Artykuły o dragach

Luźne dyskusje na tematy związane z substancjami psychoaktywnymi

Moderator: Wszyscy moderatorzy

Posty: 2066 Strona 204 z 207
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Branie narkotyków jest przyznawaniem sobie licencji na bycie dupkiem
OLGA WIECHNIK

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]

Fałszywe jest założenie, że trzeba wieść szalone życie, by mieć oryginalne pomysły. I tak samo fałszywe jest założenie, że prowadzenie normalnego życia oznacza dostosowanie się do większości

Gdy Pauline Bucher, 21-letnia sekretarka z przedmieścia, została wezwana do jednego z londyńskich hoteli, spodziewała się kolejnego nudnego biznesmena potrzebującego stenotypistki do przepisania listów. Ku jej zdziwieniu drzwi otworzył „człowiek o wyglądzie Karola I Stuarta”. Rok był jednak 1967, a mężczyzną tym – Frank Zappa. Zamiast listów dyktował jej teksty swoich utworów, którymi zafascynował ją do tego stopnia, że wkrótce porzuciła spokojne życie na przedmieściach i poleciała za nim do Stanów. – Na miejscu okazało się, że Frank się ożenił, musiałam więc dostosować swoje oczekiwania do rzeczywistości – opowiada reporterowi BBC. Pauline przez kilka lat pełniła funkcję sekretarki Franka Zappy, a swoje wspomnienia z domu odwiedzanego m.in. przez Micka Jaggera, Marianne Faithfull, George’a Harrisona, Erica Claptona spisała w książce „Freak Out! My Life with Frank Zappa”. „Miał do swojej pracy bardzo poważny stosunek. Wstawał wcześnie, siadał przy pianinie i komponował do późnego wieczora, nadużywając jedynie kawy i papierosów” – pisze. Pauline uspokajała w listach przerażoną rodzinę, że pan Zappa nie jest narkomanem, nikt jej jednak nie wierzył.

– Frank Zappa uosabia mroczną stronę kultury – brodaty, obrzydliwy, brudny. Brutalnie przypomina, że muzyka ma moc wywoływania chaosu – to jedno z nielicznych zdań niewypowiedzianych przez samego Zappę w świetnym dokumencie „Udław się tym pytaniem. Frank Zappa własnymi słowami”, który na niedawno zakończonym Festiwalu Filmów Amerykańskich we Wrocławiu zdobył nagrodę publiczności. – Przedziwne są fantazje, jakie ludzie mają na mój temat – mówi Frank w jednym z wywiadów. – Im większego dziwaka się ze mnie robi, tym mniejszą mam możliwość wypowiedzenia się na poważnie. A tak się składa, że sporo osób mogłoby zyskać, słuchając tego, co mam do powiedzenia – dodaje. I ma absolutną rację. Słuchając jego wypowiedzi z lat 60., 70. i 80., ma się nieodparte wrażenie, że komentuje rzeczywistość dzisiejszą.

Dla mnie Frank Zappa przed tym filmem nie istniał. Kiedy w 1993 roku umierał na raka prostaty, miałam osiem lat. Gdy zaczęłam świadomie słuchać muzyki, był idolem pokolenia moich rodziców. Czyli na pewno niczym ciekawym. Jakie to szczęście, że zupełnym przypadkiem udało mi się nie przegapić największego artystycznego objawienia mojego dotychczasowego życia. Choć słowo „artystyczny” jest nie do końca adekwatne.

Frank Zappa jest bowiem nie tylko doskonałym performerem i genialnym kompozytorem, ale przede wszystkim człowiekiem śmiertelnie zabawnym, zachwycająco poważnym, krzepiąco inteligentnym i zawstydzająco rozsądnym.
Ponieważ jednak Frank nie miał najlepszego zdania o dziennikarzach, zwłaszcza muzycznych („Ludzie, którzy nie umieją pisać, robią wywiady z ludźmi, którzy nie umieją myśleć, żeby przygotować teksty dla ludzi, którzy nie umieją czytać”), najlepiej zrobić to samo co reżyser Thorsten Schütte, który przez osiem lat zbierał materiały wideo rozsiane po archiwach na całym świecie, żeby w swym filmie całkowicie oddać głos swojemu bohaterowi.

Frank Zappa o władzy: – Rząd, który posługuje się kodeksem moralnym zaczerpniętym z konkretnej religii i zamienia ten kodeks moralny w prawodawstwo, staje się faszystowską teokracją.

O cenzurze: – Ludzie o prawicowych przekonaniach mają obsesję na punkcie obrony „życia nienarodzonego” i decydowania za innych, jak żyć. A co z obroną prawa do samodzielnego myślenia? Z prawem do życia nienarodzonej idei?

O używkach: – Branie narkotyków jest przyznawaniem sobie licencji na bycie dupkiem. Podobnie jest zresztą z piciem alkoholu.

O przeklinaniu: – Nie ma czegoś takiego jak brzydkie słowa. To bzdura rozpowszechniana przez religijnych fanatyków i polityków, aby podtrzymać w narodzie głupotę. Słowa są po to, żeby coś wyrazić. Jeśli chcesz komuś powiedzieć, żeby się odp***dolił, to jest właśnie najlepszy możliwy sposób, żeby to powiedzieć.

O Ameryce: – To, co nas wyróżnia pośród innych narodów świata, to nasza niewiarygodna głupota. Ten kraj istnieje od kilkuset lat, a wydaje nam się, że we wszystkim jesteśmy najlepsi. Inne narody mają za sobą tysiące lat rozwoju, mają swoją muzykę, teatr, taniec, tradycje, swoje etniczne dziedzictwo, z którego są dumne.

My mamy levisy, hamburgery, coca-colę. Więc dorzucamy do tego broń nuklearną, żeby poczuć się lepiej. Myślę, że kraj, który nie dba o swoją kulturę, nie powinien istnieć. Bo to sztuka, to piękne idee są tym, co powinno przetrwać. A nie designerskie dżinsy.
Frank Zappa o sobie – w jednym z ostatnich wywiadów, już w bardzo zaawansowanym stadium choroby – na pytanie, jak chciałby być zapamiętany: – To nie ma żadnego znaczenia. Ludzie, którzy martwią się, czy zostaną zapamiętani, to ludzie tacy jak Reagan, Bush. Tacy ludzie gotowi są wydać dużo pieniędzy i ciężko się napracować, żeby świat ich popamiętał.

Frank Zappa przez 26 lat był żonaty z jedną kobietą, wychował z nią czworo dzieci, pieniądze, które zarabiał na rock and rollu, przeznaczał na opłacanie najlepszych orkiestr symfonicznych, z którymi nagrywał swoje kompozycje. – Fałszywe jest założenie, że trzeba wieść szalone życie, by mieć oryginalne pomysły. I tak samo fałszywe jest założenie, że prowadzenie normalnego życia oznacza dostosowanie się do większości.

EAT THAT QUESTION - Frank Zappa In His Own Words
https://www.youtube.com/watch?v=j384w-ZExCw
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Plan X to "awaryjne wyjście" dla nastolatków - może uratować im życie
Zuzanna Ziomecka

Terapeuta uzależnionej młodzieży stworzył plan, by wyciągać swoich synów z niebezpiecznych sytuacji towarzyskich. Prosty i genialny.
Bert Fulks jest zaangażowanym edukatorem i wychowawcą z zachodniej Wirginii. W ramach pracy z młodzieżą co tydzień prowadzi grupę wsparcia dla nastolatków walczących z uzależnieniem od narkotyków. Któregoś dnia zadał im pytanie:

"Ilu z Was było kiedyś w sytuacji towarzyskiej, w której zaczęło się coś dziać, w czym nie chcieliście brać udziału, ale nie potrafiliście się wyplątać?"

Każda osoba obecna w sali podniosła rękę. Każda miała takie doświadczenie. Fulks przekonuje, że bezsilność wobec presji towarzyskiej prowadząca do złych, często niebezpiecznych i tragicznych decyzji jest wpisana w wiek dojrzewania.


Paląca potrzeba należenia do paczki przyjaciół, lęki przed odrzuceniem, niezwykła wrażliwość i niepewność co do własnej wartości i tożsamości – to odczucia typowe dla nastolatków. Ta niepewność i lęk zabierają im ochronę przed pokusami i pułapkami dorosłego życia. Usidleni towarzysko młodzi często nie potrafią odmówić używek, przeciwstawić się przemocy lub powiedzieć, że wolą bezpieczny seks.


Bert Fulks z myślą o swoich synach stworzył Plan X i podzielił się nim na swoim blogu z nadzieją, że inni rodzice skorzystają i pomogą swoim dzieciom uciec z twarzą z sytuacji bez wyjścia.

Plan X jest bardzo prosty


1. Nastolatek, nazwijmy go Dannym, ma dorosłych (np. rodziców, rodzeństwo, wujków, ciocie), z którymi jest umówiony na Plan X.

2. Danny idzie na imprezę. Dzieje się na niej coś, co go niepokoi, więc wysyła do jednego ze swoich zaufanych opiekunów SMS-a o treści "X".

3. W ciągu kilku minut odbiorca SMS-a „X” dzwoni do Danny'ego. Ich rozmowa wygląda tak:

- Halo?
- Danny, coś się wydarzyło. Muszę cię natychmiast odebrać.
- Ale co się stało?
- Powiem ci, jak się zobaczymy. Bądź gotowy do wyjścia za 5 minut. Jestem w drodze.

4. Danny kończy rozmowę i wyjaśnia kolegom i koleżankom, że coś się wydarzyło w domu i niestety musi już iść.

W ten sposób Danny może się usunąć z sytuacji, w której dzieje się coś niebezpiecznego bez uszczerbku na honorze i narażania się na wyśmianie czy oceny towarzystwa. Ma bezpieczne wyjście awaryjne z niewygodnej dla niego sytuacji.

5. Poufność.

Gdy Danny wskakuje do samochodu opiekuna, nie musi się z niczego tłumaczyć. Ani słowem. Nawet jeśli opiekun odbiera dziecko z zupełnie innego miejsca niż to, w którym dziecko miało przebywać: dorosły nie pyta o wyjaśnienia i nie obarcza dziecka żadnymi konsekwencjami.

Jeśli ma działać skutecznie, Plan X musi być bezpieczny również pod kątem relacji z domownikami. Bez pewności, że nie spotkają go w domu konsekwencje, Danny nigdy nie skorzysta z Planu X.

6. Wyjątek.

Bert Fulks jest ze swoimi dziećmi umówiony, że jeżeli w sytuacji, z której dziecko jest wyciągane, dzieje się lub może się wydarzyć komuś krzywda, dorosły powinien się o tym dowiedzieć, by móc udzielić pomocy.

To element wychowania w odpowiedzialności społecznej, który dla Fulksa jest ważny. Bez względu na konsekwencje towarzyskie uczy swoje dzieci, że mają moralny obowiązek stawać w obronie słabszych. Ale poza takimi okolicznościami dzieciaki nigdy nie muszą opowiadać mu o tym, co się wydarzyło na imprezach, z których je wyciąga.

Plan X może uratować życie


Fulks pisze: Jeśli w Waszej rodzinie będzie Plan X, wasze dzieci podziękują wam za to.

Nigdy nie wiesz, kiedy coś tak prostego może zapewnić, że twoje dziecko śmieje się z tobą przy obiedzie, zamiast siedzieć pół roku w ośrodku odwykowym lub (nie daj Bóg) w jeszcze gorszej sytuacji

Dodaje: "Choć Plan X jest ważny, pod koniec dnia liczą się otwarte, szczere rozmowy z dziećmi. Budujesz z nimi relacje oparte na zaufaniu. To nie jest ten sam świat, w którym my dorastaliśmy. Pokusą już nie jest puszka piwa za trzepakiem. Nasze dzieci na co dzień stawiają czoło zagrożeniom, które przez jedną złą decyzję mogą się okazać śmiertelne. Nie wierzycie mi? Byłem na pogrzebach fantastycznych dzieciaków z cudownych rodzin".

Kończy apelem: "Proszę was, dzielcie się tym pomysłem z innymi. Porozmawiajcie o nim z dziećmi. Jeśli dzięki Planowi X choćby jedno dziecko na świecie wyjdzie bez szwanku z niebezpiecznej sytuacji, będziemy wszyscy współsprawcami jego ocalenia".

"Plan X - Giving Your Kids a Way Out"
https://bertfulks.com/2017/02/23/x-plan ... out-xplan/

Dlaczego poszukiwanie przyjemności staje się pułapką? Mózg uzależniony [REPORTAŻ]

Uzależnienie przechwytuje szlaki neuronowe mózgu. Naukowcy podważyli pogląd, że uzależnienia są skutkiem wad charakteru. Szukają metod leczenia dających nadzieję na wyrwanie się ze spirali cierpienia, w której tkwi dziesiątki milionów ludzi.

Upominki za udział w terapii antynarkotykowej

Duński rząd zapowiedział pracę nad projektem ustawy, dzięki której wszystkie gminy w Danii będą mogły - młodzież biorącą udział w rozmowach na temat uzależnienia od narkotyków - nagradzać kartami upominkowymi.
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Chris Cornell i mroczna strona Seattle. Tu narodził się grunge - ostatnia wielka gitarowa rewolta
Robert Sankowski

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]

Samobójcza śmierć Chrisa Cornella to jeszcze jedna (i być może nieostatnia) tragedia dotykająca muzyczną scenę Seattle - miasta, za którym nie tylko dzięki grunge'owi ciągnie się mroczny mit zabójcy swoich najbardziej wrażliwych i zdolnych mieszkańców.

Seattle nie kocha już grunge’u. Gdy parę lat temu największy rock’n’rollowiec wśród kuchennych celebrytów Anthony Bourdain odwiedził to miasto, aby nakręcić kolejny odcinek swojej serii „Layover” (u nas znany jako „Postój z Anthonym Bourdainem”), od razu na początku zaznaczył, że to już nie muzyka odgrywa największą rolę w promocji jego wizerunku. Poproszeni o znalezienie dla Seattle jakiejś krótkiej definicji, postawieni przed kamerami lokalsi sięgają bez żenady po najbardziej zużyte i stereotypowe określenia. – Deszczowe miasto – mówią, bo w Seattle podobno rzeczywiście ciągle leje. – Szmaragdowe miasto – dorzuca ktoś inny, bo te opady mają swoje konsekwencje dla przyrody i zieleń tu rzeczywiście wyjątkowo bujna. – Efekt jest jeden: ani razu nie pada słowo „grunge” - zauważa Anthony. Jedna z jego rozmówczyń nalega wręcz, aby tylko nie używać tego terminu, bo w Seattle wszyscy mają go dość – dziś Seattle ma do zaoferowania dużo więcej.

I to jest prawda. To dziś siedziba kilku wielkich koncernów, w tym z branży internetowej. Obok hipsterów w lokalnych klubach zobaczymy więc robiących kariery w korporacjach młodych ludzi w drogich garniturach. Bourdain zrealizował wyjątkowo pocztówkowy odcinek, w którym z miną zadowolonego z siebie celebryty przechadza się od jednego do drugiego modnego lokalu, rozprawiając przy tym o „tętniącej życiem scenie restauracyjnej miasta, które jest dziś najciekawszym nowym miejscem na kulinarnej mapie USA”.

Mroczna strona Seattle


Ale to dawne Seattle – mroczne, depresyjne, zasnute chmurami, niebezpieczne, obdarzone jakąś szczególnie niszczącą siłą miejsce, które potrafiło wykończyć niejednego wrażliwca – wcale nie zniknęło. To tylko pobożne życzenia hipsteryzujących mieszkańców. Cały stan Waszyngton, w którym leży Seattle, ma znacznie wyższy współczynnik samobójstw niż całe Stany Zjednoczone (samobójstwo jest tu drugą przyczyną śmierci wśród ludzi w wieku 10-24). W samym 2014 r. z życiem w ten sposób pożegnało się tam ponad 1100 osób. Samo Seattle ma też gigantyczny problem z narkotykami. Na przedmieściach prawdziwą plagą jest heroina.

Służby ratunkowe szacują, że co roku przedawkowuje (śmiertelnie lub nie) ponad dwa i pół tysiąca mieszkańców. A przecież nie wszystkie przypadki są zgłaszane na telefon ratunkowy. To rzeczywistość, którą wspomniany Bourdain mógłby pokazać w innej swojej serii dokumentów – realizowanych dla CNN „Parts Unknown” (u nas „Miejsca nieznane”), gdzie porzucił pozę włóczącego się po modnych lokalach światowca i znów jest cynicznym obserwatorem, który przez pryzmat kuchni potrafi pokazać rozmaite problemy odwiedzanych krajów czy stanów USA.

Seattle emanuje czymś niepokojącym, ale i wyjątkowym. – Zostań tu jeszcze trochę, a gwarantuję, że dostaniesz doła – zapewniał mnie w rozmowie przy piwie pracownik lokalnych mediów, gdy zapytałem, o co chodzi z tym klimatem, gdy pojechałem tam w 2009 r. na promocję nowej płyty Pearl Jam. Był maj, pogoda była piękna, a samo miasto przypominało faktycznie sympatyczną, rozrzuconą wśród oceanicznych zatok i jezior metropolię z filmów „Bezsenności w Seattle” czy „Mały Budda”. – To nie jest normalne. Trzy dni takiej pogody i słońca to tutaj totalne szaleństwo. Uwierz mi, na ogół jest tu mrocznie i mgliście – przekonywał mnie wspomniany Amerykanin.


To inne Seattle też fascynuje. I nie chodzi wcale o to, że po okolicznych lasach deszczowych (to jeden z nielicznych takich obszarów w strefach umiarkowanych, na ogół występują one przecież w tropikach, ale skoro w stanie Waszyngton są miejsca, gdzie rocznie spada na metr kwadratowy po kilka metrów wody, dlaczego sekwoje czy świerki nie mają zachowywać się jak palmy w dżungli?) hasają wystylizowane wampiry z sagi „Zmierzch”, a w samym mieście w zupełnie innej sadze superbogaty i przystojny Grey pokazuje swoje perwersyjne oblicze. Tu dzieją się rzeczy dużo bardziej poważne. Nie przypadkiem David Lynch osadził swoje „Twin Peaks” w małej miejscowości ledwie kilkadziesiąt kilometrów od tego miasta. W Seattle mieszkał bohater mrocznego, łączącego teorie spiskowe i wątki kryminalne serialu „Millennium”. Tutaj w końcu rozgrywa się amerykańska wersja „The Killing”.

Grunge - gatunek przeklęty

No i z innej popkulturowej beczki – tutaj narodził się grunge. Takie miejsca potrafią czasami wydawać znakomitą muzykę. Wystarczy przypomnieć postindustrialny Manchester z lat 80. czy klaustrofobiczny Berlin dekadę wcześniej. Seattle też ma ten sznyt. To metropolia, ale nawet jak na amerykańskie warunki rzucona gdzieś na kraniec świata i oddalona od innych ważnych ośrodków. Tu gwiazdy słuchało się w radiu, a nie na żywo. Chciałeś mieć koncert, sam musiałeś zrobić sobie scenę. I dzieciaki z Seattle tę scenę zrobiły – z jednej strony zafascynowane klasycznym rockiem oraz podkręcone punkową sceną lat 80., z drugiej naładowane tą dziwną energią miasta. Efekty były szczególne. Świeże, bezkompromisowe brzmienie i zaskakująco spójny wizerunek ekip z Seattle i okolic uznały za swoje dzieciaki na całym świecie.

Grunge’owy fenomen był chyba ostatnią tak ważną rewoltą w historii muzyki gitarowej. Ale za tę ważność przyszło zapłacić ogromną cenę. Ekipy z Seattle łączyła nie tylko muzyka, ale także szczególne emocje. Przyjaźń, wzajemna pomoc, otwartość na granie z jak największą grupą ludzi, ale też szczerość, bezkompromisowość i uczciwość wobec swojej publiczności – bez tego ta scena by nie przetrwała. Niestety, często gdzieś fundamentem tego emocjonalnego porozumienia bywały te same frustracje i lęki, na które najlepszym lekiem okazywała się heroina. Chłopcy z Soundgarden czy Alice In Chains na scenie wyglądali jak rockowi herosi.


Ale ich teksty opowiadają o alienacji, depresji, śmierci. I zostawmy w spokoju numery tak ikoniczne i oczywiste jak „I Hate Myself And Want To Die” Nirvany. Weźmy cały album Screaming Trees „Dust” z 1996 r. poświęcony tematyce śmierci. Nawet przyjezdny Eddie Vedder, który wpadł w to środowisko dość późno, szybko załapał klimat. „Jeremy” Pearl Jam to przecież opowieść o samobójstwie, które zdesperowany uczeń popełnia na oczach swojej klasy. A słynne „Alive” to nie hymn afirmujący życie, lecz opowieść o traumie seksualnego napastowania. Eddie pociągnął ten wątek zresztą w numerach „Once” i „Footsteps”, gdzie odpowiednio jego skrzywdzony za młodu bohater najpierw popada w szaleństwo, a potem zostaje seryjnym mordercą czekającym na egzekucję.

- Czy grunge jest najbardziej przeklętym i zabójczym gatunkiem muzyki rockowej w historii? – zapytał swego czasu brytyjski „Guardian”, opisując kolejną śmierć jakiegoś reprezentanta tej sceny. Bo w Seattle za tematami poruszanymi przez grunge’owe kapele stały konkretne wydarzenia. Heroinowe statystyki już znamy. Dotyczą one także muzyków. Oczywiście znów jako ikona gatunku przypomina się Cobain. Ale jego heroinowe samobójstwo to na scenie Seattle tylko epizod.

heroina zabrała gitarzystkę kapeli 7 Year Bitch Stephanie Sargent. W swoim domu w Seattle tragicznie przedawkowała też pierwsza basistka Hole Kristen Pfaff. Narkotyk zabił frontmana Mother Love Bone Andrew Wooda. Potem wokalistę Alice In Chains Layne’a Staleya oraz pierwszego basistę tej grupy Mike’a Starra. A to tylko ci najbardziej znani. To miasto zabija też w inny sposób. W 1993 r. cała lokalna scena przeżyła wstrząs, gdy podczas powrotu z koncertu zgwałcona, a potem zamordowana została wokalistka The Gits Mia Zapata.

Chriss Cornell: "Życie, które prowadzimy, i tak zawsze kończy się śmiercią"


No i jest oczywiście jeszcze Soundgarden. Chriss Cornell był kapitalnym rockowym krzykaczem, a jego koledzy mieszali kapitalne rockowe riffy z awangardowymi gitarowymi brzmieniami w taki sposób, że już tylko to wystarczyłoby, aby doskoczyć do pierwszej ligi gatunku. Ale są jeszcze teksty. Oczywiście ikoniczne „Black Hole Sun”. Ale nie tylko. – Życie, które prowadzimy, i tak zawsze kończy się śmiercią – śpiewał Cornell w „The Day I Tried To Live”. – Czegokolwiek się bałem, stało się rzeczywistością, z czymkolwiek walczyłem, teraz jest moim życiem – opowiadał w „Fell On Black Days”. – Wyglądam jak Kalifornia, czuję się jak Minnesota – kapitalną metaforą opisywał w „Outshined” emocjonalne górki i dołki, których doświadczał przez całe lata. To, rzecz jasna, żadna poezja. Zresztą sam Chris podkreślał, że jego słowa nie mają ambicji literackich – chciał nimi raczej, jak sam mawiał, „malować odpowiednie emocjonalne pejzaże”. Zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy widać, co to za emocje. Może i nie jest to jeszcze kronika zapowiedzianej śmierci. Ale codzienna relacja z duszącej przez lata depresji już tak.

Tej samej depresji, która najprawdopodobniej ostatecznie pchnęła Cornella do tego, co stało się w hotelowym pokoju w Detroit.
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Brazylijski narkobandyta nr 1 złapany po 30 latach poszukiwań
Maciej Stasiński

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]

Największego brazylijskiego handlarza narkotyków, skazanego zaocznie na 50 lat, złapano po 30 latach poszukiwań. Zarządzał imperium obejmującym rynek w Sao Paulo, Rio de Janeiro i krajach ościennych, ponadto eksportował narkotyki do USA i Europy.
Luiza Carlosa da Rocha złapano w miasteczku Sorriso w stanie Mato Grosso w ramach wielkiej operacji, w której brało udział 150 policjantów z elitarnych oddziałów policji federalnej walczących z przestępczością zorganizowaną.

Siwogłowy hodowca

Narkobandyta, znany pod pseudonimem „Siwogłowy”, miał fałszywe papiery na nazwisko Vitor Luiz de Moraes i niczego się nie spodziewał, bo poddał się kilku operacjom plastycznym, które zmieniły jego fizjonomię. Policja nie dawała jednak za wygraną i ścigała go przez lata w oparciu o kolejne zdjęcia i portrety pamięciowe, udało się jej w końcu go osaczyć. W obławie zajęto nieruchomości, domy, awionetki, auta pancerne i inne dobra na sumę ok. 10 mln dol. Cały majątek „Siwogłowego” rozproszony po Brazylii i Paragwaju, szacowany jest na ponad 100 mln dol.

Da Rocha był tym trudniejszy do wytropienia, że narkotykowe imperium udanie ukrywał za fasadą sieci firm rolno-spożywczych. Przez część roku mieszkał w sąsiednim Paragwaju, gdzie był znanym hodowcą bydła. Tam też, w miejscowości Pedro Juan Caballero, przy granicy brazylijsko-paragwajskiej, wiele lat temu przystąpił do spółki z gangiem narkotykowym dowodzonym przez innego legalnego biznesmena i rodaka Jorge Rafaata Tormouniego, który zginął zamordowany rok temu.

Obaj zaczynali od marihuany, ale prawdziwe kokosy zbijali na kokainie. Narkotykowa ośmiornica sięgała mackami do Boliwii, Peru i Kolumbii, gdzie w trudno dostępnych rejonach zawiadywała laboratoriami destylującymi kokainę z plantacji koki. Potem przez Wenezuelę szmuglowano ją małymi samolotami do posiadłości w północnych stanach Brazylii - jak szacuje policja, było to mniej więcej pięć ton miesięcznie. Stamtąd ludzie „Siwobrodego” przewozili jej część ciężarówkami do dwóch największych miast kraju, Sao Paulo i Rio de Janeiro, gdzie odsprzedawali ją gangom działającym głównie w dzielnicach nędzy, a część do atlantyckich portów, głównie Santosu, skąd wysyłali ją do USA i Europy.

Narkobandyta negocjator

Zaocznie da Rocha był już skazany na 50 lat za przemyt narkotyków, przynależność do gangów, pranie brudnych pieniędzy i inne zbrodnie. Teraz jest ścigany za dodatkowe 24 różne przestępstwa i w sumie grozi mu kolejne 20 lat odsiadki.

Operacja "Widmo", w której pojmano „Siwogłowego”, to największa obława policyjna na narkobandytów w Brazylii w ostatnich latach. Zdaniem policji da Rocha był jednym z największych narkotykowych bandziorów w całej Ameryce Południowej, ale w odróżnieniu od wielu innych przed nim unikał brutalności, ostentacji i rozgłosu, dbał o pozory legalnego i szanowanego przedsiębiorcy. Znany był w kręgach narkoszmuglerów i producentów jako zdolny dyplomata i negocjator, który wolał dobijać interesu z kamratami z innych organizacji za stołem, niż mordując wspólników albo konkurentów. Był to jeden z powodów, dla których policji tak trudno było zebrać dowody przeciw niemu.

Najtrudniejsza faza operacji przeciw „Siwogłowemu” zacznie się dopiero teraz i będzie polegać na rozmontowaniu jego kryminalnej sieci oraz odzyskaniu zgromadzonego majątku.
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Megaoszust zrobiony w balona. Jak dwaj Amerykanie znaleźli sposób na kasyna
Mariusz Zawadzki

Mężczyźni wykryli błąd w maszynie do pokera. Zgarnęli fortunę. Teraz sąd uznał, że nie można skazać ich za oszustwo. Opowieść o wielkim oszuście, którego wyrolował zwykły szary obywatel, zawsze krzepi.

Coś takiego przydarzyło się w Las Vegas - dwaj pokerzyści wyrolowali wielkie kasyna, zostali przyłapani, ale pozostaną bezkarni, bowiem sąd właśnie orzekł, że zrobili to zgodnie z przepisami.

Zanim opowiemy ich historię, trzeba przedstawić jej negatywnych bohaterów. Kasyna w USA przynoszą rocznie około 60 mld dolarów zysku i w ostatnich 20 latach przeżywają ogromny boom.

Wystarczy wsiąść w samochód, by przegrać wszystko


Jeszcze ćwierć wieku temu były tylko dwa miejsca, gdzie Amerykanie mogli publicznie uprawiać hazard - Las Vegas na zachodzie kraju i Atlantic City na Wschodnim Wybrzeżu. Ale od początku lat 90. zakaz hazardu zniesiono - najpierw w indiańskich rezerwatach, gdzie zaczęły powstawać kasyna, a potem w kolejnych stanach.

Dlatego zmienił się model hazardu. Kiedyś wizyta w kasynie wiązała się z daleką podróżą (do Las Vegas lub Atlantic City) i większość Amerykanów mogła sobie na nią pozwolić raz w roku, maksymalnie kilka razy. Faktycznie była rzadką, szaloną przygodą - jak można oglądać na niektórych filmach przedstawiających romantyczną wizję hazardu. Dzisiaj, ponieważ sieć kasyn jest gęsta, miliony Amerykanów mogą odwiedzać je kilka razy w miesiącu albo nawet kilka razy w tygodniu. Wystarczy wsiąść w samochód, pojechać kilkadziesiąt mil, przegrać wszystko, co się ma, i wrócić do domu.

Dlatego znacznie łatwiej stać się nałogowym graczem niż kiedyś. A to właśnie nałogowcy przynoszą największe zyski. Właściciele kasyn utrzymują wprawdzie, że ich oferta skierowana jest głównie do tych, dla których podróż do kasyna jest przygodą i zabawą, a nie nałogiem rujnującym życie, ale to bzdura.

Niemal bezrozumnie wciskają jakieś przyciski


Z różnych badań wynika, że od 60 do 80 proc. zysków przynoszą kasynom automaty, do których klienci wrzucają żetony, a potem niemal bezrozumnie wciskają jakieś przyciski, licząc na to, że im się poszczęści i z automatu wysypie się góra żetonów. Im więcej w taki sposób grają, tym bardziej jest to bezsensowne.

Dlaczego? Otóż jeśli zagramy kilka razy w ruletkę, elektronicznego pokera czy jednorękiego bandytę, to możemy wygrać, bo to faktycznie gra losowa. Ale kiedy zagramy tysiąc razy, to kończy się ślepy los, a zaczyna się statystyka. Prawo wielkich liczb skazuje nas na nieuchronną porażkę - musimy przegrać, bo wszystkie automaty (i ruletka też) działają na takiej zasadzie, że dają minimalną przewagę kasynu, a nie graczom. Skądś musi brać się zysk.

Nałogowcy zawsze przegrywają. I to oni, jak pokazują wyżej wspomniane badania, przynoszą od 40 do 60 proc. zysków z automatów. A zatem - kasyna w USA od 15 do 30 mld dolarów rocznie zarabiają na ludziach chorych.

Co gorsza - w kasynie myślenie jest zabronione. Ludzie przyłapani na myśleniu są wyrzucani za drzwi.

Np. przy grze w oczko zachodzi taka prawidłowość, że im więcej zostało w talii dziesiątek i asów, tym bardziej rosną szanse gracza, a maleją szanse kasyna. Dlatego wytrawni gracze liczą karty - dzięki temu wiedzą, ile dobrych kart jest jeszcze nieodkrytych - i na tej podstawie podbijają stawkę albo pasują. Ale w Las Vegas jest to zakazane!

Sukces dwóch szarych graczy wyjątkowo krzepi


Za liczenie kart jest się wypraszanym z kasyna! I to z zakazem powrotu! Jeśli wyrzucony wróci, dzwonią po policję i uparty gracz jest aresztowany za bezprawne wkroczenie na teren prywatny. Gracze są zresztą wyrzucani nie tylko za liczenie kart w oczku, ale też jeśli za dużo wygrywają - bez wdawania się w analizy, jaka jest przyczyna ich niezwykłego szczęścia.

Wszystko to sprawia, że właściciele kasyn wyjątkowo irytują. Dlatego też sukces dwóch szarych graczy, w dodatku skazanych na klęskę nałogowców - wyjątkowo krzepi. Bohaterami są 55-letni John Kane i 42-letni Andre Nestor, którzy zostali aresztowani w lipcu 2009 roku za oszustwo. Odkryli oni mianowicie, że w popularnej w całej Ameryce maszynie do pokera (IGT Game King) jest zaprogramowany błąd - jeśli przycisnąć pewną skomplikowaną sekwencję przycisków, to pojawia się rozdanie, które było kilka kolejek wcześniej. Uzbrojeni w tę wiedzę (którą naturalnie z nikim się nie podzielili) wędrowali od kasyna do kasyna, wygrywając setki tysięcy dolarów.

Federalni prokuratorzy oskarżyli obu mężczyzn o komputerowe hakerstwo i pospolite oszustwo. Ale sędzia z Las Vegas, który zakończył proces w zeszłym tygodniu, orzekł, że gracze grali po prostu zgodnie z zasadami wyznaczonymi przez maszynę. Nigdzie nie jest napisane, że nie wolno wciskać pewnej konkretnej sekwencji przycisków. Ani też nie jest napisane, że jeśli maszyna niespodziewanie rozdaje karty tak samo jak wcześniej, to należy natychmiast przerwać grę i zgłosić, że chyba jest jakiś błąd w systemie.

Dla sędziego i dla uniewinnionych - duże brawa!
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Spokojnie, to tylko porno
Jakub Janiszewski

Opowieści o epidemii uzależnienia od porno są mocno przesadzone. Ale w interesie terapeutów. Dzień pobytu w amerykańskim ośrodku leczenia sekso- i pornoholizmu kosztuje średnio 677 dolarów. To potężny biznes.

- Czy wiesz, że pornografia może zmienić twój mózg? - czytam w niedawno wydanej po polsku książce "Pułapka porno" Wendy Maltz i właściwie nie wiem, jak odpowiedzieć na tak dramatycznie postawione pytanie. Owszem, domyślam się, że zmienia, tak samo jak wszystko, z czym się stykam, co mnie ekscytuje, interesuje lub podnieca. Mózg z tego, co słyszałem od neurobiologów, to organ niezwykle plastyczny, więc jeśli zapamiętałem, że istnieje ktoś taki jak aktor porno François Sagat, to musiały powstać połączenia neuronalne, które zapisały tę informację. I faktycznie - pornografia zmieniła mój mózg. Całe szczęście, bo bez zapamiętywania marny byłby mój los.

Jednak Wendy Maltz, amerykańskiej edukatorce seksualnej i terapeutce, nie spodobałyby się moje żarty. Jej zdaniem sprawa jest szalenie poważna, bo choć pornografia towarzyszy ludziom od tysiącleci, to jeszcze nigdy nie była tak łatwo dostępna jak dziś w zaciszu domowym za sprawą internetu. Szczerze mówiąc, nie znam się na historii porno aż tak dobrze, więc nie będę się spierać. Nie wiem, co było pornografią dla Sumerów, a co dla mieszkańców Jawy, domyślam się jedynie, że nie miało to nic wspólnego z filmem. To, co Wendy Maltz nazywa pornografią (czyli filmowanie i oglądanie czynności seksualnych innych ludzi), ma ponad wszelką wątpliwość życie krótkie.

Maltz wali z grubej rury. Mózgi osób namiętnie oglądających pornografię zalewają "takie substancje jak adrenalina, endorfiny i serotonina", zupełnie jakby to były jakieś nielegalne drinki, a nie produkowane przez sam układ nerwowy hormony. W konsekwencji - ciągnie Wendy - gospodarka dopaminowa (kolejny niepokojący termin) zostaje zaburzona, organizm nie nadąża z jej produkcją i masturbujący się nieszczęśnik staje się nieuchronnie turbonieszczęśnikiem. Dla Maltz nie ma żadnej różnicy między kokainą, heroiną, alkoholem i pornografią. Wszystko to niszczy ciało, zżera mózg, uniemożliwia tworzenie miłosnych relacji, a te, które jakimś cudem zaistnieją, nieodwracalnie niszczy. Kto się pornografią karmi, ten musi się od niej uzależnić - uważajcie dziewczynki i chłopcy. Koniec i kropka.

Kim jest seksoholik


Ubolewania Maltz nad pornoholikami zakleszczonymi w miłosnym uścisku z własnym laptopem wpisują się w szerszą, naukową dyskusję o tym, czy rzeczywiście mamy do czynienia z nową formą uzależnienia. I czy tak zwane kompulsywne zachowania seksualne rzeczywiście można nazywać "seksoholizmem".

Trzeba wyjaśnić problem natury leksykalnej. "Seksoholik" powszechnie kojarzy się z rekordzistą zaliczającym tysiące partnerów. Tak bywa, ale częściej pomocy terapeutycznej szukają tacy, którzy obsesyjnie się masturbują pod pornosy. To z ich blokadami i lękami spotykają się terapeuci, sprowadzając je do popularnego "seksoholizmu".

Tyle że problemy takich pacjentów w niczym nie przypominają choroby alkoholowej czy uzależnienia od heroiny. Mogą mieć, co prawda, otarcia narządów płciowych, ale raczej nie będą mieli zniszczonych organów wewnętrznych. Mogą się zmagać z poczuciem winy, ale mało prawdopodobne, by po masturbacyjnej sesji zabili kogoś, kierując samochodem. Mogą mieć problemy w relacji, ale trudno powiedzieć, na ile związane z samą pornografią i masturbacją. Zmagają się z lękiem, ale to jeszcze nie znaczy, że w ich układzie nerwowym zaszły te same zmiany, co u alkoholików czy heroinistów.

Na pewno? - zapyta ktoś czujny. Przecież niedawno było głośno o badaniach przeprowadzonych przez Valerie Voon, doktorantkę Uniwersytetu Cambridge. Obejrzała ona w rezonansie magnetycznym mózgi 19 mężczyzn, u których zdiagnozowano kompulsywne zachowania seksualne. Wyszło jej wyraźnie, że ich obraz przypominał to, co znano z badań nad uzależnieniami od kokainy. Oglądanie pornografii aktywowało ten sam region mózgu, który wykazywał patologiczną aktywność także u osób uzależnionych od narkotyków. W grupie kontrolnej reakcje na ten sam bodziec były słabsze.

Czy badanie dowodziło, że pornografia uzależnia? Nie. Czy miało taki cel? Nie. Czy pozwalało stwierdzić, że oglądanie porno prowadzi do patologicznych zmian w mózgu? Nie. Voon wyraźnie to podkreślała. Jej badanie było przyczynkiem do postawienia kolejnej tezy badawczej, mówiącej o tym, że być może kompulsje i uzależnienia są jakoś powiązane z aktywnością określonych ośrodków mózgowych. Ale jak powiązane? Tego Voon nie miała w planach ustalać. Nie szukała też odpowiedzi na pytanie, co tu jest przyczyną, a co skutkiem, nie zakładała, że aktywność określonych rejonów mózgu powoduje uzależnienie lub kompulsję. Ustaliła jedynie korelację. A to nie to samo co rozwikłanie całej zagadki.

Podobne są wnioski z badania przeprowadzonego przez Simone Kühn i Jürgena Gallinata z niemieckiego instytutu Maxa Plancka. Tu także użyto rezonansu. Mózgi mężczyzn oglądających pornografię również w tym badaniu wydały się patologicznie zmienione, ale to nijak nie pozwalało stwierdzić, czy stały się takie wskutek oglądania pornografii czy były odmienne już wcześniej, a poszukiwanie silnej ekscytacji to konsekwencja tych odmienności. Naukowcy wyraźnie zaznaczyli, że na podstawie ich badań nie da się ani obronić tezy o istnieniu sekso- lub pornoholizmu, ani jej zaprzeczyć.

Co ciekawe, Wendy Maltz z zachwytem skomentowała te doniesienia na swoim facebookowym profilu, widząc w nich oczywisty dowód na uzależniającą moc pornosów. Nie ona jedna, zresztą.

Zupełnie zapomniano o wcześniejszych badaniach Nicole Prause z Uniwersytetu Kalifornijskiego. Zamiast obserwować, które części mózgu odpowiadają na bodziec, próbowała ustalić, kiedy dochodzi do reakcji. Przebadała 40 osób szukających pomocy terapeutycznej, czując, że za dużo czasu poświęcają pornografii. Każdej pokazywano serię obrazów o różnym charakterze, od neutralnego do pornograficznego, równocześnie "nasłuchując" ich fal mózgowych elektroencefalografem.

Spodziewano się, że po ekspozycji na obraz seksualny wystąpi charakterystyczna, silna odpowiedź mózgu. Taka, jaka występowała u heroinistów, którym pokazano obrazki powiązane z ich nałogiem. Jednak w badanej grupie nic takiego nie zachodziło. Więc w końcu uzależnieni czy nie? Prause w rozmowie z magazynem "Time" stwierdziła, że być może całe to gadanie o uzależnieniu robi więcej złego niż dobrego, spychając ludzi ze specyficznymi kłopotami do kategorii porno-ćpunów. "Ale to wcale nie znaczy, że nie potrzebują pomocy" - zaznaczyła.

Zawsze jest czas na seks


Wydaje się, że gdy cały świat dyszy z niecierpliwości, oczekując prostej odpowiedzi na pytanie: "uzależnia czy nie uzależnia", naukowcy grzebią się w nieciekawych subtelnościach. A co gorsza, usiłują także wmówić porządnym ludziom, że na dobrą sprawę cała nasza wiedza o narkotykach jest mocno uproszczona. Dość powiedzieć, że z tych wszystkich, którzy piją dużo i często, uzależnia się jedynie 10 proc., i w dodatku nie wiadomo dlaczego. Za dużo pili czy też byli genetycznie podatni? Prof. Carlton Erickson, farmakolog i toksykolog z Uniwersytetu Arizony, sugeruje, że najpewniej obie odpowiedzi będą poprawne, trudno powiedzieć, która bardziej. Nauka o uzależnieniach wciąż ma wiele do odkrycia.

Tak samo jak psychologia i seksuologia, gdy przychodzi do rozmowy o pornografii. Podczas gdy jedni tak jak Wendy Maltz krzyczą, że szkodzi, inni stawiają tezę, że być może właśnie pomaga. Taką tezę upublicznili niedawno Peter Finn, badacz uzależnień z Indiana University, psycholog David Lay i wspomniana Nicole Prause. Ich zdaniem pornografia tworzy łatwe ujście dla erotycznego napięcia, oswaja z seksualnością i uwalnia od przymusu ryzykownego eksperymentowania. Niektórym taki erzac jest potrzebny. Co się zaś tyczy uzależnienia od porno i masturbacji, to należy je włożyć między bajki. Kompulsje seksualne, choć występują, są raczej rzadkością. Szacunki amerykańskie mówią o 0,6 proc. populacji kobiet i 0,8 proc. mężczyzn deklarujących, że ich zachowania seksualne utrudniają życie. Opowieści o epidemii należy uznać za przesadzone.

Skąd się właściwie wzięły? Cóż, tutaj nasi badacze pozostają bezlitośni. W swoim tekście zatytułowanym wymownie "Cesarz jest nagi: rewizja modelu » uzależnienia od pornografii «" opublikowanym w czasopiśmie "Current Sexual Health Reports" obwiniają środowisko terapeutyczne. Cena jednego dnia w przeciętnym amerykańskim ośrodku leczenia sekso- i pornoholizmu to 677 dolarów. Rekomendowany czas pobytu: od dziewięciu dni do dziewięciu miesięcy. Metody terapeutyczne: od psychoterapii po farmaceutyki stosowane w leczeniu alkoholizmu, depresji oraz bulimii i anoreksji. To potężny biznes znajdujący sojuszników w tradycyjnie niechętnych pornografii środowiskach religijnych i konserwatywnych.

Oglądajcie więc sobie spokojnie - mógłby ktoś podsumować. Może tak, a może nie. Choć na razie wiele wskazuje na to, że od oglądania pornografii nie wylądujemy na OIOM-ie, warto pamiętać, że to bajkowa fantazja. Pornotopia, w której pytanie: "która godzina?", zawsze prowadzi do odpowiedzi, że czas na seks. Nic się nie stanie, gdy się tam raz na jakiś czas zajrzy. Ale wyprowadzka na stałe nie ma większego sensu. W każdej fantazji można się zakochać. W tym wypadku chyba nie warto, nawet jeśli smoki opisywane przez Wendy Maltz tak naprawdę nie istnieją. To tylko porno. Nic więcej.
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Najlepsze skybary na świecie - must see dla osób kochających drapacze chmur, zapierające dech w piersiach widoki i drogie alkohole
Jakub Dobroszek

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]
Skybar Flair w Szanghaju

Na świecie jak grzyby po deszczu wyrastają nowe wieżowce, a wraz z nimi ekskluzywne skybary - specjalnie dla was wybraliśmy 10 najlepszych (naszym zdaniem) lokali na świecie.

BAR 54 (Nowy Jork)
Uważany jest za jeden z najlepszych cocktail barów w całym Nowym Jorku, co – biorąc pod uwagę naprawdę sporą konkurencję – jest dużym wyróżnieniem. Lokal mieści się na 54. piętrze znajdującego się przy samym Times Square hotelu Hyatt.

Oprócz znakomitych drinków bar oferuje oczywiście równie niezapomniane widoki – można stąd zobaczyć dużą część południowego Manhattanu, Chrysler Building i koryto rzeki Hudson.

SKYBAR FLAIR (Szanghaj)
Ten ekskluzywny lokal zajmuje 58. piętro znajdującej się w biznesowej dzielnicy Pudong IFC Tower, w której mieści się także pięciogwiazdkowy hotel należący do znanej sieci Ritz-Carlton. Flair dysponuje prawie 240 miejscami, a w ciepłe dni otwierany jest jeszcze taras, z którego rozciąga się bajeczny widok m.in. na charakterystyczną, ponad 460-metrową Oriental Pearl Tower czy nadrzeczną promenadę Bund.

Za wystrój wnętrza odpowiada japońskie studio Super Potato – zaprojektowano tu m.in. ornamenty stylizowane na typowe starochińskie budownictwo. Jeśli chodzi o menu, we Flair warto spróbować azjatyckich przystawek, do których świetnie pasują inspirowane Tajlandią egzotyczne drinki.

CE LA VI (Singapur)

Dawna kultowa Ku De Ta – od zaledwie kilku tygodni działa już pod nowym szyldem i po zmianie wystroju. Lokal zajmuje część najwyższej kondygnacji najbardziej znanego budynku w Singapurze - charakterystycznych trzech wież hotelu Marina Bay Sands. W bezpośrednim sąsiedztwie baru Ce La Vi znajduje się również restauracja oraz jeden z najsłynniejszych hotelowych basenów na świecie, z którego rozpościera się widok na całe centrum miasta. Sam skybar podzielony jest na dwie części: zamkniętą z barem i niedużym parkietem oraz otwarty taras, który – jak można się domyślić – cieszy się największą popularnością wśród odwiedzających.

Samo wejście do lokalu do godziny 21.00 jest darmowe. Później należy się liczyć z opłatą wysokości 20 dolarów singapurskich (to około 14,5 dolara amerykańskiego, ale panie wchodzą za darmo), w której zawarty jest drink lub piwo. Wysokie ceny rekompensuje fantastyczny widok.

OZONE (Hong Kong)

Aktualnie lokal ten dzierży zaszczytne miano najwyżej usytuowanego skybaru na świecie. Faktycznie, pod względem wysokości nie ma sobie równych – znajdujący się na 118. piętrze budynku, w którym mieści się m.in. hotel Ritz-Carlton, bar położony jest 480 metrów nad ziemią.

Widok z półotwartego tarasu naprawdę zapiera dech w piersiach – zatoka Wiktorii z tej wysokości wygląda niczym przeciętnej szerokości rzeka, a drapacze chmur na wyspie Hongkong przypominają bardziej makietę metropolii niż jedną z najważniejszych dzielnic finansowych świata. Duże wrażenie robi także sam wystrój lokalu, który zaprojektował znany japoński dekorator wnętrz Masamichi Katayama. Warto tu wpadać nie tylko wieczorami – Ozone to także popularne miejsce na niedzielny brunch.

AER (Mumbaj)
Rooftop bar umiejscowiony na najwyższej (34.) kondygnacji jednego z najbardziej ekskluzywnych hoteli w Mumbaju – Four Seasons. W przypadku tego lokalu z wizytą nie warto czekać aż do wieczora. Dlaczego? Ponieważ przed zachodem słońca można zobaczyć tu fantastyczną panoramę nie tylko nowocześniejszej części miasta, ale także wybrzeża Morza Arabskiego.

Poza tym pomiędzy 17.30 a 20.00 obowiązują tu happy hours, podczas których można zamówić szampana oraz wiele drinków w naprawdę atrakcyjnych cenach. Wieczorami w Aer odbywają się klubowe imprezy, na których wręcz roi się od gwiazd Bollywoodu!

1-ALTITUDE (Singapur)

Uchodzi za jeden z najdroższych adresów w Mieście Lwa. 1 Altitude (lub po prostu 1A, jak nazywają go sami Singapurczycy) to lokal zaliczany do ścisłej światowej czołówki najwyżej położonych barów. Znajduje się on na szczycie mierzącego ponad 280 metrów wysokości wieżowca One Raffles Place.

W 1 Altitude odbywają się również jedne z najbardziej obleganych weekendowych imprez, na które ściągają tłumy lokalnych „aspirujących” celebrytów i ekspatów. Atmosfera może jest tu trochę zbyt napuszona, ale widok jest w stanie wynagrodzić wszelkie niedogodności.

SKYE (Sao Paulo)

Największe miasto w dynamicznie rozwijającej się Brazylii również doczekało się wyjątkowego skybaru, który powstał na dachu ekskluzywnego hotelu Unique. Oryginalną, nieco ekscentryczną bryłę budynku zaprojektował znany brazylijski architekt – Ruy Ohtake, a za jego wystrój odpowiada Joao Armentano.

Ze znajdującego się na samej górze otwartego baru można podziwiać widok na wieżowce Sao Paulo oraz park Ibirapuera. Znajdziemy tu także podłużny czerwony basen. Co ciekawe, w Skye zjemy także śniadania – lokal czynny jest już od 7 rano.

SUGAR (Hong Kong)
Hongkong to miasto wieżowców – sporo ich nie tylko w finansowo-biznesowej dzielnicy Central, ale także w innych częściach wyspy Hongkong oraz półwyspu Koulun. Szacuje się, że w całym mieście znajduje się łącznie ponad 2 tys. budynków o wysokości przekraczającej 100 metrów. Dlatego też nie dziwi wcale to, że można znaleźć tu wiele skybarów – jednym z najlepszych jest Sugar.

Ten otwarty bar z fantastycznym widokiem na Victoria Harbour i zatokę Koulun usytuowany jest na 32. piętrze jednego z wieżowców we wschodniej części wyspy. Oprócz szerokiego wyboru drinków i win można tu także zjeść wiele smacznych przekąsek z różnych części globu – od specjałów azjatyckich po śródziemnomorskie. Warto tu przyjść w tygodniu pomiędzy 17.00 a 19.00 – w tym czasie wiele koktajli serwowanych jest w bardzo atrakcyjnych cenach!

SKYBAR (Kuala Lumpur)

Wielokrotnie honorowany nagrodą dla najlepszego baru w całej Malezji. Wcale nas to nie dziwi. Znajdujący się na 33. piętrze ekskluzywnego hotelu Traders lokal oferuje fantastyczny widok na nowoczesną część Kuala Lumpur, szczególnie na umiejscowione dokładnie naprzeciwko 450-metrowe wieże Petronas Twin Towers.

SkyBar to aktualnie najmodniejsze miejsce na zabawę w KL, szczególnie podczas weekendów, kiedy odbywają się tu przeróżne imprezy. Szeroki wybór alkoholi, prawdziwe francuskie szampany... i basen!

SIROCCO (Bangkok)

Ten lokal to raczej typowy rooftop bar – zajmuje on bowiem dach (63. kondygnacja) jednego z najwyższych wieżowców w stolicy Tajlandii – State Tower. Sirocco otwarty został zimą 2003 roku, a za projekt jego wnętrz odpowiada jedna z najlepszych pracowni architektonicznych w całej Azji – Design Worldwide Partnership.

Bar może się pochwalić nie tylko fantastycznym widokiem na centrum Bangkoku, ale także wspaniałą kuchnią, którą dowodzi pochodzący z Hiszpanii Gonzalo Ruiz. Swoim gościom w Tajlandii serwuje on przede wszystkim przysmaki kuchni śródziemnomorskiej. To właśnie w Sirocco odbyło się najwyżej usytuowane na świecie przyjęcie sylwestrowe na świeżym powietrzu!


[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]
Skybar Petronas Twin Towers (Kuala Lumpur)
Rejestracja: 2017
  • 2 / / 0


jestes dziennikarzem?
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Gierszał jako były narkoman w "Najlepszym". Jest zwiastun nowego filmu twórcy "Bogów"

http://www.filmweb.pl/video/zwiastun/nr+1-43728

http://www.filmweb.pl/video/relacja+wid ... o%22-42939

Film Łukasza Palkowskiego to oparta na faktach historia o narkomanie, który został mistrzem świata w triathlonie. W "Najlepszym" zagrają także Magdalena Cielecka, Janusz Gajos i Tomasz Kot.

Reżyser "Bogów" ponownie inspiruje się życiorysem niezwykłej osoby. Łukasz Palkowski opowie historię polskiego sportowca, któremu mimo uzależnienia od heroiny, udało się zostać mistrzem świata w triathlonie.

Fabuła "Najlepszego"


Najnowszy film reżysera “Bogów” to opowieść o życiu Jerzego Górskiego - triathlonisty, który w 1990 roku zdobył mistrzostwo świata w podwójnym triathlonie, osiągając rekordowy wynik. Zanim mu się to udało, musiał walczyć także o własne życie. Sportowiec zmagał się z uzależnieniem od narkotyków i przeżył stratę bliskiej osoby. Mimo wielu przeciwności udało mu się stanąć na nogi i zachwycić cały świat.

Najnowszy film Palkowskiego opowiada o przyjaźni


Jerzy Górski nie stałby się mistrzem świata w triathlonie, gdyby nie przyjaźń z Markiem Kotańskim. Panowie poznali się w 1984 roku, kiedy Górski był silnie uzależniony od heroiny. Ważył wtedy 49 kg i wypalał 100 papierosów dziennie. Na swoje szczęście spotkał Kotańskiego, który wysłał go do placówki Monaru we Wrocławiu.

Tam też sport stał się częścią jego terapii uzależnienia – nikt nie mógł wtedy nawet przypuszczać, że dzięki wspólnym porannym biegom ten pacjent osiągnie w życiu tak wiele. Dzięki leczeniu w Monarze wymienił uzależnienie od narkotyków na uzależnienie od sportu - a to doprowadziło go na szczyt.

4 lata po zakończeniu leczenia wystartował w biegu Western States Endurance Run, nazywanym "Biegiem śmierci". To znaczy, że za jednym razem przebiegł 161 km - co więcej, temperatura osiągała wtedy nawet 53 stopnie Celsjusza. Ukończył ten morderczy bieg w 28 godzin, 5 minut i 22 sekund. A to był dopiero początek jego dokonań. Żeby poznać dokładniej jego historię, naprawdę warto będzie obejrzeć film Łukasza Palkowskiego "Najlepszy".

Kto zagra w "Najlepszym"? Obsada robi wrażenie

W rolę Jerzego Górskiego wcieli się Jakub Gierszał, a Marka Kotańskiego zagra Janusz Gajos. W obsadzie "Najlepszego" pojawią się także: Magdalena Cielecka, Tomasz Kot, Mateusz Kościukiewicz, Adam Woronowicz, Artur Żmijewski, Anna Próchniak, Kamila Kamińska i Szymon Warszawski.

Autorem zdjęć do "Najlepszego" jest Piotr Sobociński Junior, którego za "Wołyń" otrzymał nagrodę na 41. Festiwalu Filmowym w Gdyni.

"Najlepszy" - premiera


Najnowszy film Palkowskiego został zakwalifikowany do Konkursu Głównego 42. Festiwalu Filmowego w Gdyni. W kinach będziemy mogli obejrzeć go już 17 listopada.
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Barry Seal, król przemytu i pilot Pabla Escobara
Piotr Nehring

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]
Barry Seal i jego syn Dean sfotografowani w samolocie ok. 1985 r. Seal z racji tuszy nazywany był przez swoich kolumbijskich zleceniodawców El Gordo, czyli 'Gruby

Barry Seal był dla kolumbijskiego kartelu i Pabla Escobara cennym nabytkiem, bo nie dość, że świetnie znał się na samolotach, to jeszcze umiał omijać amerykańskie radary i dzięki najrozmaitszym sztuczkom unikał zasadzek.

Jednak o tym, że transportowiec Fairchild C-123 Provider zabrał z Managui do Stanów Zjednoczonych 1200 kg kokainy, jako pierwszy poinformował już 17 lipca 1984 r. „Washington Post”, który dostał przeciek z administracji Reagana. W następnych dniach ta wiadomość była głównym tematem w mediach.

Prezent dla prezydenta

19 lipca 1979 r. władzę w Nikaragui, biednym środkowoamerykańskim państwie graniczącym na północy z Hondurasem, a na południu z Kostaryką, przejął lewicowy Front Wyzwolenia Narodowego imienia Sandina. Po trwającej lata wojnie partyzanckiej sandiniści obalili prawicowego dyktatora Anastasia Somozę. 15 miesięcy później, w listopadzie 1980 r., wybory w USA wygrał Ronald Reagan, który nie krył, że zamierza prowadzić twardą politykę wobec Kremla, a zwłaszcza wobec uprawianego przez Sowietów „eksportu rewolucji”.

Niedługo po inauguracji w styczniu 1981 r. Reagan potępił sandinistów jako marksistów i zarządził wspieranie finansowe prawicowej partyzantki nikaraguańskiej Contras (od contrarevolucionarios, czyli kontrrewolucjoniści). W 1982 i 1984 r. Kongres zakazał jednak jej finansowania, czym – jak się później okazało – administracja Reagana niezbyt się przejęła.

Rząd sandinistów we współpracy z kolumbijskimi handlarzami narkotyków zbudował ostatnio nowy pas startowy oraz hangar na potrzeby przemytników kokainy – informował 18 lipca 1984 r. „New York Times”, cytując złożone pod przysięgą oświadczenie agenta Ernesta Jacobsona z United States Drug Enforcement Administration, czyli rządowej agencji ds. zwalczania narkotyków znanej jako DEA. Według Jacobsona niejaki Federico Vaughan, doradca ministra spraw wewnętrznych Nikaragui, działał ręka w rękę z informatorem DEA i agencja ma dowody na to, że zarówno szef sandinowskiego ministerstwa spraw wewnętrznych Tomás Borge, jak i minister obrony Humberto Ortega byli bezpośrednio zaangażowani w kokainową kontrabandę. Humberto Ortega to brat Daniela Ortegi, przywódcy sandinistów oraz prezydenta tego kraju w latach 1985-90 i od 2007 do dziś.

Oświadczenie Jacobsona trafiło do sądu federalnego w Miami jako dowód w sprawie przeciwko trzem mieszkańcom tego miasta oskarżonym o przemyt narkotyków – wspomnianemu Vaughanowi i dwóm Kolumbijczykom: Pablowi Escobarowi oraz Jorgemu Luisowi Ochoi, przywódcom kartelu z Medellin.

Oświadczenie Jacobsona – relacjonował nowojorski dziennik – to efekt trwającego cztery miesiące tajnego śledztwa. Jego ukoronowaniem stało się przechwycenie kokainy przywiezionej 25 czerwca 1984 r. z Managui przez pilota kartelu z Medellin, a jednocześnie informatora DEA. Tego też dnia zrobiono zdjęcia Escobara pomagającego ładować kokainę do transportowca.
barry.jpg


Awiator

Adler Berriman Seal przyszedł na świat 16 lipca 1939 r. w Baton Rouge, stolicy stanu Luizjana. Jego ojciec, członek Ku Klux Klanu, zajmował się hurtowym handlem słodyczami. Natomiast syn musiał od dzieciństwa pasjonować się awiacją, skoro w 1952 r. jako 13-latek zapisał się do nowoorleańskiego oddziału Civil Air Patrol, organizacji non profit szkolącej pilotów, którzy jako ochotnicy wspierali zawodowych ratowników powietrznych, wykonując loty poszukiwawcze. W CAP młody Seal zdobył licencję pilota i poznał pewnego niepozornego rówieśnika, którym był Lee Harvey Oswald, przyszły zabójca prezydenta Johna Kennedy’ego.

Jak można wyczytać w NNDB, internetowej bazie danych o znanych ludziach, możliwe, że już w Civil Air Patrol Seal zwąchał się z Centralną Agencją Wywiadowczą. Pewniejsze wiadomości na ten temat pochodzą z 1962 r., kiedy to wstąpił do Special Forces Reserve, czyli sił rezerwowych armii amerykańskiej. Niedługo później został sfotografowany w klubie nocnym w Meksyku z Porterem Gossem, wówczas młodym funkcjonariuszem, a w latach 2004-06 dyrektorem CIA, oraz członkami grupy Operation Forty. Tworzyli ją kubańscy emigranci, którzy mimo klęski ich towarzyszy w czasie inwazji w Zatoce Świń (17-19 kwietnia 1961 r.), mającej doprowadzić do obalenia Fidela Castro, nadal zamierzali z nim walczyć. Zapewne obecność Seala w tym gronie brała się stąd, że jako 19-latek latał na Kubę z bronią dla partyzantów Castro. Ponoć uważał się wówczas za marksistę.

1 maja 1963 r. niespełna 24-letni pilot trafił do 20th Special Forces Group, jednostki powietrznodesantowej działającej w ramach Gwardii Narodowej wspierającej regularną armię. Po wyjściu z wojska w 1964 r. został przyjęty do Trans World Airlines, które tak jak Pan Am stanowiły niegdyś jedną z wizytówek Ameryki. Został tam najmłodszym pilotem czterosilnikowego boeinga 707, a następnie zasiadł za sterami boeinga 747.

Jego kariera w barwach tego szacownego przewoźnika trwała 10 lat. Tosh Plumlee z Operation Forty twierdził, że w tym czasie Seal dorabiał w CIA, wykonując loty w Laosie i Wietnamie, a jego pracodawcą miał być Ted Shackley – w latach 1966-68 szef placówki agencji w Laosie, a następnie w Sajgonie. I, co pewnie ciekawsze w tej historii, na początku lat 60. jako kierownik placówki CIA w Miami odegrał niemałą rolę w operacjach przeciwko reżimowi Castro.

W 1972 r. Barry Seal został aresztowany w Nowym Orleanie i postawiono mu zarzut, że drogą powietrzną zamierzał przewieźć siedem ton materiału wybuchowego C-4, któremu można nadać niemal każdy kształt i wszędzie go wepchnąć. Odbiorcami mieli być rezydujący w Meksyku przeciwnicy Fidela Castro. Seal padł ofiarą prowokacji, ponieważ człowiek, który złożył mu tę intratną propozycję, okazał się agentem federalnym. Mimo poważnych zarzutów nie został z miejsca wyrzucony z TWA – stało się to dopiero w 1974 r. W tymże roku sędzia zamknął sprawę Seala, uznając, że dowody przeciw niemu są niewiarygodne.

Niedługo potem lotnik wziął się do szmuglu narkotyków. W grudniu 1979 r. wpadł w Gwatemali z 40 kg kokainy wartymi podobno 25 mln dol., co kosztowało go dziewięć miesięcy odsiadki w miejscowym więzieniu. Poznał tam Williama Rogera Reevesa, który od 1981 r. zaczął kierować operacjami kartelu z Medellin w Nowym Orleanie. Wkrótce i Seal znalazł się na liście płac Kolumbijczyków i do marca 1984 r. wykonał ponad sto lotów, przywożąc do USA kokainę wartą od 3 do 5 mld dol. Okazał się cennym nabytkiem, bo nie dość, że świetnie znał się na samolotach, to jeszcze umiał omijać amerykańskie radary i dzięki najrozmaitszym sztuczkom unikał zasadzek DEA. Barry zorganizował kartelowi flotę powietrzną, której piloci używali radiostacji szyfrujących rozmowy i korzystali z sieci tajnych lądowisk w USA. Był niezawodny, ale żądał, by nie wtrącać się w jego operacje przemytnicze.

Mistrzowie przemytu

Carlos Lehder, syn niemieckiego inżyniera i kolumbijskiej nauczycielki, przyszedł na świat w 1949 r. Jego rodzina handlowała w Medellin używanymi samochodami i młody Carlos również wszedł w ten biznes, z tym że zajął się przemycaniem kradzionych aut przez granicę amerykańsko-kanadyjską. Przemycał też narkotyki. Skończyło się więzieniem Danbury w stanie Connecticut, gdzie Lehder zakolegował się z niejakim George’em Jungiem, hipisem i przemytnikiem marihuany. W więzieniu zaczęli planować utworzenie wielkiego kartelu zaopatrującego Amerykę w kokainę. Kolumbijczyk miał odpowiadać za dostawy, Amerykanin – za dystrybucję. O Danbury nie bez powodu mówiło się, że to więzienie „białych kołnierzyków”, co Lehder chętnie wykorzystał, ucząc się od osadzonych tam finansistów sztuki prowadzenia biznesu.

Już na wolności Jung i Lehder polecieli na karaibską wyspę Antigua, skąd przywieźli kilka kilogramów kokainy. Towarzyszyły im piękne kobiety, a oni wyglądali na biznesmenów wracających z wakacji, więc celnicy nie grzebali im w walizkach. Za zarobione pieniądze kupili pierwszą awionetkę i wynajęli dobrego pilota. kokainę przywozili z Bahamów i odnosili coraz większe sukcesy.

W Kolumbii Lehder poznał braci Ochoa – Jorgego Luisa, Juana i Fabia, młodych arystokratów z rodziny ziemiańskiej, trudniących się przemytem kokainy i dobrze notowanych w świecie polityki oraz wielkich interesów. W Kolumbii zawsze popularnym biznesem był przemyt. Ten sposób zarobkowania nie uchodził tu za szczególny dyshonor, raczej za dowód sprytu – pisze Łukasz Czeszumski, autor książki o kolumbijskich kartelach narkotykowych. Czarny rynek szmaragdów, diamentów i złota z Wenezueli, marihuany i wszelkich innych towarów był olbrzymi i koncentrował się w Medellin. Przemytnicy wywodzili się z wszelkich grup społecznych i ras (...).

Bracia Ochoa doskonale się rozumieli z Lehderem i zgodzili się zarządzać operacjami powstałego w 1976 r. kartelu na miejscu, w Medellin.

Kolejną wielką postacią kartelu stał się Pablo Escobar, rocznik 1949, zbir, dla którego zabicie człowieka znaczyło tyle co nic i który zanim ukończył 20 lat, miał już swój gang. Lehder poznał go w połowie lat 70. jako pomniejszego handlarza kokainy, złodzieja samochodów i gangstera. Czy mógł przypuszczać, że Pablo zdominuje kartel, a jego samego pośle do amerykańskiego więzienia, w którym siedzi do dziś?

Propozycja z Managui

Tranquilandia to nazwa kompleksu 19 laboratoriów ukrytych w dżungli na południu Kolumbii, w których wytwarzano kokainę. Pablo Escobar, bracia Ochoa oraz kolejny przywódca kartelu z Medellin José Gacha, nazywany „Meksykaninem”, wyłożyli na nie na początku lat 80. 10 mln dol. Zwróciły się po tysiąckroć.

Do Tranquilandii można się było dostać tylko drogą powietrzną i właśnie z lotu ptaka ujrzeli ją piloci zwiadu lotniczego. Wiedzieli, gdzie mają szukać kompleksu, ponieważ agentom DEA udało się podsunąć kartelowi partię potrzebnych do produkcji kokainy chemikaliów i w części beczek zamontowali lokalizatory satelitarne. Tranquilandia została zniszczona 10 marca 1984 r. na polecenie władz kolumbijskich, które współpracowały już wtedy nie z handlarzami narkotyków, lecz z Amerykanami.

Kartel przerzucił więc produkcję do pojedynczych laboratoriów rozrzuconych po dżungli, ale Pablo Escobar tak się wściekł z powodu Tranquilandii, że wydał wyrok śmierci na Larę Bonillę, kolumbijskiego ministra sprawiedliwości, który zatwierdził operację likwidacji kompleksu. Zginął 30 kwietnia 1984 r., a jego śmierć przypieczętowała koniec symbiozy państwa i kartelu, co z kolei zmusiło baronów narkotykowych do poszukiwania nowej bazy przerzutowej. Escobar, bracia Ochoa i „Meksykanin” polecieli do Panamy rządzonej przez ponurego dyktatora Manuela Noriegę, z którym od dawna prowadzili interesy. Jednak bojący się bardziej Amerykanów niż kartelu Noriega nie tylko się z nimi nie spotkał, ale też kazał im przekazać, że to koniec współpracy.

I w tym niewesołym dla przybyszy z Medellin momencie zgłosili się do nich sandiniści, którzy rozpaczliwie potrzebowali pieniędzy. W zamian za stworzenie w Nikaragui tajnego pomostu do przewozu narkotyków do Stanów rządzący w Managui marksiści mieli dostawać dolę. Pablo Escobar i jego wspólnicy dogadali się z Nikaraguańczykami i polecili Barry’emu Sealowi, by przyleciał do Managui po pierwszą partię kokainy.

Zdrajca musi umrzeć

Nie wiedzieli jednego: w marcu 1984 r. na lotnisku w Fort Lauderdale, niecałe 50 km na północ od Miami, Barry Seal został przyskrzyniony z partią metakwalonu, wycofanego w wielu krajach środka spowalniającego pracę serca, oraz dużą ilością pieniędzy z narkotyków przeznaczonych do wyprania. Groziło mu 10 lat odsiadki, postanowił więc przejść na stronę sił prawa i porządku. Kłopot polegał na tym, że DEA z Florydy nie była zainteresowana propozycją złożoną przez Seala.

Pilot jednak się nie poddawał, zdołał dotrzeć do wiceprezydenta George’a H.W. Busha, który w latach 1976-77 był szefem CIA, a teraz m.in. nadzorował pracę dwóch prezydenckich grup roboczych zajmujących się zwalczaniem narkotykowej kontrabandy. Barry Seal spotkał się z dwoma pracownikami jednej z tych grup i opowiedział im o układzie sandinistów z kartelem. Taka informacja musiała zainteresować Reagana, któremu sandiniści byli solą w oku; prezydent obawiał się, że na zachodniej półkuli pojawi się kolejny reżim powiązany z Moskwą.

Przed lotem do Managui w czerwcu 1984 r. w należącym do Seala transportowcu C-123 agenci DEA zainstalowali aparaty, które sfotografowały ładowanie paczek z kokainą przez nikaraguańskich żołnierzy i pomagającego im w tym radosnego Escobara. To właśnie zrobionymi wówczas zdjęciami Reagan wymachiwał później przed kamerami, oskarżając sandinistów o udział w przemycie narkotyków i niszczenie życia młodym Amerykanom. Sandiniści, tak jak wcześniej Noriega, woleli uniknąć amerykańskiej interwencji i wycofali się ze współpracy z kartelem z Medellin, a sędzia z Fort Lauderdale zawarł z Sealem umowę i odstąpił od jego skazania.

Tymczasem pilot, który na narkotykowej kontrabandzie zarobił miliony, ani myślał rezygnować z przemytu i w grudniu 1984 r. wpadł ponownie, tym razem w Luizjanie, na przewożeniu marihuany. Sędzia Frank Pozola był niezadowolony, że musi respektować ustalenia zawarte z Sealem przez swego kolegę z Fort Lauderdale, a wszystko, co mógł zrobić, to wlepić przemytnikowi symboliczną karę: sześciomiesięczny okres próbny, w trakcie którego od godziny 18 do 6 rano miał pracować społecznie w ośrodku Armii Zbawienia w rodzinnym Baton Rouge.

Barry Seal nie skorzystał z programu ochrony świadków, czyli możliwości otrzymania nowej tożsamości i „nowego życia”, choć wiedział, że Pablo Escobar zdrady nie wybacza. Zapewne liczył, że jego siepacze nie znajdą go w Ameryce. Zginął trafiony w głowę i w pierś 19 lutego 1986 r. około godziny 18, kiedy parkował swojego białego cadillaca przed budynkiem Armii Zbawienia.

Dwa tygodnie po zabójstwie w odręcznym liście prokurator generalny stanu Luizjana William Guste zwrócił się do prokuratora generalnego USA Edwina Meese’a z pytaniem, dlaczego człowiek, który przed prezydencką komisją ds. przestępczości zorganizowanej ujawnił tyle informacji o przemytnikach narkotyków, nie był odpowiednio chroniony.

Nie wiadomo, co odpowiedział Meese i czy w ogóle odpowiedział. Wiadomo natomiast, że siedem miesięcy później, 5 października 1986 r., sandiniści zestrzelili transportowiec C-123 z bronią dla contrasów. Był to dawny samolot Seala, a katastrofę jako jedyny przeżył Eugene Hasenfus, który wyskoczył ze spadochronem i przyznał, że za tą operacją stoi CIA. W taki sposób na światło dzienne wyszła afera Iran-Contras polegająca na tym, że w zamian za pomoc Iranu w uwolnieniu siedmiu amerykańskich zakładników siedzących w niewoli Hezbollahu w Libanie Teheran będzie mógł kupić od Amerykanów rakiety przeciwczołgowe i przeciwlotnicze. Uzyskane w ten sposób pieniądze szły na pomoc dla contrasów, a dostawy odbywały się od lipca 1985 r. do października 1986 r. Oznacza to, że administracja Reagana złamała embargo na sprzedaż broni Iranowi oraz nie podporządkowała się decyzji Kongresu o niewspieraniu Contras.



Korzystałem m.in. z artykułów Joela Brinkleya „U.S. Accuses Managua of Role in Cocaine Traffic”, „New York Times” z 19 lipca 1984 , Toma Aswella „Barry Seal Murder in Baton Rouge 25 Years Ago Helped Expose Iran-Contra Debacle”, „Louisiana Voice” z 14 lutego 2011, informacji o Barrym Sealu z bazy danych NNDB i książki Łukasza Czeszumskiego „Biały szlak. Reportaże ze świata wojny kokainowej”, Gdańsk 2015
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Posty: 2066 Strona 204 z 207
Wróć do „Substancje psychoaktywne”
Na czacie siedzi 56 uczestników Wejdź na czata

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość