych zakazać używania przemysłowego alkoholu. Od początku roku metanolem zatruło się kilkadziesiąt osób. Co czwartą nie udało się uratować

W ciągu ostatnich tygodni w łódzkim Instytucie Medycyny Pracy leczono aż cztery osoby zatrute alkoholem metylowym. Zaczęło się od 50-latka spod Zduńskiej Woli, który wypił kilka litrów samochodowego płynu do spryskiwaczy. - Przeżył. Niestety, ma nieodwracalnie uszkodzony mózg, oślepł - mówi dr Jacek Rzepecki z kliniki ostrych zatruć instytutu.

Trzy kolejne zatrute osoby to kobiety. Nie przeżyły.

Toksykolodzy alarmują, że takich przypadków jest więcej. W łódzkim instytucie od początku roku leczono sześć osób zatrutych alkoholem metylowym. Według dr. Piotra Burdy, krajowego konsultanta ds. toksykologii klinicznej, w całej Polsce było kilkadziesiąt takich zatruć. - Tylko w Warszawie pięć. Wszystkie śmiertelne - mówi dr Burda.

Do niedawna przypadki zatrucia metanolem były dla lekarzy złym wspomnieniem sprzed kilkunastu lat. Po wielu wnioskach toksykologów w 2004 r. Ministerstwo Gospodarki zakazało wprowadzania do powszechnej sprzedaży środków zawierających trujący alkohol. Zatrucia wciąż się zdarzały, ale było ich mniej - najczęściej w wyniku kradzieży metanolu wykorzystywanego w przemyśle.

- Nieoczekiwanie w ubiegłym roku zauważyliśmy, że znów mamy więcej pacjentów zatrutych płynem do spryskiwaczy samochodowych - mówi dr Jacek Rzepecki. Opowiada, jak poszedł do supermarketu, i zdziwiony zauważył, że metanol był w niemal każdym zimowym płynie do spryskiwaczy.

Okazuje się, że od 2010 r. znów można używać trującego alkoholu do produkcji chemii gospodarczej. - Polska musiała się dostosować do unijnego rozporządzenia, które pozwala pod pewnymi warunkami korzystać z alkoholu metylowego - mówi Mirosław Połeć z firmy Mateus zaopatrującej stacje benzynowe. - Ograniczenia dla producentów nie są uciążliwe. Wymaga się od nich korków uniemożliwiających otwarcie opakowania przez dzieci i informacji na etykiecie. Informacje są, ale nie zawsze wystarczająco czytelne - mówi Połeć. - Trupia czaszka to rzadkość.

Tymczasem łatwo policzyć, że litr alkoholu metylowego kosztuje ok. 1,5 zł, czyli kilka razy mniej niż zwykły alkohol etylowy (3,5-4 zł). Pięciolitrowy baniak płynu do spryskiwaczy kosztuje kilkanaście złotych. W zalecanych do stosowania przy najtęższych mrozach zawartość alkoholu przekracza 30 proc.

Toksykolodzy przypominają, że taki płyn może być śmiertelnie niebezpieczny. - Metanol smakuje i pachnie jak zwykły alkohol. Ale jest bardzo toksyczny. W trakcie jego rozkładu przez organizm wytrącają się silnie działające trucizny. Między innymi kwas mrówkowy. Pół biedy, jeśli "amator" płynu do spryskiwaczy szybko dotrze do szpitala. Podłącza się go do sztucznej nerki i wychodzi najczęściej bez szwanku. Tylko że rzadko się zdarza, żeby ktoś się źle poczuł od razu po wypiciu płynu - mówi dr Rzepecki. - Najczęściej pierwsze objawy zatrucia występują po kilkunastu godzinach. Wtedy jeszcze można pomóc, pod warunkiem że szybko ustalimy, że pacjent pił metanol. Ale alkoholicy nie chcą się przyznawać do tego. Dlatego zdarza się, że są leczeni ze zwykłego zatrucia alkoholem. Tak było w przypadku pacjenta spod Zduńskiej Woli. Wcześniej był w innym szpitalu i nim zrobiono mu badania, minęło tyle czasu, że doszło do bardzo poważnego zatrucia - dodaje.

O problemie z alkoholem metylowym w płynach do spryskiwaczy wie już Jerzy Majka, inspektor do spraw substancji chemicznych. Ale - jak tłumaczy - jego rozwiązanie może być bardzo trudne.

- Zbieramy szczegółowe informacje o skali problemu dla Ministerstwa Zdrowia - mówi Majka. - Minister Bartosz Arłukowicz ma wystąpić do resortu gospodarki o rozporządzenie zakazujące wprowadzania do dystrybucji alkoholu metylowego. Z tym nie powinno być problemu. Ale aby mogło ono obowiązywać, trzeba ustanowić przepis dla całej Unii. Będziemy próbowali to zrobić. Czy się uda? Nie wiadomo.

- Do października powinniśmy mieć mniej przypadków, bo do produkcji letnich płynów do spryskiwaczy nie stosuje się alkoholu - mówi dr Burda.
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


[...] - Najdziwniejsze, że oni do tego miejsca pakowali wszystkich: z depresją, anoreksją, agresywnych, zbuntowanych - mówi Adam, były pacjent. - Trafiłem tam w wieku 16 lat. Byłem zdrowym chłopakiem, trochę nadpobudliwym. Wychowywała mnie babcia. Pyskowałem nauczycielom, ale inni robili gorsze awantury, podpalali krzesła i nigdy do psychiatryka nie trafili. To pewnie ma związek z biedą. W takich miejscach w ogóle nie ma ludzi bogatych, choćby buntowali się bardziej niż ja. Ludzie nie są w stanie zrozumieć, co żeśmy tam przeżyli. Stoisz w jednym punkcie przez cały dzień, nie możesz ruszyć się nawet o centymetr. Nie wiesz, za co masz tę karę, chyba pomyliłeś się, śpiewając "Rotę" albo hymn wymyślony przez panią doktor. Nogi ci się uginają, ale wiesz, że jeśli je zegniesz, to czeka cię następna kara. Patrzysz, jak ordynator przechadza się ze swoją koleżanką psycholog. Śmieją się, żartują, a ty czujesz, że powoli odchodzi z ciebie życie. Dwa lub trzy razy kazała mi dać tak silną dawkę leków, że powaliłaby chyba słonia. Było jedno lekarstwo, nie pamiętam nazwy, ale powodowało niechęć do wszystkiego. Człowiek mógł tylko po nim spać, a musiał się uczyć. Odjęło mi mowę, babcia dzwoniła i nie mogła uwierzyć, bo zawsze byłem taki rezolutny, wygadany, a nagle nie mogłem sklecić zdania. Tam nic nie było wolno, same zakazy i odurzające leki. Nie wiem, dlaczego nieletnim nie zapewni się w szpitalu szamponu, papieru toaletowego, proszku do prania. Niektórzy nie mieli rodziców. O wszystkie takie rzeczy musieli walczyć każdego dnia. Doktor Anna podjeżdżała najlepszym samochodem, podchodziła do nas i mówiła: "Ale śmierdzicie!". I trochę pewnie śmierdzieliśmy, ale niech ona choć przez miesiąc żyje za 50 zł i martwi się, że nie ma się za co umyć. [...]



Obóz koncentracyjny w dziecięcym psychiatryku

Justyna Kopińska

Kontrola zastała w izolatce chłopca, który był unieruchomiony 1871 godzin. Kopińska sprawdza, dlaczego sprawa przez pięć lat nie trafiła do sądu.

Spoiler:
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]



[...] 11 listopada 2010 r. grupa dziewczyn z ośrodka w Łysej Górze wymierzyła koleżance karę za "donoszenie". Kazały jej zrobić striptiz, tańczyć wokół kija od mopa, podtapiały w toalecie, rozebrały. Potem pojawili się chłopcy. Według zeznań prześladowanej Pauliny dziewczyny groziły, że jeśli im się nie podporządkuje, znów zostanie pobita. 17-letni Przemek zgwałcił Paulinę, jego koledzy stali na czatach. W nocy po zatrzymaniu w policyjnej izbie dziecka 16-latek, który wziął udział w gwałcie, próbował popełnić samobójstwo. Katarzyna jako 17-latka została osądzona tak jak osoba dorosła. Pozostałe dziewczyny odpowiadały przed sądem dla nieletnich. W maju tego roku Katarzyna została skazana na pięć lat więzienia. [...]



Ważne, z kim rozmawiasz
Justyna Kopińska

"Każdy, kto przyjeżdża do ośrodka, zostaje pobity i okradziony. Tak jest wszędzie w Polsce. Wychowawcy radzą dziewczynom, by przetrzymały pierwsze dni". Rozmowa z Katarzyną skazaną na pięć lat za udział w pobiciu i gwałcie w ośrodku socjoterapeutycznym


- Zauważyła pani obraz w sali terapeutycznej?

Rozmowa więźnia z dziewczyną przez pleksi?


- Gdy go zobaczyłam, pomyślałam, że nie tylko dla mnie to był najgorszy dzień.

Kto wtedy przyjechał?


- Mama, w moje osiemnaste urodziny. Gdy zobaczyła mnie przez szybę, rozpłakała się. Czekałam przez kilka miesięcy na to spotkanie.

Ile miałaś lat, gdy tu trafiłaś?

- 17. Przez rok i siedem miesięcy byłam w areszcie tymczasowym, czekając na wyrok. W areszcie tymczasowym nie można dzwonić. Nawet do mamy. Listy często nie dochodziły. Radio i telewizor w końcu się nudzą, rozmowy też.

Cały czas myślałam: jak mogłam to zrobić, dlaczego jestem zła? Marzyłam o przeszłości: że nie wagaruję, więc nie wysyłają mnie do Łysej Góry. Lub jestem w Łysej Górze, ale w listopadzie nie wracam z ucieczki. Tysiące razy analizowałam dzień, gdy biłyśmy Paulinę. Może dlatego chciałam się powiesić. Trafiłam do psychiatry, zapisał mi psychotropy. Teraz jest już lepiej. Ale wtedy nie mogłam się skupić, stale pojawiali się nowi więźniowie i opowiadali o swoich problemach.

Jakich?

- Przychodziły osoby skazane za kradzieże, morderstwa. Poznałam dziewczynę, która zabiła swojego ojca. Przez kilka miesięcy przypominało jej się, jak dotykał ją w dzieciństwie. Czuła się upokorzona, zawstydzona, zabiła go nożem. Opowiadała, że to było jak we śnie. Dostała sześć lat. Dużo rozmawiałyśmy. Wydawała się taka mądra i dobra. Więźniowie dużo mówią o rodzinie, marzeniach, Bogu. Odwracają się do ściany i myś-lą lub mówią szeptem do siebie. Pewnie tak jak ja przypominają sobie różne chwile ze swego życia. Wielu się nawraca.

A ty?


- Chciałam się wyspowiadać z tego, co robiłam w ośrodku. Nie spodziewałam się, ale ksiądz udzielił mi rozgrzeszenia. Później rzadko rozmawiałam z księdzem. Pozwolili mi zachować łańcuszek z krzyżykiem, wystarczyło. W więzieniu trudno nagrzeszyć. Tu wszyscy przestrzegają procedur. Ale niedawno nakręciłam się przy rozmowie o tej Katarzynie z Sosnowca. Kobiety w więzieniu były zdenerwowane, że dziecko zabiła, a zachowuje się jak gwiazda. Zaczęłyśmy od tego, że to niesprawiedliwe, a potem tak przeklinałam, że poszłam do księdza.

Jesteś tu już prawie dwa lata, można przywyknąć?


- Chyba nie. Najgorsze są niedziele. Tak strasznie się nudzimy. W każdy inny dzień ktoś z nas idzie na rozmowę do wychowawcy, więc drzwi celi na chwilę się uchylają. W niedzielę nie ma nic. Lubię środę, bo są aż trzy ważne rzeczy: prysznic, telefon i ogólnopolski transport więźniów. W środy poznajemy nowe osoby.

Mówicie sobie, dlaczego tu jesteście?


- Tak. Pani myśli, że jak zostałam skazana za udział w gwałcie i znęcanie, to i mnie mogą zgwałcić? Tu tego nie ma. W więzieniu jest dużo bezpieczniej niż w ośrodku.

Do Ośrodka Socjoterapeutycznego w Łysej Górze przyjechałaś zaraz po jego otwarciu, we wrześniu 2010. Przez pierwsze parę miesięcy policja interweniowała w Łysej Górze 50 razy.


- Chodziło głównie o pobicia, wybijanie okien, wyzywanie nauczycieli. Wychowawcy nie dawali sobie rady. Było nas ponad 50 osób, a wychowawców kilkunastu, potem okazało się, że większość nie miała odpowiedniego przygotowania. Ale nie wiem, czy ktokolwiek by sobie poradził. Tam był cały przekrój: dziewczyny i chłopcy, 17- i 14-latki razem, wymieniające się w nocy pokojami.

Jak wyglądał twój pierwszy dzień?

- Każdy, kto przyjedzie do ośrodka, zostaje pobity i okradziony. Inni wychowankowie mówili, że tak jest wszędzie w Polsce. Wychowawcy radzili dziewczynom, które zgłaszały kradzieże i pobicia, żeby przetrzymały pierwsze dni, bo później będzie już lepiej. Ale ja nie chciałam wytrzymywać. Trzy dziewczyny przyszły do mojego pokoju. Zaczęły krzyczeć, żebym oddała rzeczy. Krzyczałam jeszcze głośniej. Uderzyłam jedną. W takich placówkach zasady są proste. Tylko siła. Jak u zwierząt. Jak przychodzą cię pobić, a ty nie mówisz nawet "spierdalaj", nikt cię nie będzie szanował.

A kiedy cię szanują?


- Na pewno nie jest tak jak w szkole, że polubią cię, bo masz oryginalny podkoszulek. Wygląd też ma małe znaczenie. Liczy się, z kim rozmawiasz. A raczej kto chce z tobą rozmawiać.

Chciałaś wracać do domu?

- Wszyscy chcieli. Nawet jak byli bici w domu, mówili, że było dużo lepiej niż w ośrodku. Ośrodek miał być półotwarty. Ale okna i drzwi były zamknięte. Wychodziliśmy raz w tygodniu do sklepu. Wycieczka raz na miesiąc. Każdego dnia budzili nas około szóstej rano. Mieliśmy cztery do ośmiu lekcji. Dwa obowiązki na cały dzień - pójść do szkoły i odrobić lekcje. Później oglądaliśmy telewizję i siedzieliśmy w pokojach. Ile można rozmawiać? Czasem mieliśmy zajęcia, na których malowaliśmy liście albo robiliśmy ludziki z kasztanów. Śmialiśmy się, że są nudniejsze od nudy. Wychowawcy nawzajem się obgadywali. Mówili nam, kto ma trudną sytuację w domu i z tego powodu nie radzi sobie z nami. Tylko jeden wychowawca chciał nas czymś zainteresować. Mirosław. Uczył spokoju, medytacji.

Dlaczego trafiłaś do ośrodka?

- Wagarowałam i wpadłam w tak zwane złe towarzystwo.

Zawsze byłam ruchliwa: siatka, kosz, bieganie, lekkoatletyka, żeby cały czas być w ruchu. Na niczym nie potrafiłam się skupić, miałam tysiące myśli. To się jeszcze pogłębiło w ośrodku.

Gdzie była twoja mama?


- Wyjechała za granicę. Pomagała siostrze w opiece nad jej małym synkiem. Ale często dzwoniła. Martwiła się o mnie. Mama mnie rozpieszczała. Chciałam komputer, dostawałam go. Podobnie z nowym modelem telefonu czy ubraniami. A ja nigdy jej nie słuchałam. Gdy nie robiła tego, o co prosiłam, potrafiłam się przez trzy dni nie odzywać. Mama nigdy mnie nie uderzyła. Zawsze dawała kieszonkowe. Nawet gdy sama miała problemy z pieniędzmi, bo przestała pracować w sklepie. Dbała, żebym odrobiła lekcje. Zależało jej, żebym - podobnie jak moje siostry - zrobiła maturę, miała dzieci, męża. Psychiatrzy twierdzili, że Przemek - chłopak skazany za gwałt w ośrodku - nie mógł czerpać wzoru ze swojego ojca. A mnie mówili, że ja taki wzór miałam, tylko z niego nie korzystałam.

A twój tata?

- Rozstał się z mamą, gdy miałam 13 lat. Miałam 16 lat, gdy umarł.

Kiedy zaczęłaś wagarować?

- W gimnazjum. Na złość mamie. Chciałam chodzić do gimnazjum sportowego, a ona uparła się, że pójdę do tego bliżej domu, żeby wiedziała, z kim przebywam. Zupełnie przestałam chodzić do szkoły. Byłam jakby inną osobą. Nie widziałam matki jako człowieka. Myślałam: pracuje, sama mnie zrobiła, niech teraz spełnia moje potrzeby. Kiedy sąd dla nieletnich skierował mnie do ośrodka, zaczęłam nadrabiać zaległości. Decyzję odroczono ze względu na moją poprawę i może też dlatego, że w ośrodkach brakuje miejsc. Ale w szkole nadal nie mogłam się skupić, na lekcjach byłam nerwowa, czułam, że nie radzę sobie nawet z prostymi zadaniami, znów zaczęłam wagarować. W 2010 roku otwierano nowy ośrodek socjoterapeutyczny w Łysej Górze i sąd wznowił decyzję. Miałam tam być od września przez co najmniej pół roku.

Często stamtąd uciekałaś?


- Od września do listopada uciekłam trzy razy. Dwa razy byłam z siostrą w Kielcach ponad tydzień, a raz - sześć dni. Pani prokurator próbowała udowodnić, że przewodziłam wszystkim grupom w ośrodku, a ja nie mogłam tam wytrzymać. Chłopcy wpadali do naszych pokoi. Wylewali nam szampony na ubrania. Kradli wszystko, nawet majtki. Wielu chłopców i dziewczyn miało już grubą kartotekę policyjną. W każdej chwili mogłaś zostać pobita. Miałaś wybór - mogłaś bić pierwsza.

Jaka była Paulina?

- Ona nie mogłaby nikogo pobić. Nawet nie krzyczała, kiedy była kopana. A wychowawcy byli przecież niedaleko. Podporządkowała się temu, co robiliśmy. Nie chciała też zemsty. Zupełnie nie interesowała się potem procesem. Była w ośrodku nowa. Dziewczyny jej nie lubiły, bo podobno donosiła do wychowawców. Znajoma, która obroniła mnie kiedyś przed kradzieżą, powiedziała, że nie pojedzie na święta do domu, bo Paulina naskarżyła na nią do wychowawcy. Zebrałyśmy się w kilka. Chciałyśmy ją upokorzyć, dać nauczkę. Później wyszło tak mechaniczne. Każda chciała pokazać, że jesteśmy w grupie, razem, silne. Nie można się wyłamywać, bo nie wiesz, co cię spotka kolejnego dnia. Nie było miejsca na żal czy współczucie, skupiałam się na tym, co pomyślą dziewczyny.

A teraz?


- Teraz staram się poprawić, chyba dzięki mamie. Niektóre matki nigdy tu nie dzwonią. Moja miała wszystkie powody, żeby zrobić to samo, a wynajęła mi nawet adwokata. I dalej się o mnie martwi - czy skończę szkołę, czy kiedyś będę miała normalną pracę. W więzieniu przetrwasz, jeśli wiesz, że ktoś na ciebie czeka. W tymczasowym areszcie jak słyszałam w radiu, że był wypadek, byłam pewna, że to moja mama nie żyje. Ciągle się tego boję, wiem, że sobie nie poradzę, jeśli ona umrze.

Dużo sobie uświadomiłaś.


- Nie zawsze widzę to tak jak dziś. W więzieniu każdy ma takie dni, że się buntuje, wygraża. Ja pisałam skargi na panią prokurator. Żadnej nie wysłałam. Złość przelewała się na papier i już nie było jej we mnie. Wiem, że tylko ja jestem winna. Więzienie było mi potrzebne, wcześniej wielu rzeczy nie rozumiałam.

Jakich?


- Prostych. Najważniejsze to robić swoje i nie patrzeć na innych. W ośrodku czułam się gorsza. Dbałam o relacje, które nie miały żadnego znaczenia. O podziw, bo to miłe, kiedy myślą, że jesteś najsilniejsza. A przede wszystkim o bliskość. Jak robisz w grupie coś złego i łączą was tajemnice, to czujesz, że ci ludzi są bliscy, że cię nie zawiodą. Dziewczyny mówiły, żebym trzymała z nimi, że mogę na nie liczyć. Ale listu żadna do więzienia nie wysłała.

Dziękuję ppłk. Robertowi Bartyzelowi, dyrektorowi Aresztu Śledczego w Krakowie, oraz kpt. Tomaszowi Wacławkowi za pomoc

11 listopada 2010 r. grupa dziewczyn z ośrodka w Łysej Górze wymierzyła koleżance karę za "donoszenie". Kazały jej zrobić striptiz, tańczyć wokół kija od mopa, podtapiały w toalecie, rozebrały. Potem pojawili się chłopcy. Według zeznań prześladowanej Pauliny dziewczyny groziły, że jeśli im się nie podporządkuje, znów zostanie pobita. 17-letni Przemek zgwałcił Paulinę, jego koledzy stali na czatach. W nocy po zatrzymaniu w policyjnej izbie dziecka 16-latek, który wziął udział w gwałcie, próbował popełnić samobójstwo. Katarzyna jako 17-latka została osądzona tak jak osoba dorosła. Pozostałe dziewczyny odpowiadały przed sądem dla nieletnich. W maju tego roku Katarzyna została skazana na pięć lat więzienia.



*********************************************************


Spotkanie w Łysej Górze


Rozmowa z sędzią Tomaszem Koziołem z Sądu Okręgowego w Tarnowie, przewodniczącym składu orzekającego w sprawie Katarzyny

Dlaczego Katarzyna znalazła się w Łysej Górze?


- Katarzyna zaczęła prowadzić rozrywkowe życie i uchybiać obowiązkowi szkolnemu. Jej pobyt w ośrodku nie był spowodowany patologią życia rodzinnego.

Kasia od lipca 2008 do marca 2010 miała nadzór kuratora. Nie słuchała jego zaleceń, nadal opuszczała szkołę. Ale jaki jest sens wysyłania dziewczyny - która ma normalny DOM, nie weszła w konflikt z prawem, jest tylko zbuntowana i wagaruje - do ośrodka, w którym spotyka na przykład wielokrotnie już karanego Przemka?

- Do spotkań takich jak Katarzyny z Przemkiem dochodzi w różnych ośrodkach w Polsce cały czas. Pani mnie pyta: gdzie tu sens? Przecież odpowiedź jest jasna i też mam na ten temat zdanie. Ale jako sędzia nie mogę komentować decyzji innych sądów.

Dyrektor ośrodka w Łysej Górze, z wykształcenia inżynier metalurg, mówił, że ma kwalifikacje do pracy z młodzieżą, bo przez kilka lat uczył BHP. Starosta brzeski Ryszard Ożóg, który był tzw. organem założycielskim ośrodka, przyznał potem, że z powodu przepełnienia poprawczaków sądy rodzinne kierowały do Łysej Góry młodzież już wielokrotnie karaną. Ale wychowawcy nie mieli o tym pojęcia. Dopiero po interwencjach policji dowiadywali się o wcześniejszych konfliktach z prawem. Jaki wpływ miało takie funkcjonowanie ośrodka na zachowanie wychowanków 11 listopada?

- To bardzo skomplikowane. Podczas podejmowania decyzji o wyroku uwzględniłem wiele czynników. Bo z jednej strony musimy brać pod uwagę wolną wolę osób, które znęcały się nad Pauliną.

Z drugiej - poziom demoralizacji wielu wychowanków był niezwykle wysoki. Teraz mamy już pewność, że ośrodek w Łysej Górze nie działał prawidłowo. Dyrektor Tomasz C. nie dobrał odpowiedniej kadry - większość wychowawców miała wiedzę czysto uniwersytecką, była bez praktyki - i nie zapewnił nadzoru nad wychowankami. Został prawomocnie skazany na rok pozbawienia wolności z zawieszeniem na dwa lata za niedopełnienie obowiązków. Niewątpliwie w ośrodku funkcjonowała fala, osoby słabsze były tępione przez silniejsze. Gdyby ośrodek działał lepiej, prawdopodobieństwo znęcania nad Pauliną byłoby mniejsze. Choć ryzyka nie da się stuprocentowo wyeliminować nawet w dobrze działających placówkach.

Ośrodek w Łysej Górze był koedukacyjny. Czy to, że 31 ośrodków socjoterapeutycznych w Polsce ma charakter koedukacyjny, może stanowić zagrożenie dla przebywających tam wychowanków?

- Jak można dziewczyny i chłopców w różnym wieku, często już karanych, umieszczać razem w miejscu, w którym swobodnie przechodzą z bloku na blok?! Nie był to główny powód tamtych wydarzeń, ale na pewno koedukacyjny charakter ośrodka w Łysej Górze był tłem gwałtu na koleżance.

Czy gdyby Kasia w listopadzie 2010 roku była o pół roku młodsza, trafiłaby do więzienia?


- Nie, nie miałaby skończonych 17 lat. Czasami minimalna różnica wieku skutkuje ogromną różnicą w zakresie odpowiedzialności.

Odpowiedzialności, która często w małym stopniu dotyka osoby poniżej 17. roku. Gimnazjaliści z Gdańska, którzy molestowali seksualnie koleżankę i nagrali to komórką, zostali uznani za winnych, ale sąd orzekł tylko dozór kuratora.


- Chociaż dziewczyna, nad którą się znęcali, popełniła samobójstwo. Sądy dla nieletnich często orzekają dozór kuratora lub nadzór rodziców. Oczywiście znów nie mogę skomentować gdańskiej sprawy, ale nie mam wątpliwości, podobnie jak wielu prawników, że system odpowiedzialności nieletnich w Polsce jest anachroniczny.

Dlaczego?


- Dziś już 15-latki mogą osiągać bardzo wysoki poziom demoralizacji. I działają z pełną świadomością. Nie jestem za surowszymi karami, lecz za zlikwidowaniem fikcji. Środki stosowane wobec nieletnich często nie są adekwatne do czynów, które popełnili. Można sobie zadać pytanie: czy jest sprawiedliwe, że komuś brakuje kilku miesięcy do 17. roku życia i dostaje tylko dozór kuratorski, a inny tę granicę ledwie przekroczył i ląduje w więzieniu? Moim zdaniem prawo dotyczące karania nieletnich należy w gruntowny sposób zmienić.



***************************************************************************


W Polce jest 66 Młodzieżowych Ośrodków Socjoterapeutycznych i 80 Młodzieżowych Ośrodków Wychowawczych. W 2011 r. przebywało w nich 8136 osób. Od stycznia 2012 r. sądy dla nieletnich nie mogą już przymusowo kierować nastolatków do ośrodków socjoterapeutycznych. Jak wyjaśnia Andrzej Laskowski, kierownik Wydziału Resocjalizacji i Socjoterapii Ośrodka Rozwoju Edukacji: "Od tego roku młodzież przyjmowana jest do ośrodków socjoterapeutycznych na wniosek rodziców. Musi być zgoda zainteresowanego i akceptacja warunków. Przecież podstawowym warunkiem socjoterapii jest dobrowolność". Dobrowolność nie dotyczy jednak nastolatków skierowanych do MOS przed 2011 r. Blisko 400 nadal oczekuje na wolne miejsca w ośrodkach socjoterapeutycznych.
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


UWAGA! Pokropione przez księdza....


radom2.jpg
radom1.jpg
radom.jpg



Sanepid z Radomia otworzył nowoczesne laboratorium do badań dopalaczy. Jedyne w kraju
KATARZYNA M. WIŚNIEWSKA

W siedzibie sanepidu w Radomiu otwarto jedyne w kraju specjalistyczne laboratorium, w którym badane będą dopalacze i suplementy diety. Wyposażenie pracowni kosztowało ok. 900 tys. zł. - Na rynku pojawiają się co chwila nowe, groźne dopalacze modyfikowane przez naprawdę dobrych chemików, ale jesteśmy tu w stanie je oznaczyć i znaleźć - podkreśla Dorota Walczak z sanepidu w Radomiu.
Radomska Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna jest jedyną w kraju, która dysponuje specjalistycznymi pracowniami laboratoryjnymi wykonującymi badania środków odurzających, psychotropowych i dopalaczy. Będzie wykonywać badania dla wszystkich pozostałych ośrodków sanepidu na Mazowszu i w całym kraju, a także współpracować z policją, prokuraturą oraz klientami indywidualnymi.

Groźne dopalacze

– Dopalacze to substancje psychoaktywne, które oddziałują na organizm jak narkotyki, a w praktyce różnią się od nich tylko tym, że nie zawierają substancji zakazanych przez ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii. Walka z nimi nie jest łatwa – mówi Marek Posobkiewicz, główny inspektor sanitarny. – Cieszę się, że otwieramy tak nowoczesną pracownię laboratoryjną, która ułatwi działania służbom zaangażowanym w walkę z tym procederem – dodaje.

– Aparatura, którą dysponujemy, jest w stanie rozróżnić, czy w próbkach dostarczonych np. przez policję nie ma narkotyków – mówi Lucyna Wiśniewska, dyrektorka sanepidu w Radomiu. – Z dopalaczami jest tak, że rynek rozwija się z roku na rok, zażywają je ludzie w różnym wieku, ale przede wszystkim młodzi. W ubiegłym roku na terenie Radomia i powiatu mieliśmy 123 zatrucia dopalaczami. Mamy świadomość, że to wierzchołek góry lodowej, bo to są tylko osoby hospitalizowane. Wszystkie lżejsze zatrucia często są leczone przez lekarzy rodzinnych – dodaje Wiśniewska.

Sanepid w Radomiu zbada też suplementy diety

W ramach urzędowej kontroli żywności w drugiej pracowni będą wykonywane badania suplementów diety, środków z pogranicza żywności i leków (np. będzie można sprawdzić, jaka jest w nich rzeczywiście zawartość witamin, składników mineralnych, nienasyconych kwasów tłuszczowych i innych).

Badania próbek wykonywane będą z wykorzystaniem chromatografów cieczowych, gazowych, spektrometrów absorpcji atomowej i w podczerwieni. – Sięgamy po suplementy często, bo są dostępne w aptekach bez recepty. Zażywamy je np., by przyspieszyć leczenie, przyspieszyć metabolizm, poprawić wygląd, a nie zastanawiamy się, że niejednokrotnie nie można ich łączyć ze sobą lub z lekami, które już bierzemy – tłumaczy Wiśniewska. – Suplementy diety będziemy badać z urzędu, z nadzoru, do którego jesteśmy zobowiązani, ale badamy też na zlecenie.

Jeśli ktoś chce sprawdzić, czy rzeczywiście w suplemencie, który zażywa, jest to, co wyszczególniono na ulotce, może do nas przyjść. Dzięki nowoczesnemu sprzętowi możemy badać szybciej, na miejscu i bardziej kompleksowo – podkreśla Wiśniewska.

Koszt badania jednej próbki dopalaczy to ok. 200 zł, suplementów – w zależności od próbki.

Strzeżcie się, „chemicy”!


– Urządzenia, które mamy, wykorzystują najnowszą technikę identyfikacji zawartości. Dostajemy różne dopalacze, ale to w pewnym sensie tajemnica służbowa, jakie konkretnie. Pojawiają się najnowsze substancje, modyfikowane są przez naprawdę dobrych chemików, ale jesteśmy w stanie je oznaczyć i znaleźć – zapewnia Dorota Walczak, kierownik sekcji laboratoryjnej aparatury specjalnej w sanepidzie w Radomiu.


Wyposażenie obu pracowni kosztowało ok. 900 tys. zł. Obsługuje go akredytowany, specjalnie wyszkolony personel. – Pieniądze pochodzą z budżetu państwa. Sprzęt był kupowany etapami, w tym roku dostaliśmy fundusze od wojewody mazowieckiego Zdzisława Sipiery – podsumowuje Wiśniewska.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Rejestracja: 2010
Użytkownik nieaktywny
  • 987 / 6 / 0


05 września 2017jan potocki pisze:

Sanepid z Radomia otworzył nowoczesne laboratorium do badań dopalaczy. Jedyne w kraju
KATARZYNA M. WIŚNIEWSKA

W siedzibie sanepidu w Radomiu otwarto jedyne w kraju specjalistyczne laboratorium, w którym badane będą dopalacze i suplementy diety. Wyposażenie pracowni kosztowało ok. 900 tys. zł. - Na rynku pojawiają się co chwila nowe, groźne dopalacze modyfikowane przez naprawdę dobrych chemików, ale jesteśmy tu w stanie je oznaczyć i znaleźć - podkreśla Dorota Walczak z sanepidu w Radomiu.
Radomska Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna jest jedyną w kraju, która dysponuje specjalistycznymi pracowniami laboratoryjnymi wykonującymi badania środków odurzających, psychotropowych i dopalaczy. Będzie wykonywać badania dla wszystkich pozostałych ośrodków sanepidu na Mazowszu i w całym kraju, a także współpracować z policją, prokuraturą oraz klientami indywidualnymi.

Groźne dopalacze

– Dopalacze to substancje psychoaktywne, które oddziałują na organizm jak narkotyki, a w praktyce różnią się od nich tylko tym, że nie zawierają substancji zakazanych przez ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii. Walka z nimi nie jest łatwa – mówi Marek Posobkiewicz, główny inspektor sanitarny. – Cieszę się, że otwieramy tak nowoczesną pracownię laboratoryjną, która ułatwi działania służbom zaangażowanym w walkę z tym procederem – dodaje.

– Aparatura, którą dysponujemy, jest w stanie rozróżnić, czy w próbkach dostarczonych np. przez policję nie ma narkotyków – mówi Lucyna Wiśniewska, dyrektorka sanepidu w Radomiu. – Z dopalaczami jest tak, że rynek rozwija się z roku na rok, zażywają je ludzie w różnym wieku, ale przede wszystkim młodzi. W ubiegłym roku na terenie Radomia i powiatu mieliśmy 123 zatrucia dopalaczami. Mamy świadomość, że to wierzchołek góry lodowej, bo to są tylko osoby hospitalizowane. Wszystkie lżejsze zatrucia często są leczone przez lekarzy rodzinnych – dodaje Wiśniewska.

Badania próbek wykonywane będą z wykorzystaniem chromatografów cieczowych, gazowych, spektrometrów absorpcji atomowej i w podczerwieni. – Sięgamy po suplementy często, bo są dostępne w aptekach bez recepty. Zażywamy je np., by przyspieszyć leczenie, przyspieszyć metabolizm, poprawić wygląd, a nie zastanawiamy się, że niejednokrotnie nie można ich łączyć ze sobą lub z lekami, które już bierzemy – tłumaczy Wiśniewska. – Suplementy diety będziemy badać z urzędu, z nadzoru, do którego jesteśmy zobowiązani, ale badamy też na zlecenie.

Jeśli ktoś chce sprawdzić, czy rzeczywiście w suplemencie, który zażywa, jest to, co wyszczególniono na ulotce, może do nas przyjść. Dzięki nowoczesnemu sprzętowi możemy badać szybciej, na miejscu i bardziej kompleksowo – podkreśla Wiśniewska.

Koszt badania jednej próbki dopalaczy to ok. 200 zł, suplementów – w zależności od próbki.

Strzeżcie się, „chemicy”!
Niby czego?! Legalnych związków chemicznych? Nie wygracie.... Papappa!

Podrowionka dla wiadomo kogo!
Posty: 2066 Strona 205 z 207
Wróć do „Substancje psychoaktywne”
Na czacie siedzi 56 uczestników Wejdź na czata

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość