Artykuły o dragach

Luźne dyskusje na tematy związane z substancjami psychoaktywnymi

Moderator: Wszyscy moderatorzy

Posty: 2066 Strona 203 z 207
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Saga o ludziach pięści. Szczecinianie atakują czarne rynki Norwegii
Adam Zadworny

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]

Wieki temu berserkowie, czyli najwaleczniejsi z wikingów, podbijali Słowian. Dzisiaj berserkowie z Polski podbijają Norwegię jako dystrybutorzy nielegalnego alkoholu i narkotyków.
Poniemieckie kamienice przy ul. Kolumba w Szczecinie wyrastają wprost z Odry. Tej okolicy nigdy nie remontowano. Nad bramą nr 5 nie ma żadnego szyldu, choć działa tu największy klub MMA w Polsce, z którego wywodzą się mistrzowie świata i Europy w mieszanych sztukach walki.

Największą gwiazdą Berserker’s Team jest wielokrotny mistrz walk wszelkich Michał Materla, który przed kilkoma dniami po siedmiu miesiącach spędzonych w areszcie wyszedł na wolność. Poznańska prokuratura zarzuca mu udział w gangu przemycającym kokainę z Aruby i haszysz z Azji oraz handlującym na wielką skalę nielegalnymi papierosami.

Według policjantów zajmujących się przestępczością zorganizowaną klub z ulicy Kolumba ma podskórne życie – jest kuźnią wojowników przestępczego podziemia.

Przez zaniedbane podwórko wchodzę do oficyny. Na pierwszym piętrze, w wielkiej sali ćwiczy 20 mężczyzn w różnym wieku. Większość ma za sobą zawodowe walki. Trwa rozgrzewka. Jeden z ćwiczących chłopaków, „Sztanga”, puszcza gangsterski rap.

Niektórych ciągnie do szamba


Berserker to nieznający bólu ani strachu nordycki wojownik. Według germańskiej mitologii nie ma siły, która mogłaby go powstrzymać. Berserkowie samookaleczali się, aby zwiększyć swoją wściekłość, i walczyli bez zbroi, by wzbudzić we wrogu większy strach.

Nazwę Berserker’s Team wymyślił Piotr Bagiński, z którym rozmawiam na sali treningowej. To wielokrotny medalista Polski oraz zagranicznych turniejów w jiu-jitsu, startował też w mieszanych walkach. Jak twierdzi, nazwa teamu „miała odzwierciedlać zapał i wolę walki zawodników ze Szczecina”.

W tym roku po raz drugi w historii klubu Berserker’s Team został drużynowym mistrzem Europy w submission fighting ADCC. Ale Bagiński wie, że chcę z nim rozmawiać nie o sukcesach sportowych, lecz „podskórnym życiu".

– Niech pan spojrzy, nie ćwiczą tu gangsterzy, tylko normalni ludzie – mówi. – Cały przekrój społeczny. Przychodzą do nas adwokaci, jest strażak, wpadają na trening biznesmeni. Są też chłopaki pracujące fizycznie.

– Nie pytam o normalnych ludzi, tylko berserkerków – mówię. – Czy, jak pan woli, gang sportowców.

– Wszędzie są tacy, którzy dokonują w życiu złych wyborów – odpowiada Bagiński. – Niektórych ciągnie do szamba. Z niektórymi o tym rozmawiam. Jedni słuchają, inni nie.

Wojownicy i tajniacy


Berserkowie stanowili elitę wojowników, więc możni zabiegali, aby mieć ich na swoich usługach. Np. norweski król Harald I Pięknowłosy (przełom IX i X w.) miał gwardię przyboczną złożoną z berserków.

Dzisiaj o wojowników szczecińskiego MMA też zabiegają niektórzy ludzie z pieniędzmi.

– Chodzi nie tylko o sportowe emocje i blichtr w kuluarach gali Konfrontacji Sztuk Walki – mówi oficer szczecińskiego CBŚP. – Wojownicy MMA mają wpływy w półświatku i posłuch na mieście. Mogą zapewnić poczucie bezpieczeństwa ludziom z pieniędzmi, którzy zostają ich sponsorami. Czasami to szemrani biznesmeni.

Jest tajemnicą poliszynela, że gwiazda Berserker’s Team Michał Materla współpracował z biznesmenem z branży paliwowej, którym od lat interesuje się policja. Obu panów zarejestrował przed dwoma laty uliczny monitoring. Widać spotkanie dwóch grup mężczyzn. Wśród nich są Czeczeni powiązani z gangami, sponsor Materli, a także mężczyzna mający niegdyś kontakty z gangami samochodowymi i wreszcie sam mistrz MMA. Po krótkiej wymianie zdań Materla uderza jednego z mężczyzn w twarz. Chwilę potem zostaje zaatakowany nożem. Ranny sportowiec pojechał wtedy do szpitala. Nie chciał jednak obciążać swoich adwersarzy. Mimo to dzięki monitoringowi sprawa bójki wpłynęła do sądu i dla kilku uczestników zakończyła się wyrokiem.

– Ja nie pytam chłopaków, co robią po godzinach – tłumaczy Bagiński.

Ale przyznaje, że siedziba jego klubu jest regularnie obserwowana przez tajniaków.

Sznyt i styl kosztują


W okresach pokoju oraz chrystianizacji terenów nordyckich berserkowie byli wyrzutkami żyjącymi z rabunków i grabieży. Niektórzy stali się najemnikami. O tym, jak to się odbywa dzisiaj, opowiada trzydziestolatek, również trenujący, mający kontakty na mieście i tajniaków z CBŚP na karku.

– Pamiętaj, że w MMA nikt nie bada dopingu – mówi. – Miesięczna dawka sterydów i innych prochów może kosztować nawet 3 tys. Sznyt i styl życia, których należy się trzymać, też kosztuje. Ze stania na bramce dyskoteki na to wszystko nie zarobisz. Pewnego dnia dzwoni znajomy i proponuje: „Musimy ściągnąć kasę od jednego frajera, który się nie rozliczył. Będziesz tylko stał i robił wrażenie”. Wpadają pierwsze łatwe pieniądze. W końcu przychodzą zlecenia od ekip.

Grupy przestępcze zlecają sportowcom udział w wymuszeniach, pobiciach. W Szczecinie mówi się, że zdeprawowanym wojownikom MMA znudziła się już praca dla innych, więc kilka lat temu stworzyli własny gang. Połączyły ich krew i pot przelewane na treningach oraz chęć zarobienia większych pieniędzy. Mówią o nich „sportowcy” albo „gang sportowców”. Napakowani, wytatuowani. Łysi albo podgoleni jak siedemnastowieczna szlachta. Niektórzy z brodami. Nie mają ścisłego kierownictwa, lecz kilku liderów. Przez kilka ostatnich lat nikt w mieście im nie podskoczył. Kontrolowali bramki w szczecińskich lokalach, zapewniali ochronę, odbierali długi. W czasie porachunków zakładali kominiarki.

W aktach śledztw dotyczących działalności „sportowców” i opowieściach z przestępczego podziemia przewijają się nazwiska ludzi związanych z klubem z Berserker’s Team. Dlatego w Szczecinie niektórzy zaczęli nazywać ich berserkami. Liderzy Berserker’s Team przekonują jednak, że to krzywdzące dla ich klubu uproszczenie i nie są żadną wylęgarnią gangsterów.

– Czy istnienie korupcji w piłce nożnej obciąża wszystkich piłkarzy i ich kluby? – pytał Robert Siedziako, rzecznik Berserker’s Team.

Bagiński: – Przychodzili kiedyś do nas na treningi policyjni antyterroryści. Ale ich „góra” im tego zakazała i przestali przychodzić. Nie wiem dlaczego.

Norweskie gangi z Azji, Afryki i Szczecina

Według niektórych źródeł wiking przeistaczał się w berserka poprzez spożycie wywaru z grzybów, np. Muchomorów czerwonych.

Berserkom-bandytom w głowach miesza się od anabolików i kokainy (mocniej uzależnieni palą białą damę, a nie wciągają nosem).

– Dla naszych bandytów nie ma lepszego rynku narkotykowego od Norwegii – mówi oficer policji. – Tam pizza w przeliczeniu na złotówki kosztuje 300 zł. Mniej więcej tyle samo na ulicy kosztuje tam gram marihuany, który u nas można kupić w hurcie za kilkanaście zeta.

Z rozpoznania policji wynika, że „sportowcy” sami wzięli się za interesy, które kiedyś chronili. Zaczęli od przemytu piwa. Po wpadce kilku transportów wzięli się za mocny alkohol, bo z tego są większe pieniądze. Jeszcze większe z marihuany. Po „trawie” przerzucili się na amfetaminę.

– W Norwegii nawet zwykli Polacy pracujący na budowach dorabiali sobie drobnym przemytem i handlem – opowiada szczecinianin od lat żyjący z alkoholu. – Nagle pojawili się szczecińscy „sportowcy”, którzy mieli ambicję kontrolowania wszystkich polskich interesów. Opornych tłukli. Wielu „singli” musiało od tej pory dla nich pracować.

Problem z „berserkami” w Norwegii stał się na tyle poważny, że oficerowie szczecińskiego CBŚP regularnie wyjeżdżają do tego kraju. Z ich relacji wynika, że tamtejsze służby od lat mają na oku „gang sportowców”, ale nie notują większych sukcesów śledczych. W Oslo traktuje się ich tak samo poważnie jak grupy przestępcze z Azji i Afryki.

Pokłócili się i ktoś sypie


Jakiś czas temu „sportowcy” pokłócili się o pieniądze i podzielili na dwie części. To oni według policji stoją za krwawą wojną w szczecińskim półświatku, w ramach której w ubiegłym roku od ciosu maczetą zginął bokser Krzysztof S. „Skorupa”.

Tomasz K. „Skarface”, człowiek, któremu prokuratura przypisuje tę zbrodnię, dwukrotnie wcześniej uciekł z rąk norweskiej policji. W końcu złapano go i w ramach ekstradycji przewieziono do Szczecina.

Inny wątek: brat zabitego „Skorupy” Jacek S. jest jednym z podejrzanych w śledztwie Prokuratury Krajowej w sprawie przemytu narkotyków do Skandynawii. Wielu poszło za kraty, bo ktoś sypie. Reszta na ten temat jest tajna – prokurator Aldona Lema z wydziału walczącego z gangami nie zdradza żadnych informacji.

Jak ćwiczyć w kiciu

Według przekazów jeden berserker mógł walczyć z wieloma przeciwnikami i położyć wszystkich trupem.

W grudniu 2016 r. po jednego Michała Materlę przyszło kilkunastu antyterrorystów. W domu, w którym poza nim była żona i małe dziecko, użyli granatów hukowych. W kilku województwach zatrzymano wtedy 21 osób podejrzewanych o udział w szczecińskim gangu, w akcji wzięło udział w sumie około 300 funkcjonariuszy. Ciekawostka: początkiem tej sprawy była ekshumacja zwłok kuriera narkotykowego zmarłego w lutym 2012 r. Na sekcji zwłok w żołądku i jelicie wykryto 12 pakietów z płynną kokainą.

Materla – mistrz MMA z Berserker’s Team – siedział w pojedynczej celi, nosił pomarańczowy drelich. Trenował w celi trzy razy dziennie i – jak mówił dziennikarzom jego adwokat – traktował areszt jako obóz sportowy o zaostrzonym rygorze. Wyszedł na wolność za kaucją 150 tys. zł.

– To nie jest nagroda za przyznanie się do winy czy też za współpracę z prokuraturą, bo mój klient do winy się nie przyznaje i nie współpracuje – mówi obrońca sportowca adwokat Jakub Łysakowski. – Stoimy na stanowisku, że zarzuty stawiane w tej sprawie Michałowi Materli są bezpodstawne.

Sam sportowiec obwieścił, że w najbliższym czasie wraca na matę. Chce napisać książkę o sposobach ćwiczenia tężyzny pod celą. Potrzebuje zarobku, bo prokuratorskie zarzuty sprawiły, że stracił sponsorów, którzy nie chcą być wiązani z gangsterką. Sprawa uderza też wizerunkowo w klub.

– Trudno. My i tak stoimy za Michałem murem – mówi Bagiński.
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Legalizacja marihuany. Czy Europa pójdzie drogą USA?
Monika Rębała

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]
Już teraz medyczna marihuana produkowana w Holandii kosztuje 50 zł za gram. Tyle ile dobrej jakości towar od dilera (Fot. Seth Perlman/AP)

Francuzi chcą zmienić prawo, by posiadanie marihuany nie było już karane więzieniem. Katalończycy wprowadzili regulacje dotyczące klubów uprawy konopi. Czy marihuana będzie legalna w Europie?
Zmiana prawa była wyborczą obietnicą prezydenta Emmanuela Macrona. Prace nad ustawą zapowiedział już w maju minister spraw wewnętrznych Gérard Collomb.

– W ubiegłym roku 180 tys. osób złamało prawo zakazujące posiadania narkotyków. Średnio każda z tych spraw zajęła policji sześć godzin. Czy system jest efektywny? Nie. Trzeba go takim uczynić, by policja mogła się zająć istotniejszymi sprawami – mówił rzecznik rządu Christophe Castaner.

Zgodnie z obowiązującym wciąż prawem za posiadanie nawet niewielkiej ilości trawki grozi do roku więzienia i grzywna w wysokości blisko 4 tys. euro. Jeśli nowe regulacje wejdą w życie, posiadanie marihuany nadal jednak będzie przestępstwem.

Kluby uprawy konopi

Z kolei w środę parlament Katalonii wprowadził regulacje dotyczące tzw. klubów uprawy konopi. W ciągu roku taki klub będzie mógł wyprodukować do 150 kg marihuany, a jego członkowie, co najmniej 21-letni, będą mogli kupić do 60 gramów miesięcznie.

Kluby działają trochę jak spółdzielnie: członkowie uprawiają konopie razem, a zbiory dzielą później między siebie. W Hiszpanii uprawa marihuany na własny użytek nie jest karalna, klubowicze wychodzą więc z założenia, że jeśli jedna osoba może uprawiać jedną roślinę, to 10 osób może już ich mieć 10. Aby uniknąć zarzutów o handel narkotykami, organizacje działają na podstawie umów, mają też określoną liczbę członków i wpisowe. W kraju działa ich 700-800.

W ubiegłym roku stany Kalifornia, Massachusetts, Maine i Nevada w Stanach Zjednoczonych zalegalizowały marihuanę. Wcześniej zrobiły to Alaska, Kolorado i Waszyngton. Podobnie zamierza zrobić Kanada. Czy Europa pójdzie w podobnym kierunku?

Według najnowszego raportu Europejskiego Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii (EMCDDA) produkty na bazie konopi indyjskich (marihuana i haszysz) mają największy udział w rynku niedozwolonych środków odurzających w Europie (38 proc.), a ich szacunkowa sprzedaż detaliczna osiągnęła wartość 9,3 mld euro. W ciągu ostatniego roku po marihuanę sięgnęło 23,5 mln Europejczyków w wieku 15-64 lata. W dużej mierze trawka pochodziła z produkcji krajowych.

marihuana lecznicza

Francuzi palą ją najczęściej spośród Europejczyków. Z opublikowanego kilka dni temu raportu Obserwatorium ds. Narkotyków i Uzależnień (OFDT) wynika, że 5 mln (w wieku 11-64 lat) spróbowało jej w ostatnim roku, a 700 tys. pali codziennie. Dziennik „Le Monde” jakiś czas temu donosił, że coraz popularniejsza jest uprawa marihuany w mieszkaniach, na balkonach i w przydomowych ogródkach, a nawet inwestowanie w nieruchomości tylko po to, by później móc ją w nich uprawiać. Jak wyliczyli dziennikarze, zbiory z 10 m kw. mogą przynieść zysk nawet 50 tys. euro rocznie. Dorabiają w ten sposób nawet emeryci.

Według OFDT Francuzi palą , by się zrelaksować i ze względów społecznych. Jednak nie tylko. W tegorocznym badaniu po raz pierwszy uwzględniono także osoby w wieku 65-75 lat i okazało się, że 0,2 proc. z nich paliło trawkę głównie ze względów medycznych. Bóle głowy, padaczka, problemy z zasypianiem i pamięcią, ADHD, choroba Alzheimera – to najpopularniejsze dolegliwości, na które ma pomagać marihuana. We Francji legalne jest sprzedawanie produktów leczniczych na bazie konopi. Muszą one jednak być najpierw dopuszczone do obrotu przez państwowe urzędy. Lecznicza marihuana jest dostępna także m.in. we Włoszech, Chorwacji i Hiszpanii.

W Polsce Senat właśnie poparł ustawę o leczniczej marihuanie. Produkty z konopi mają być dostępne na receptę, ale sprowadzane z zagranicy, a nie wytwarzane w kraju.

Pełna legalizacja


Z raportu Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) opublikowanego w połowie lat 90. wynika, że zażywanie trawki jest mniej szkodliwe od alkoholu i tytoniu. Te fragmenty raportu nie zostały upublicznione. Sprawę ujawnił później magazyn „New Scientist”.

Zwolennicy całkowitej legalizacji marihuany mają nadzieję, że udostępnienie jej do celów leczniczych pomoże im w walce. Od lat przekonują również, że wojna z narkotykami to fikcja. Według wyliczeń Europejskiego Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii (EMCDDA) większość osób oskarżanych o posiadanie marihuany nigdy nie trafia do więzienia albo otrzymuje wyroki niższe niż kary zawarte w kodeksach.

Paradoksalnie spożycie marihuany w Holandii, gdzie można bez większego problemu zaopatrzyć się w jointy w legalnym coffee shopie, jest niższe niż np. we Francji, Chorwacji czy Włoszech.

Oprócz tego państwo zyskałoby na opodatkowaniu marihuany. „Le Monde” opublikował jakiś czas temu raport think tanku Terra Nova (powiązanego z lewicą) na temat skutków legalizacji marihuany. Według jego autorów najlepszym rozwiązaniem byłby państwowy monopol. Dzięki temu urzędnicy mogliby kontrolować cenę trawki i tym samym mieć wpływ na jej konsumpcję. Ponadto dzięki kontrolowanej sprzedaży marihuany powstałoby 13 tys. nowych miejsc pracy i znikły koszty ścigania dilerów oraz palaczy. Do budżetu państwa trafiałoby ok. 1,8 mld euro rocznie. Mało jednak prawdopodobne, by francuski rząd zdecydował się na legalizację marihuany.

Według niedawnego sondażu Opinion Way opublikowanego w gazecie „20 Minutes” tylko 48 proc. osób w wieku 18-30 lat jest za legalizacją marihuany, a 28 proc. – za depenalizacją. Według raportu OFDT 78 proc. jest przeciwnych, by marihuanę sprzedawano w podobny sposób jak alkohol i papierosy.

„Używanie przetworów konopi w dalszym ciągu wiąże się z problemami zdrowotnymi i odpowiada za największy odsetek rejestrowanych osób rozpoczynających leczenie uzależnienia od narkotyków w Europie” – czytamy w raporcie EMCDDA.

Organizatorzy imprez opisują najdziwniejsze sposoby szmuglowania na nie narkotyków

Jeśli jest jakaś zasada, która nagminnie łamana jest we wszystkich klubach, barach i na festiwalach muzycznych, z pewnością będzie nią ta dotycząca narkotyków i zakazu i ich wnoszenia...

Narkotyk produkują jak bioetanol. Bakterie "GMO" wydalają psylocybinę

Psychiatrzy próbują od niedawna wykorzystać ją do leczenia ludzkiej duszy. A teraz bioinżynierowie znaleźli się o krok od masowej produkcji zawierającego ją leku. Zmusili bowiem żywe organizmy do wydalania tej pobudzającej psychikę substancji, i to na nieznaną dotąd w przyrodzie skalę.
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Dlaczego Filipińczycy wciąż kochają swego prezydenta, choć ma na sumieniu tysiące ofiar?
Maria Kruczkowska

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]
Filipiński prezydent oczyszcza kraj z narkotyków przy pomocy szwadronów śmierci. Świat oskarża Rodrigo Duterte o niezliczone zbrodnie, ale on wciąż gra mu na nosie.

Szwadrony śmierci najczęściej operują nocą. W slumsach stolicy, Manili, uzbrojeni motocykliści pojawiają się nagle, strzelają i znikają. Rano znajdowane są ciała, przy których ktoś umieścił kartkę ze słowem „diler”. Wśród zabitych są handlarze narkotyków – drobni, bo grube ryby kampania omija – ale też ich klienci i przypadkowe ofiary, również dzieci. W pozasądowych egzekucjach, które zaczęły się w lipcu 2016 r., gdy Duterte wygrał wybory prezydenckie, zginęło już ponad siedem tysięcy ludzi.

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]
Filipiński prezydent oczyszcza kraj z narkotyków przy pomocy szwadronów śmierci Zeke Jacobs / Zeke Jacobs/Sipa USA/East News

W swoim ostatnim raporcie Amnesty International nazywa to „wojną z biedotą”. Jednak prości Filipińczycy nadal kochają Duterte. Silny ich poparciem populistyczny prezydent może grać światu na nosie.

Filipiny potrzebują takich jak Duterte

Ten fenomen spróbował wyjaśnić wydawany w Hongkongu „South China Morning Post”. Dziennikarze gazety rozmawiali w Manili z 28-letnim muzykiem i didżejem Justinem Quirino. Nienawidzi on przemocy, uważa też, że bogaci powinni się dzielić z biednymi. A zarazem obnosi się z poparciem dla Duterte. – Nie jest doskonały – przyznaje. – Jednak ten kraj potrzebuje takich jak on.

Quirino jest absolwentem szkoły biznesu i mówi płynnie po angielsku. Śledzi zachodnie media, które poświęcają sporo miejsca filipińskiej „wojnie z narkotykami”. – Kiedy dowiaduję się o śmierci tych ludzi, jestem poruszony, ale sądzę, że takiej przemocy nie da się uniknąć, gdy chodzi o władzę, a w dodatku gdy w walkę są zamieszane gangi narkotykowe – tłumaczy.

W tym kraju od zawsze bezwstydnie łamie się prawo


Swój sukces Duterte zawdzięcza też zmęczeniu tradycyjnymi elitami. Na Filipinach, kraju tysięcy wysp, rządzą plantatorskie dynastie, często z rodowodem z czasów kolonialnych.

– Znaczna część poparcia dla obecnego prezydenta wynika z prostego odrzucenia tego, co było wcześniej – mówi analityk Ramon Casiple, dyrektor manilskiego think tanku. – W tym kraju od zawsze łamie się bezwstydnie prawo i nikt lub niewielu ponosi za cokolwiek odpowiedzialność.

Benigno Aquino, poprzednik Duterte, był chwalony przez Bank Światowy i MFW, bo postawił gospodarkę na nogi. Jednak zwykli Filipińczycy nie czuli poprawy, nadal doskwierały im korupcja i przestępczość.

Duterte (w mediach zyskał przydomek „Punisher”) ma silne poparcie na Mindanao, drugiej co do wielkości wyspie, na której działa kilka armii partyzanckich. Podoba się też filipińskiej emigracji zarobkowej, która wysyła pieniądze do kraju i martwi się, by dzieci, które dorastają pod nieobecność rodziców, nie wpadły w narkotykowy nałóg.

W czasie kampanii wyborczej obiecał, że ukróci handel narkotykami; zapowiadał, że „wypełni Zatokę Manilską ciałami dilerów”. Niektórzy zwolennicy prezydenta usprawiedliwiają go, mówiąc, że morderstw nie dokonują jego szwadrony śmierci, tylko same gangi, prowadząc między sobą porachunki. Inni uważają, że główne media związane z elitami, które przegrały wybory, celowo przesadzają w opisie przemocy, by obalić Duterte.

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]
Świat oskarża Rodrigo Duterte o zbrodnie, śmierć ponad siedmiu tysięcy ludzi, ale wielu Filipińczykom działania populistycznego przywódcy się podobają (AP Photo/Aaron Favila)

Prezydent przeklina i przeprasza. I to się podoba


W swoim wrześniowym raporcie o łamaniu praw człowieka na Filipinach Parlament Europejski wezwał władze do położenia kresu zabójstwom pozasądowym.

– Przeczytałam potępienie UE. A ja im na to mówię sp... – odparował prezydent.

„Prezydent Duterte publicznie ogłosił, że nie będzie ścigał policjantów i ochotników, którzy zabijają dilerów stawiających opór” – cytuje jego słowa raport.

Gdy w marcu znowu podniosły się w UE głosy krytykujące go za zamiar przywrócenia kary śmierci, zagroził: – Wszystkich was powywieszam! – choć nie wiadomo, kogo miał na myśli.

– Błazny, s...syny, przestańcie się mieszać do naszych spraw! – grzmiał prezydent. – Nikt wam tego nie mówi, więc zrobię to ja: jesteście durniami.

Na Filipinach, gdzie wciąż żywe są kompleksy z czasów kolonialnych – bo krajem rządziła najpierw Hiszpania, potem Stany Zjednoczone – taki mocny język się podoba. Choć zdaniem innych Duterte idzie za daleko, gdy obraża wielkich tego świata.

Impulsywny prezydent, który lubi się porównywać do Donalda Trumpa, przeprasza, a potem znów robi to samo. Przywódca największego kraju katolickiego w Azji nie wahał się nazwać papieża Franciszka „skur...”, bo podczas jego pielgrzymki Manila się zakorkowała. Potem przeprosił go listownie. Przeprosił też Baracka Obamę, którego wcześniej wysyłał do piekła.

Oddalił się od USA, zbliżył do Chin


W lutym pozbył się swojej głównej przeciwniczki, byłej minister sprawiedliwości Leili de Lima, która potem zasiadała w senacie. Usłużny sędzia kazał ją aresztować pod absurdalnymi zarzutami, że będąc w rządzie Aquino, kierowała siatką rozprowadzającą narkotyki. Parlament Europejski uznał je za „niemal całkowicie sfabrykowane”.

De Lima, która za kratkami czeka na proces, to najgłośniejsza oponentka Duterte w kraju. Stała na czele parlamentarnej komisji mającej zbadać oskarżenia o morderstwa pozasądowe.

Autorka wideo w obronie Duterte „Co sprawia, że de Lima jest tak specjalna?”, blogerka Sass Rogando Sasot (Filipinka studiująca w Holandii) to ważny głos sympatyków prezydenta w sieci. Zaznacza, że ważne są dla niej takie wartości jak równość i wolność, ale popiera Duterte ze względu na jego dar przywódczy i umiejętności zarządzania kryzysem. Podoba jej się też to, że oddalił się od USA, a zbliżył do Chin. Prezydent kraju, który był do niedawna wiernym sojusznikiem Waszyngtonu, wkrótce po wyborze pojechał do Pekinu i podpisał tam miliardowe kontrakty.

– Duterte to przywódca, który ma w d... to, co myślą o nim inni – powiedziała Sasot „South China Morning Post”.

Paradoksem jest, że prezydenta, który afiszuje się jako macho i mówi, że cudzołóstwo jest w porządku, popiera właśnie ona, aktywistka społeczności LGBT.

Z silnym człowiekiem jest bezpieczniej

Duterte usprawiedliwia brutalne metody argumentem, że toczy się gra o przetrwanie kraju, który padł ofiarą inwazji gangów. Niektórzy jego zwolennicy, prosząc o anonimowość, przyznają, że sami czasami palą marihuanę czy biorą ecstasy. Zastrzegają się, że nie tykają amfetaminy (na Filipinach zwanej shabu).

– To rak toczący nasze społeczeństwo – mówi Nick, którego brat odsiaduje karę za przestępstwo związane z narkotykami, a niektórzy jego koledzy po prostu zniknęli. Choć boi się, że zostali zabici, nadal popiera Duterte.

– Czujemy się teraz bardziej bezpiecznie – zapewnia Nick.

W ponad 100-milionowych Filipinach problem amfetaminy nie jest większy niż w Australii czy USA – uważają specjaliści. Jednak tamtejsze społeczeństwa ufają swoim instytucjom, sądom, policji i opiece społecznej. Natomiast w krajach, gdzie te nie działają, ludzie zwracają się ku silnej władzy i akceptują jej przemoc.

– Mamy tutaj wszystkie składniki populizmu – mówi Carlos H. Conde z Human Rights Watch na Filipinach. – To dekady dysfunkcjonalnych instytucji politycznych, sięgających dyktatury Ferdynanda Marcosa (1965-86), korupcja na każdym szczeblu państwa, powszechne ubóstwo i zbrodnia.

Jego zdaniem Filipiny to podręcznikowy przykład sięgania po brutalne metody walki z problemem społecznym, jakim są narkotyki. Historia pokazała jednak, że w Ameryce Łacińskiej, gdzie również działały antynarkotykowe szwadrony śmierci, nie udało się zwalczyć ani narkomanii, ani handlu narkotykami. HRW, która nie wątpi, że za zabójstwa odpowiada Duterte, apeluje do ONZ o wszczęcie dochodzenia.

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]
Szwadrony śmierci najczęściej operują nocą Zeke Jacobs / Zeke Jacobs/Sipa USA/East News

W manilskim barze karaoke marynarz Richie Macalisang, którego statek niedługo odpływa do USA, mówi, że nie zgadza się z obrońcami praw człowieka.

– Przestępcy używają takich organizacji jako tarczy – tłumaczy dziennikarzowi „South China Morning Post” mężczyzna, który na przegubie nosi bransoletkę z wygrawerowanym nazwiskiem Duterte. A o potencjalnych ofiarach szwadronów śmierci ma tyle do powiedzenia, że zostały ostrzeżone i – jeśli chcą uniknąć tragicznego końca – mogą się oddać w ręce policji.
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Urugwaj wprowadza legalną marihuanę. Kto się zarejestruje, może hodować sześć krzaczków
Maciej Stasiński

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]
Uczestnicy piątej edycji dorocznej imprezy Cannabis Cup testują i wybierają najlepszą marihuanę. Montevideo, 16 lipca 2016 r. (AP Photo / Matilde Campodonico)

Od lipca Urugwajczycy mogą kupować marihuanę w kilkudziesięciu wyznaczonych aptekach. Wart 30 mln dol. czarny rynek trawki skazany jest na uwiąd.

Wierny swej reputacji kraju oświeconego, liberalnego i tolerancyjnego Urugwaj jako pierwszy kraj na świecie legalizuje uprawę, obrót i spożycie marihuany pod kontrolą państwa.

Społeczną kampanię oswajania obywateli z tymi planami rozpoczął pięć lat temu rząd ówczesnego prezydenta socjalisty Jose Mujiki.

Dowiedziono naukowo i wyjaśniono narodowi, że utrzymywanie marihuany na liście zabronionych narkotyków (zgodnie z obowiązującą od pół wieku doktryną ONZ) nie zmniejsza jej spożycia, ale wyłącznie napędza czarny rynek wraz ze zorganizowaną przestępczością, przemocą, przemytem oraz zgubnymi skutkami zdrowotnymi zażywania środka fałszowanego bądź doprawianego chemikaliami.

Przełomowa ustawa została uchwalona trzy lata temu, a z początkiem lipca tego roku – po dopięciu na ostatni guzik procedur prawnych – rewolucja ruszyła.



Każdy może posadzić sześć krzaczków. Ale zarejestrowanych


Uprawiać legalnie konopie indyjskie na własny użytek może teraz każdy pełnoletni Urugwajczyk, pod warunkiem że się zarejestruje. Domowych plantatorów jest dziś ok. 7 tys. Każdy może posadzić sześć krzaczków i zbierać rocznie nie więcej niż 480 gramów z jednego.

Legalne są także kluby konsumentów liczące do 50 członków, które będą mogły uprawiać lub zlecać uprawę plantatorom – do 99 krzewów. Owi członkowie mogą palić marihuanę jedynie w klubach.

Zaś dwaj przemysłowi producenci, także licencjonowani przez państwo, będą ją dostarczali na rynek (ok. 2 ton każdy), czyli do kilkudziesięciu wyznaczonych aptek. Tam mogą ją kupować wszyscy obywatele.

Każdy chętny powinien zarejestrować się na poczcie, gdzie – zostawiwszy odciski palców i dane osobowe – dostanie znaczek, który w aptece posłuży mu za legitymację do kupna marihuany. Dzięki temu apteka będzie kontrolowała wielkość spożycia, nie znając jednak tożsamości klienta.

Dozwolona porcja marihuany wynosi 40 g miesięcznie na osobę. Jej cena jest o wiele niższa od dotychczasowej czarnorynkowej – gram kosztuje 1,3 dol.

Nie ma mowy o turystyce narkotykowej


Pierwszego dnia na pocztach zarejestrowało się 539 osób. Baza danych konsumentów pozostanie w urzędzie pocztowym, ale będzie tajna. Tylko apteki będą mogły zasięgnąć w niej informacji.

Prawo do uprawy, obrotu, sprzedaży i kupna przysługuje wyłącznie obywatelom Urugwaju. Żeby wyeliminować turystykę narkotykową, wyłączeni zostają obcokrajowcy i turyści. Bowiem we wszystkich krajach ościennych marihuana jest nielegalna. By zmniejszyć ryzyko przemytu, wyhodowana w państwowych laboratoriach urugwajska marihuana jest odmianą o wysokiej czystości i szczególnych cechach genetycznych, które pozwolą ją zidentyfikować.

Zakazane są reklama i publiczne palenie. Za produkcję i handel bez zezwolenia grozi od 20 miesięcy do dziesięciu lat więzienia.

To koniec „czarnych” upraw?


Wprowadzeniu legalnej marihuany towarzyszyła publiczna kampania prewencyjna i profilaktyczna o skutkach jej spożywania lub nadużywania, zwłaszcza przez dzieci i młodzież.

Nowemu prawu nie sprzeciwił się także prezydent Tabare Vazquez (następca Mujiki od 1 marca 2015 r.), z zawodu lekarz; ale nie chciał się zgodzić na jej powszechną dostępność w aptekach. Uległ jednak argumentom zwolenników ustawy i, przede wszystkim, opinii publicznej, której znakomita większość poparła legalizację.

Dziś zażywa marihuanę ok. 120-160 tys. spośród 3 mln Urugwajczyków. Ponad dwie trzecie konsumentów kupuje ją nielegalnie. Uprawia ją blisko 50 tys. osób, także w większości nielegalnie. Szacuje się, że 'czarne' uprawy oraz pokątny rynek teraz szybko się skurczą, bo do aptek i klubów trafi z legalnych źródeł znacznie lepsza, czyli czystsza i tańsza

Postępowy Urugwaj


Urugwaj jest po raz kolejny pionierem liberalnych i świeckich przemian cywilizacyjnych na zachodniej półkuli, a w Ameryce Łacińskiej w szczególności. Pierwszy zniósł niewolnictwo, już w 1971 r. ogłosił się konstytucyjnym państwem świeckim ze świeckim powszechnym szkolnictwem. W 1913 r. jako pierwszy ustanowił rozwody z inicjatywy kobiet, a w 1927 r. przyznał im prawa wyborcze. Kilka lat temu zalegalizował aborcję i związki jednopłciowe.
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Dwóch protestantów i Bóg. Tomasz Piątek rozmawia z psychoterapeutą uzależnień

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,2164 ... oplay=true

- Pan Bóg jest dżentelmenem - mówi Patrycjusz Kosuń o swojej drodze do chrześcijaństwa. Co znaczy wiara dla psychoterapeuty i zdrowiejącego uzależnionego narkomana - mówi w przededniu święta Zmartwychwstania gość Tomasz Piątka.
Całość rozmowy o nałogu, grzechu i chrześcijaństwie do przeczytania:


Psychoterapeuta Patrycjusz Kosuń: Nie wyobrażałem sobie dnia bez narkotyków. Moje zdrowienie zaczęło się, gdy zaprosiłem Boga
WYWIAD Tomasz Piątek
Spoiler:
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Nancy Colier, amerykańska psychoterapeutka: Nowe technologie są jak heroina. Uzależnienie od smartfona staje się wyzwaniem dla terapeutów
WYWIAD Beata Chomątowska


Im intensywniej korzystamy z nowych technologii, tym bardziej zaczyna nam ciążyć własne ja. Kiedy jesteśmy przez cały czas dostępni dla świata zewnętrznego, zatracamy umiejętność przebywania w teraźniejszości i "tylko z samym sobą". Rozmowa z Nancy Colier.


BEATA CHOMĄTOWSKA: „Wszyscy jesteśmy narkomanami, nowe technologie uzależniają tak samo jak heroina” – pisze pani w książce „The Power of Off”. Czy to nie przesada?

NANCY COLIER: Nie ma wątpliwości, że stan, w którym się jest nieustanne podłączonym, ma wszystkie symptomy tradycyjnego uzależnienia. Przede wszystkim, podobnie jak po alkoholu czy narkotykach, w mózgu uwalnia się dopamina, neuroprzekaźnik nazywany hormonem szczęścia, który odpowiada za nasze poczucie przyjemności. Jeśli nieustannie aplikujemy sobie ten wyzwalacz, z powodu nagłej przerwy w dostawie doświadczamy skutków ubocznych jak po odstawieniu substancji narkotycznej. Obraz mózgu osoby pochłoniętej polowaniem na okazje w sklepach internetowych przypomina mózg heroinisty po wstrzyknięciu działki.

Tak jak w przypadku innych uzależnień nie jest łatwo z tego zrezygnować, odciąć się od sieci z dnia na dzień, choć przecież wiemy, że nałóg wpływa negatywnie na nasze życie społeczne, zdolność koncentracji, pracę twórczą, a nawet zdrowie. Dlatego chowamy się w toalecie, żeby sprawdzić wiadomości na smartfonie.

Czy widziała pani reakcje współczesnego człowieka, który odkrywa, że wychodząc do pracy, zapomniał smartfona? Biega dookoła niczym lunatyk, histeryzuje. Jedna z moich pacjentek czuła się w tej sytuacji tak nieswojo, że wzięła wolne i wróciła do domu. Gdzieś na głębszym poziomie zdajemy sobie sprawę, że coś jest z nami nie tak, ale nie potrafimy tego zwerbalizować. Powiem więcej: to uzależnienie jest groźniejsze od innych i staje się sporym wyzwaniem dla terapeutów.

Dlaczego?
– Tradycyjne nałogi wykluczały nas ze społeczeństwa. Jakkolwiek byśmy je ukrywali, w którymś momencie musieliśmy się zmierzyć z ostracyzmem. Tu jest odwrotnie: nowe technologie sugerują, że jeśli będziemy z nimi za pan brat, tym mocniej zwiążemy się z otoczeniem, tym lepszą zyskamy pozycję.

Wszyscy dajemy się na to nabrać. Ludzie mówią: „No dobrze, nawet jeśli jestem uzależniony, to co z tego? Przecież nie znajdują mnie pijanego w rynsztoku, nie kradnę, żeby mieć na kolejną działkę, funkcjonuję normalnie, pracuję z zaangażowaniem, nawet jeśli jednym okiem zerkam na Facebooka i Twittera”. To pozory, bo badania już dawno obaliły mit o podzielnej uwadze. Nie jesteśmy zdolni do porządnego wykonania żadnej z kilku czynności wykonywanych jednocześnie. Ale znacznie bardziej niepokojący jest fakt, że przestajemy czerpać z nich przyjemność.

Inna moja pacjentka opowiadała mi o pewnym leniwym poranku, gdy leżała z mężem w łóżku, czytając gazetę, i pocieszała się, że przynajmniej ta lektura stymuluje jej mózg. Nie potrafimy już po prostu być, zatracamy radość z istnienia, uczestniczenia w życiu. Musimy czerpać korzyści z każdej czynności, inaczej jest niewystarczająca, nie da się jej znieść na trzeźwo, wywołuje depresję. A jeszcze bardziej uzależniająca moc nowych technologii zagraża dzieciom, bo sami podsuwamy im narkotyk. heroiny byśmy im nie dali, prawda?


Jakie jest w takim razie wyjście? Nawet jeśli nadużywanie internetu jest niekorzystne, dziś już od nowych technologii nie uciekniemy. Nie każdy może się odciąć zupełnie, zrezygnować z pracy i zaszyć się w lesie.
– Oczywiście dzięki technologii możemy teraz rozmawiać przez Skype’a, pani w Warszawie, ja w Nowym Jorku, to dowód, że ułatwia ona nasze życie. Bywa, że GPS ratuje z opresji takich jak ja, zupełnie pozbawionych przestrzennej orientacji. Jednak zarazem, chcąc wykonać prostą czynność w rodzaju zakupu biletu lotniczego, trzeba przeszukać dziesiątki stron internetowych i uzbroić się w wiedzę godną agenta biura podróży, a kiedyś wystarczyło przyjść do tego biura, powiedzieć pracownikowi, dokąd chcemy lecieć, i bilet lądował na stole.

W książce opisuję kilkugodzinne zmagania z wielostronicową instrukcją poprzedzające zamknięcie drzwi domu wyposażonego w rzekomo inteligentne technologie. Aby wymienić telewizor na nowy, potrzebujemy niemal doktoratu z elektroniki. Właśnie, nowy: nieustannie musimy być na bieżąco, śledzić nowinki. Większość ludzi, z którymi rozmawiam, wyznaje, że marzy o powrocie do czasów, kiedy nie było to potrzebne.

Dostajemy setki maili dziennie i pod koniec pracy mamy poczucie, że nie dotarliśmy do sedna spraw, bo zajmowaliśmy się nieustannym oczyszczaniem przedpola. Swoją drogą, jeszcze jakiś czas temu wydałoby mi się niewiarygodne, że możliwość zaspokojenia tak podstawowych ludzkich potrzeb jak spędzenie czasu sam na sam ze sobą stanie się ekskluzywnym przywilejem. Przemysł turystyczny już inkasuje po 10 tys. dolarów za pobyt w miejscach bez dostępu do sieci. To usługi dla tych, którzy dysponują wystarczającymi zasobami, aby przeznaczyć je na powrót do stanu obecności bez towarzystwa innych, gorzej sytuowanych jednostek, których życie na tyle wyznacza pogoń za różnymi dobrami, że nawet nie mają czasu się nad nim zastanowić.


Jak w „Nowym wspaniałym świecie” Aldousa Huxleya, gdzie tylko osobnicy typu alfa mogą za specjalnym pozwoleniem odwiedzić rezerwat, w którym życie toczy się dawnym torem.
– To jest nowy wspaniały świat. Już w nim żyjemy, choć ciągle wydaje się nam literacką fikcją. Internet stał się sposobem ucieczki przed nudą. Gdy byliśmy dziećmi i narzekaliśmy rodzicom, że się nudzimy, odpowiadali: „Idź, pobaw się, zrób coś ze sobą”. Wielu uciekało wtedy w świat własnych myśli, fantazjowało, rozmawiało z niewidzialnymi przyjaciółmi. Teraz za nudny uchodzi każdy moment, w którym nie doznajemy zewnętrznej stymulacji.

Skąd wzięło się nam to założenie, że każda chwila musi być spektakularna? Nie potrafimy już zabawić się sami, skupiając na tym, co mamy w głowie, albo choćby badając na bieżąco reakcje naszego ciała. Co ciekawe, równolegle następuje ogromne zainteresowanie technikami pozwalającymi powrócić do tu i teraz: medytacją, jogą, a nawet tak abstrakcyjnymi rozrywkami jak kolorowanki dla dorosłych. To tylko dowód, że coś głęboko w nas potrzebuje zatrzymania się, zwolnienia, uproszczenia, powrotu do źródła człowieczeństwa.

Niby chcemy coraz więcej, ale nieustanny dopływ wiedzy, dóbr, rozrywek nie daje nam satysfakcji, bo pragnienia nigdy się nie kończą. Próbujemy się wyrwać z tego koła, podobnie jak ci, którzy wierzą, że radykalna dieta może im pomóc w ustabilizowaniu wagi po latach kompulsywnego pochłaniania jedzenia bez wartości odżywczej.

Co jeszcze kradną nam nowe technologie oprócz czasu, który miały zaoszczędzić?
– Jednym z problemów, z jakimi zmagają się ludzie szukający u mnie terapeutycznej pomocy, jest nieumiejętność bycia z sobą samym. Im intensywniej korzystamy z nowych technologii, tym bardziej zaczyna nam ciążyć własne ja. Kiedy jesteśmy przez cały czas dostępni dla świata zewnętrznego, zatracamy umiejętność przebywania w teraźniejszości i „tylko z samym sobą”.

Zawsze przeraża mnie, gdy słyszę to nowe sformułowanie – jakby bycie z samym sobą było czymś mniej wartościowym. A trudno mówić o dobrym samopoczuciu, jeśli nie przepada się za własnym towarzystwem. Zapominamy, jak wiele kryje się w naszym wnętrzu, jakbyśmy stawali się tylko pustym pojazdem toczącym się po drodze, na której każdy moment musi być wykorzystany w jakimś celu. Przestajemy widzieć siebie samych jako cel.

Będąc na wycieczce, nie czujemy wiatru, nie patrzymy na drzewa, tylko szukamy dogodnego kadru do selfie, by wysłać tę informację innym. Idąc wiejską drogą, robimy dziesiątki zdjęć dokumentujących coś, czego tak naprawdę nie doświadczamy. Wielu moich pacjentów powtarza: „Kiedy zacznę wreszcie naprawdę żyć?”. Są jak duchy, mają poczucie, że ich egzystencja nie należy do nich.

Paradoks: niby uciekamy od siebie, ale z drugiej strony pielęgnujemy nasze sztuczne ja na portalach społecznościowych.
– Stajemy się narcyzami, którzy wierzą, że wszystko, co robią, jest pasjonujące dla wszechświata, dzielimy się z nim najbanalniejszymi sprawami, jak dzieciak, który raportuje matce o każdym ruchu. Jednocześnie podstawowe poczucie własnej wartości zanika, topnieje wobec niedostatku polubień czy komentarzy.

Myślę, że ma to związek z trudnością radzenia sobie z czasem i wysiłkiem. Wszystko musi przychodzić łatwo, szybko, jeśli tak nie jest, od razu czujemy, że coś jest nie w porządku. A najważniejsze dzieje się przecież, gdy zmagamy się z trudnościami, przekraczamy samych siebie, gdy musimy się napracować. Dziś robimy to coraz rzadziej. Szukamy odpowiedzi – jest duckduckgo; chcemy iść na randkę – logujemy się na portalu Tinder; zamarzy się nam książka – Amazon dostarcza ją następnego ranka pod drzwi. Wszystko dzieje się natychmiast, bez najmniejszego trudu, jak u awatarów mających miliony obserwatorów. To jak docieranie helikopterem na górę – niby tam byliśmy, możemy się tym pochwalić, ale nie czujemy się wcale jak ktoś, kto zdobył szczyt.

W książce „The Power of Off” pojawia się też przykład pacjenta, który przyszedł na terapię z dwoma telefonami i nie był zdolny wyłączyć żadnego z nich podczas godzinnej sesji. Pisze też pani, że nuda jest potrzebna. Dlaczego?
– Kiedy jesteśmy nieustannie podłączeni, jak ów producent telewizyjny, o którym wspominam, mamy poczucie, że nie możemy utracić żadnej wiadomości, żadnej nowej historii. Dana chwila jest wobec tego niewystarczająco dobra, sprawia wrażenie wybrakowanej. Sięgamy po smartfona, wierząc, że ocali nas przed nią, przenosząc ku kolejnym momentom, gdzie na pewno coś się wydarzy, i oczywiście wtedy będziemy w pełni obecni.

Oczywiście to nic nowego, rodzaj ludzki uciekał od teraźniejszości już wieki temu za pomocą różnych substancji. Jednak teraz mamy doskonałych sojuszników w postaci naszych narzędzi i społeczeństwa, które mówi, że to świetnie i nie ma się czego obawiać. Żyjemy w stanie ciągłej czujności, w trybie „walcz lub uciekaj”, co fizycznie nas wyczerpuje. Nawet naszym narzędziom zapewniamy odpoczynek, ładując je, a sobie samym nie umiemy na to pozwolić. Mózg i system nerwowy potrzebują przerwy, czasu na wytchnienie. Często właśnie to, co najciekawsze, rodzi się w chwilach pomiędzy, w poczekalni, w przestrzeni między dźwiękami.

Czym grozi brak przerw?
– Mam wrażenie, że myślenie staje się zamierającą sztuką. Widzę to po sobie – dziś miałam napisać tekst dla „Psychology Today” i męczyło mnie pewne zagadnienie, więc zaczęłam szukać, przeglądać internet, zbierać wszystko, co na ten temat napisano, dopóki nie powiedziałam sobie: co ty wyprawiasz? Zrób sobie przerwę, idź na spacer, a potem pomyśl spokojnie i na pewno rozwiążesz ten problem. Istotnie, odpowiedź tkwiła we mnie, w moich własnych doświadczeniach, ale perspektywa samodzielnego stworzenia czegoś, a nie złożenia z dostępnych kawałków, przeraziła mnie i sparaliżowała.

Wyszkoliliśmy się doskonale w znajdowaniu natychmiastowych odpowiedzi, ale nie umiemy ich połączyć ani dostrzec szerszego wymiaru, wytłumaczyć, co to wszystko oznacza. Stajemy się tymi, którzy naciskają guziki. Tymczasem zdolność do tworzenia jest jedną z najwspanialszych cech przyrodzonych naszemu gatunkowi.

Z przerażeniem patrzyłam kiedyś na swoją pacjentkę, bardzo mądrą osobę, która poproszona o dodanie trzech prostych cyfr spędziła blisko pięć minut z nosem w torbie w poszukiwaniu kalkulatora na smartfonie. Inna, która właśnie wybierała się do Vermont, spytana, czy to miasto leży na południu, nie tylko nie umiała odpowiedzieć, ale wręcz stwierdziła, że jest to jej obojętne.

Kolejny paradoks – bo jednocześnie pochłaniamy olbrzymią ilość informacji. Podobnie jak nowe technologie informacja miała uczynić świat lepszym i połączyć nas ze sobą, tymczasem staje się kolejną bronią, która ma potwierdzić naszą osobność, udowodnić racje i zamknąć w odseparowanej klatce nam podobnych. Informacja może też być sposobem ucieczki od teraźniejszości, jak u kierowcy, który wiózł mnie przez wydmy i nieustannie nadawał o samochodzie, o oponach, o temperaturze na zewnątrz, zamiast patrzeć na oszałamiające krajobrazy. Zapewne był dumny, że posiada taką wiedzę, i dawało mu to poczucie przewagi.

To kolejne wyzwanie dla rodzaju ludzkiego, bo nasz mózg i bez stymulacji zewnętrznej pragnie nieustannie budować narracje – my, buddyści, nazywamy to małpim umysłem, źródłem cierpień – a technologia zapewnia mu publiczność, wzmagając cierpienia. Przeciętny człowiek ma 17 tys. myśli dziennie, z czego blisko 90 proc. negatywnych. Za każdym razem, gdy przychodzi myśl, możemy ją udostępnić innym. Technologia karmi małpi umysł.

„Tylko coś sprawdzę, bo jest mi to potrzebne do pracy” – powtarza bohater wydanej ostatnio w Polsce powieści Michała Olszewskiego „#upał”, dziennikarz uzależniony od nowych technologii.

– To jeszcze jeden paradoks. Dzięki technologii zyskaliśmy możliwość pracy w dowolnym czasie i miejscu, ale odkąd służące do tego narzędzie trafiło do domu, stało się koniem trojańskim. Nawet niektóre firmy, świadome, że wypoczęty pracownik to lepszy pracownik, nakłaniają podwładnych do urlopu od Facebooka. Niestety, wiele innych wykorzystuje bez skrupułów nasze uzależnienia. Jeśli nie będziesz podłączony 24 godziny na dobę, nie dostaniesz pracy.

Musimy sami przejąć władzę nad własnym życiem i odważnie podejmować decyzje, bo korporacyjny świat nas w tym nie wyręczy. To ja sama muszę dojść do stwierdzenia, że nawet jeśli w danej minucie nie robię nic produktywnego, nie przeliczam swojego czasu na dolary, nie umniejsza to mojej wartości. Nawet jeśli to szczur zamknął teraz naukowca w klatce, ciągle pozostajemy ludźmi ze zdolnością trzeźwego osądu, więc proszę pacjentów, by oprócz budowania różnych nawyków pomagających funkcjonować bez technologii przede wszystkim zaufali sobie, własnemu rozumowi, bez zewnętrznego wsparcia. Bo choć GPS mówi nam, by iść w konkretnym kierunku, czasem wiesz lepiej, dokąd się kierować, bo znasz miasto.

Za każdym razem, gdy słyszysz małpi umysł, nie przyjmuj tego, co mówi, na wiarę. Sprawdzaj! Masz prawo do dobrego życia, więc pytaj się często, czym ono dla ciebie jest. Czy czuję się lepiej, gdy przyjaciel wyśle mi kartkę urodzinową, czy gdy wpisze życzenia na Facebooku? Czy lepiej spotkać się z partnerem, czy czatować z nim w internecie? Bądź źródłem zdrowego rozsądku w świecie, który oszalał. Bo oszalał, mówię to z całą odpowiedzialnością. Nawet nasz nowy prezydent jest jak awatar z Twittera.

Nam, dorosłym, pamiętającym świat bez internetu, może się udać wyzwolić z uzależnienia od technologii. A co z dziećmi?
– Cała odpowiedzialność spoczywa na rodzicach i wychowawcach. Tylko my możemy popchnąć dzieci do doświadczania rzeczywistości, której nie zauważają zanurzone w technologii będącej ich naturalnym środowiskiem. To moment, w którym gatunek ludzki stąpa po bardzo chybotliwym moście, bo najmłodsze pokolenia nie mają takich umiejętności społecznych jak my.

Musimy uświadamiać dzieci, że tkwi w nich niezależny duch, nawet jeśli będziemy się czuć przy tym złymi policjantami. Jak wówczas, gdy pytam córkę, co chce zjeść na obiad, a ona radzi, żebyśmy obejrzały na serwisie Pinterest zdjęcia potraw. „Nie – mówię do niej – posłuchaj swojego brzucha, spytaj go, na co ma ochotę”.

Musimy zachęcać dzieci do aktywności, które nie wymagają technologii. Do uprawiania sportów, żeby uczyły się zdrowej rywalizacji i poczucia własnej wartości. Do kontaktu z przyrodą, żeby widziały, że istnieje świat rzeczywisty, a nie tylko jego symulacje. Do bezpośredniej interakcji z rówieśnikami. Niby jesteśmy połączeni, a coraz więcej osób czuje się samotnych bez spotkania twarzą w twarz.

Z tego powodu jestem mimo wszystko optymistką, bo nawet najlepiej imitująca rzeczywistość technologia nie zdoła dostarczyć nam emocji, których doświadczamy jako ludzie, od tych najbardziej podstawowych, jak radość, nadzieja i duma, przez poczucie przynależności, po zaangażowanie, poczucie sensu i spełnienia, które wypływa z czasu i wysiłku. Rozmawiajmy więc jak najwięcej z bliskimi, poznawajmy swoich sąsiadów, budujmy małe społeczności. To może uratować nam życie.


Nie porządzisz mną, mój smartfonie. Kilka rad dla uzależnionych:

- Nie włączaj elektroniki przez co najmniej godzinę po przebudzeniu.

- Nie używaj jej trzy godziny przed snem.

- Spaceruj co najmniej dziesięć minut dziennie bez telefonu.

- Gdy umawiasz się z przyjacielem w restauracji, nie kładź telefonu na stole między wami a obiadem.

- Będąc z dziećmi, spędź z nimi czas bez technologii.

- Przejmij kontrolę nad własnym życiem. Technologia nas znieczula, zachęca, byśmy zabawiali się nieustannie, na śmierć. Wsłuchuj się w siebie. Zamiast uciekać od chwili teraźniejszej, zatrzymaj się w niej i uświadom sobie, co czujesz, nie używając w tym momencie żadnego z mobilnych narzędzi.

- Zadawaj sobie pytania: czemu chcę się teraz połączyć z internetem, czy to istotnie ma związek z moją pracą, czy po prostu chcę przerwać nudę, czuję coś, czego nie chcę czuć, co to jest za emocja?

*Nancy Colier – amerykańska psychoterapeutka, pisarka, mówczyni, trenerka, współpracowniczka The Huffington Post i „Psychology Today”. Mieszka w Nowym Jorku. Jej najnowsza książka „The Power of Off” (Siła wyłączenia) ukazała się w listopadzie 2016 r.
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Osiem lat w kasynie. Opowieść byłego pracownika
Wysłuchał Martin Stysiak

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]

Setki tysięcy złotych na każdym stole do gry, darmowy alkohol i klienci na podsłuchu - o tym, co dzieje się w kasynach w Polsce, opowiada były pracownik.

Martin, jeżeli raz wejdziesz do kasyna, to zawsze wrócisz. Nieważne, czy następnego dnia, za miesiąc czy za rok. To miejsce uzależnia. Pracowałem w jednej z największych sieci kasyn w Polsce przez osiem lat. Początki były bardzo trudne. Po kilku tygodniach chciałem zrezygnować. Byłem przerażony atmosferą. Ludzie przegrywali miliony jednego dnia. Sprzedawali domy lub samochody, by mieć za co grać. Żony płakały przed salą dla VIP-ów, bo chciały powstrzymać mężów przed dalszą grą, ale ochroniarze ich nie wpuszczali, bo nie miały specjalnej karty umożliwiającej wejście na salę.

Gracze, którzy przestawali nad sobą panować, nakładali na siebie zakazy wejścia do kasyna. Na czym to polega? Przez rok, dwa lub do końca życia nie możesz wejść na salę z takim zakazem. Ale zdarzało się, że taki klient przychodził o trzeciej w nocy i prosił o odwieszenie. Wtedy musiałem dzwonić do menedżera, by zdjął zakaz.

***

W kasynie panuje dziwny zapach, może nadziei, może chciwości. Żeby gość poczuł się swobodnie, dostaje darmowe drinki. Naprawdę chodzi o to, że delikatnie wstawieni klienci podejmują większe ryzyko.

Kelnerki i barmanki noszą krótkie spódniczki, mocny makijaż. Sam, gdy zostałem kierownikiem, dokładnie sprawdzałem, czy pomalowały paznokcie i usta na czerwono i czy makijaż jest wystarczająco wyzywający. Jak czegoś brakowało, odsyłałem je do garderoby, by poprawiły wygląd. Robiliśmy to wszystko po to, by seksowne kelnerki zachęcały gości do pozostania w kasynie.

Nasi klienci mogą palić papierosy. To pozwala im rozładować emocje. Przy stołach są zamontowane popielniczki.




***

W kasynie wszyscy są mili. Już przy wejściu obsługa z uśmiechem wita gości i sprawdza ich dowody osobiste lub karty klubowe. Goście nie płacą za wejście. Mogą przyjść w dżinsach i T-shircie i nikt im nie powie, że są nieodpowiednio ubrani.

Przy stołach krupierzy dają graczom czas na zastanowienie, współczują przy trudnych decyzjach albo wzdychają, gdy klient przegra. Goście mają się czuć jak u znajomych. A jeżeli przegrywa, to kelnerka od razu polewa mu drinka i pociesza, że następnym razem na pewno się uda.

Obsługa chodzi w spodniach bez kieszeni. Żeby nikt nie oszukał i np. nie schował żetonów, jeden żeton może być wart nawet tysiąc złotych. Z kolei gracze nie mogą trzymać w ręku telefonów komórkowych. Jak tylko krupier zobaczy, że ktoś sięga po smartfona, od razu prosi o schowanie go. Nie można robić zdjęć przy stołach do gry, nie można też dzwonić ani wysyłać SMS-ów. Wszystko po to, by nikt w jakiś sposób nie zechciał oszukiwać.

W kasynie spotykałem piłkarzy, biznesmenów, studentów z bogatych rodzin oraz emerytów. Przychodziła kobieta w ósmym miesiącu ciąży. A nawet dwóch księży, którzy zawsze mieli pomocników. Zwykle było to trzech mężczyzn. Nikt z gości nie wiedział, że to księża. Zachowywali się jak pozostali klienci kasyna.

Poznałem ludzi - często młodych - którzy przychodzili ze znajomymi miło spędzić wieczór, a później wracali już sami, licząc na sporą wygraną. Na moich oczach stawali się nałogowcami. Moim zdaniem z hazardu trudniej wyjść niż z uzależnienia od narkotyków czy alkoholu. Graczom do końca wydaje się, że mają nad tym kontrolę i uda im się odzyskać stracone pieniądze, a nawet zarobić. Niestety, z reguły jest inaczej.

Dla uzależnionych nie było różnicy, czy była godzina 18, czy 5 nad ranem. Siedzieli, grali, a reszta świata się dla nich nie liczyła.

Na automacie do gry można obstawiać nawet za 5 tysięcy złotych. Miałem klienta, który zawsze siadał przy tej samej maszynie i przez kilka godzin potrafił wygrać setki tysięcy złotych lub tyle samo przegrać.




***

Co dzieje się przy stołach do gry w ruletkę, pokera czy blackjacka, jest dokładnie kontrolowane. Krupier, czyli osoba rozgrywająca grę, ma bezpośredni kontakt z graczem. To on rozdaje karty i prowadzi rozdanie przy każdym ze stołów. Za nim stoi inspektor, który sprawdza, czy wszystko jest dobrze liczone i czy nikt nie oszukuje. Dalej jest pit boss, który sprawdza kilka stołów, a na końcu patrzy floor manager. Ale prawdziwy system kontroli jest jednak tam, gdzie nikt oprócz obsługi, i to wybranej, nie ma wstępu. To dziesiątki kamer i mikrofonów. Ale o tym za dużo nie wiem. To ściśle tajne.

Sprzęt jest z pewnością tak dokładny jak ten, którego używają służby wywiadowcze. Mikrofony rejestrują każde słowo przy stole. A kamery zamontowane przy suficie rejestrują ruch każdej osoby w kasynie. W monitory rejestrujące obraz patrzy wielu ochroniarzy. Słuchają też rozmów przy stołach do gry, czego nie słyszy krupier czy inspektor. Jeżeli coś ich zaniepokoi, to przez system słuchawek informują odpowiednie osoby z obsługi, np. floor managera.

***

W jednym z kasyn w Warszawie kilku graczy dogadało się z krupierem i okradali kasyno. Krupier dawał im znać, kiedy mają obstawiać. Grał tak, żeby to oni wygrali, a potem wygraną dzielili się po równo. Podobno oszukali kasyno na kilka milionów złotych. Ale wszyscy zostali złapani i zajęła się nimi prokuratura. Nie wiem, co teraz się z nimi dzieje.

Dla stałych bywalców kasyno to nawet nie drugi DOM, lecz pierwszy. Mają tam przyjaciół. Potrafią siedzieć i grać nawet po 10-12 godzin dziennie. Jedni przychodzą do kasyna ze 100 złotych, inni z ponad 1 mln zł. Przynoszą swoje oszczędności, pensję czy emeryturę.

Jeżeli graczowi brakuje gotówki, to przy wejściu do kasyna zawsze stoi bankomat. Jeśli komuś zabraknie środków na koncie, to w kasynie urzędują ludzie, którzy chętnie pomogą. Najłatwiej pożyczyć od lichwiarzy. Są w każdym kasynie, sami nie grają i zna ich na ogół menedżer. To z reguły mężczyźni w wieku 50-60 lat, którzy zaczynali jako cinkciarze. Kiedy powstały pierwsze kasyna, przerzucili się na kasyna i tam zaczęli pożyczać graczom pieniądze.

Pożyczka u lichwiarzy oprocentowana jest na 10 procent dziennie. Gracz, który pożyczy 100 tysięcy złotych, już następnego dnia musi oddać 110 tysięcy. Na ogół do lichwiarzy przychodzą bardzo bogaci klienci. Wolą pożyczyć np. 100 tysięcy i jak wygrają 300 tysięcy, to tego samego dnia oddają pieniądze i za resztę grają dalej.



***

Lichwiarze nie pożyczają przypadkowym osobom. Dobrze wiedzą, jak się nazywa dany gracz. Chodzą i wypytują o klientów, którzy obstawiają duże sumy. Poza tym gracze, jak się napiją, często sami mówią krupierom, czym się zajmują albo jakim samochodem jeżdżą i gdzie pracują. Lichwiarz ma więc pewność, że pożyczone pieniądze odzyska. Pożyczają ogromne sumy. Od kilku tysięcy złotych do kilkuset tysięcy. Jeżeli ktoś pożyczał pieniądze, a później się ukrywał i nie oddawał, oni ich odnajdywali. Były groźby, pobicia, wszystko, żeby odzyskać pieniądze. O niektórych graczach słuch zaginął. Może coś im się stało, a może uciekli za granicę - bali się o swoje życie, bo nie mieli jak oddać pieniędzy.

Słyszałem, że osobom, które nie chciały oddać pieniędzy, przestrzeliwano z pistoletów kolana.

***

Jeżeli lichwiarza nie ma lub nie chce pożyczyć pieniędzy, to pozostaje notariusz. Ich obecność w kasynie nie budzi zdziwienia. Sam miałem numer do jednego. Wystarczył telefon, by w pół godziny pojawił się notariusz, żeby gracz mógł sprzedać DOM czy samochód.

W kasynie zawsze znajdzie się ktoś, kto chętnie to kupi. Jeżeli akurat nie było go w środku, to notariusz czy lichwiarz dzwonili po niego. Przyjeżdżał z walizką pieniędzy i podpisywali umowę kupna-sprzedaży. Gracz miał pieniądze na dalszą grę, a kupujący nabywał DOM czy mieszkanie za wartość dużo niższą od rynkowej. Pamiętam przypadki, że samochody warte np. 300 tysięcy złotych gracze sprzedawali za 150-200 tysięcy. A następnego dnia lichwiarz sprzedaje taki samochód z 10-procentową marżą.

Poznałem też kobietę po siedemdziesiątce, która gra od wielu lat. Przegrała DOM i dwa mieszkania. Teraz żyje z emerytury, ale i tak czasem zostawia całą w kasynie. Często przychodził do nas też 20-25-letni chłopak. Jednego wieczoru z kilkudziesięciu tysięcy złotych wygrał ponad 1 mln zł. Potem znów przegrał. Zaczął pożyczać od lichwiarzy i miał problemy ze spłatą. Słuch o nim zaginął. Może wyjechał za granicę.



***

Mieliśmy VIP room, do którego ochrona wpuszczała tylko klientów ze specjalnymi kartami klubowymi. A żeby taką kartę otrzymać, trzeba było kilka razy pojawić się w kasynie i zagrać za kilkaset tysięcy złotych. Tam klienci oprócz darmowego alkoholu otrzymują też na noc apartament w hotelu, a nawet zamawialiśmy im prostytutki. W VIP roomie na stołach do ruletki czy pokera leżą miliony złotych. Jeden gracz potrafi grać na trzy stoły jednocześnie i na każdym np. obstawiać po pół miliona złotych.

Gdy przyszedł kryzys gospodarczy i przychodziło coraz mniej Polaków, zaczęli nas utrzymywać Azjaci. Do dziś są ważnymi klientami. Ci, którzy skończyli 18 lat, po prostu idą do kasyna. To dla nich norma. Wietnamczycy i Chińczycy uwielbiają tę formę rozrywki. Potrafią siedzieć wiele godzin, wypalić dwie paczki papierosów i ciągle grać.

Azjaci to jednak "inna liga". Przychodzą z kieszeniami wypchanymi plikami banknotów 100-złotowych. Niektórzy przynosili w reklamówkach po zakupach nawet milion złotych.

Oni też mają swoich lichwiarzy. Wielu Wietnamczyków czy Chińczyków jest u nas na fałszywych dokumentach. Nikt z Polaków im nie pożyczy, bo jak później taki lichwiarz miałby szukać tego, komu pożyczył pieniądze. Azjaci mają więc swoją enklawę. Oni nie przeszkadzają Polakom, a Polacy im nie wchodzą w grę.

***

Stali gracze wyciągają pomocną dłoń. Gdy widzą, że ich znajomi przegrywają, a oni wygrali np. kilka czy kilkanaście tysięcy złotych, to oddają część wygranej znajomym z kasyna, żeby ci mogli się odegrać. Liczą, że następnym razem ktoś im też odda część swojej wygranej.

Kiedyś przyszedł młody mężczyzna ze 100 tysięcy złotych. To był podobno wkład do kredytu na mieszkanie, które miał lada dzień kupić z żoną. Liczył, że pomnoży pieniądze i będą mieli jeszcze środki na jego urządzenie. W jeden wieczór przegrał całą sumę. Zostało mu 100 złotych na taksówkę. Siedział przy barze nad ranem, płakał i bał się wrócić do domu. Ktoś polał mu najlepsze whisky na pocieszenie.
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0



Bida musi pofolgować, czyli na Szlaku Hańby

Paweł Smoleński

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]
Warszawa, pijacka sobota, lipiec 1959 r. (Fot. TADEUSZ ROLKE)

Narzeczona zdradza - seta, nie ma na buty - sto pięćdziesiąt, cenzura zdejmuje książkę - pół litra, przyjaciel zakapuje - półtora, nasi przegrywają z Ruskimi w nogę - trzydniówka - o tym, jak się piło w PRL, opowiada Janusz Głowacki
Spoiler:




Nie opowiadajcie bajek o piciu za PRL
Rozmawiał Paweł Smoleński

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]

Kiedyś ludzie okłamywali się, że piją przez Ruskich. Dziś okłamują siebie, że przez kapitalizm. Ilość wypijanego alkoholu jest podobna jak 20 lat temu. Zmieniła się za to struktura klasowa. Rozmowa z Wiktorem Osiatyńskim
Spoiler:


[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


"Apteka dla aptekarza" weszła w życie. Gdzie są jeszcze miejsca na nowe apteki? W Sopocie będzie walka o jedną lokalizację
AUTOR: IRENEUSZ SUDAK, BARTOSZ CHYŻ

Od dwóch miesięcy obowiązują przepisy ograniczające otwieranie nowych aptek. Razem z firmą DataWise sprawdzamy, gdzie jeszcze wcisną się nowe placówki.

Małe apteki chwalą przepisy. Dzięki nim ograniczona zostanie konkurencja ze strony dużych sieci, które miały więcej pieniędzy na otwieranie swoich placówek w najlepszych lokalizacjach, wycinając często mniejszą konkurencję;
- najwięcej aptek może jeszcze powstać w Rudzie Śląskiej;
- w Rybniku ponad 65 proc. mieszkańców nie ma apteki w promieniu 300 m od miejsca zamieszkania.

Najłatwiej o aptekę w Krośnie, statystycznie jedna musi obsłużyć niecałe 1,3 tys. mieszkańców, a w Jastrzębiu-Zdroju aż 4 tys. mieszkańców. 9 kwietnia Sejm uchwalił ustawę zwaną w skrócie „apteka dla aptekarza”, która wprowadza ograniczenia geograficzne i demograficzne przy otwieraniu nowych placówek.

Przepisy wprowadzają cztery zasady, z których wynika, że nowe apteki nie będą mogły powstać:
- w gminach, gdzie liczba mieszkańców przypadających na jedną aptekę jest mniejsza niż 3 tys.;
- gdy kolejna apteka znajduje się w odległości do 500 m;
- jeśli właściciel ma już cztery apteki;
- gdy właściciel nie jest z wykształcenia farmaceutą.

Razem z firmą DataWise, która zajmuje się analizowaniem danych geolokalizacyjnych, sprawdziliśmy, w których powiatach grodzkich, po uwzględnieniu ustawowych kryteriów geograficznych, mogą powstać apteki. Okazuje się, że w poszczególnych miastach możliwości otwierania nowych aptek zmalały do minimum.

Najwięcej, bo 30 aptek może powstać w 139-tysięcznej Rudzie Śląskiej. Tuż za nią jest Warszawa (25 apteki), Zabrze, Rybnik (po 24 apteki) i Chorzów - 21. Na drugim końcu są miasta takie jak Sopot, Wałbrzych, Zielona Góra czy Chełm, gdzie jest miejsce na tylko jedną aptekę.

Według danych firmy QuintilesIMS w ubiegłym roku przybyło 513 aptek sieciowych, ale zamknięto 366 aptek indywidualnych. W ostatnich dniach pojawiła się informacja o „pierwszej ofierze” ustawy. Chodzi o poznańską aptekę Galenica, która musiała skończyć działalność, gdy Izba Administracji Skarbowej w Poznaniu nie przedłużyła jej umowy najmu.

Właścicielka apteki Galenica Elżbieta Taterczyńska w oświadczeniu opublikowanym na stronach Naczelnej Izby Aptekarskiej poinformowała, że popiera ustawę AdA i że jej zdaniem kryteria powinny zostać wprowadzone już 10 lat temu. "Zbieżność dat likwidacji Apteki Galenica i ustawy AdA jest przypadkowa. Wygaśnięcie umowy najmu było zaplanowane już pod koniec ubiegłego roku przez Izbę Administracji Skarbowej w Poznaniu. Była to decyzja ówczesnych urzędników w związku z planem przebudowy lokali użytkowych na kolejne biura i wykorzystaniem funduszy unijnych! Bezduszna decyzja urzędników poskutkowała likwidacją Apteki Galenica” - czytamy w oświadczeniu Elżbiety Taterczyńskiej.

Ministerstwo Zdrowia i niezależni aptekarze odpowiadają, że chodzi o ochronę rynku przed niekontrolowaną ekspansją aptek i że rynek farmaceutyczny nie jest wolnym rynkiem – sprzedaż apteki to średnio 39 proc. leki refundowane, czyli takie, za które płaci państwo. I państwo ma prawo decydować, jak wydawane są te pieniądze.

W praktyce jest sposób żeby chociaż częściowo ominąć ustawę. O ile faktycznie sieci nie mogą otwierać nowych aptek, to mogą przejmować już istniejące. Wystarczy, że dotychczasowy właściciel przekształci aptekę w spółkę handlową, np. z ograniczoną odpowiedzialnością, to aptekę (a dokładnie udziały właścicielskie) będzie mógł sprzedać. Kapitał potrzebny do założenia takiej spółki to 5 tys. zł.

Przepisy zostały uchwalone przy ostrzeżeniach ze strony UOKiK i Ministerstwa Rozwoju, które zwracały uwagę na możliwy wzrost cen leków ze względu na ograniczenie konkurencji. Niezależni aptekarze w wielu listach do naszej redakcji mówią, że obawy urzędów są na wyrost i że ceny nie wzrosną, choć są i tacy, którzy twierdzą, że „nie wszyscy chcą niskich cen”. W praktyce na skutki działania ustawy trzeba poczekać jeszcze wiele miesięcy, jeśli nie cały rok.


Tabele interaktywne:

Gdzie jeszcze można otworzyć aptekę?
http://public.tableau.com/views/gdzieje ... ublish=yes


Liczba aptek w okolicy zamieszkania:
http://public.tableau.com/views/odleglo ... ublish=yes



apteki.png
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Rejestracja: 2011
Użytkownik zbanowany
  • 1182 / 96 / 0


Smutna prawda o kasynach
Mariusz Zawadzki

[ Grafika zewnętrzna - wgrywaj jako załącznik aby była widoczna bezpośrednio ]

Komuś wychowanemu na starych filmach o Jamesie Bondzie, czyli takiemu jak ja, kasyno kojarzy się z eleganckim miejscem, w którym nieprzyzwoicie bogaci i przystojni mężczyźni w nieskazitelnych garniturach grają w ruletkę, a kibicują im nieziemsko piękne kobiety, które z reguły potem ze zwycięzcą, czyli z agentem 007, jadą windą na górę do ekskluzywnego pokoju z wielkim łożem i satynową pościelą, gdzie usta bohaterów łączą się w namiętnym pocałunku.
Mit ten do pewnego stopnia się obronił, kiedy w latach 90. jako student pierwszy raz w życiu udałem się do kasyna w hotelu Pod Różą w Krakowie (jednego z pierwszych w wolnej Polsce). Pamiętam, że nie wpuszczali tam bez marynarki; że byłem z koleżanką, która zapewne nie dostałaby roli w Bondzie, ale jednak uchodziła w podstawówce za najładniejszą dziewczynę w klasie; że poszliśmy do kasyna, bo kończyły nam się pieniądze i postanowiliśmy albo wygrać w ruletkę dodatkowy dzień w Krakowie, albo spłukawszy się do cna, jeszcze tej samej nocy wracać pociągiem do Warszawy.

I wygraliśmy, ale potem historia potoczyła się inaczej niż na filmach. Nie pojechaliśmy na górę, tylko wróciliśmy piechotą do naszego ascetycznego hoteliku Żaczek, najtańszego w mieście, i tamtej nocy nasze usta nie połączyły się w namiętnym, ani w ogóle w żadnym, pocałunku. Jednakże nie byłem Bondem, czego miałem podówczas nawet przesadną świadomość (młodzieńcze kompleksy!), więc pewne odstępstwa od wymarzonego scenariusza przyjąłem ze zrozumieniem; mimo wszystko pierwszy w życiu wieczór w kasynie wydawał mi się udany, a momentami nawet ekscytujący.

Drugi raz znalazłem się w kasynie dopiero wiele lat później, w chińskim Macau, gdzie podczas olimpiady Pekin 2008 przyjechałem w charakterze turysty. Dawna portugalska kolonia jest obecnie jaskinią hazardu i rozmachem przebiła Las Vegas. Ale zamiast scenerii bondowskiej zobaczyłem tam tabuny brzydkich, biednie ubranych i otępiałych Chińczyków siedzących przed setkami jednorękich bandytów co chwila robotycznie wrzucających monety i pociągających za wajchy. Były tam nawet filipińskie nianie i sprzątaczki, które kilka godzin wcześniej widziałem piknikujące w parku w Hongkongu (do Macau kursuje stamtąd wodolot).

Roboczo przyjąłem wówczas hipotezę, że plebejski, odstręczajacy charakter mają jedynie kasyna chińskie i wciąż wierzyłem, że gdzieś, zapewne w Ameryce, muszą istnieć kasyna wysokiej klasy. Dopiero kilka lat później, po kilku wizytach w Las Vegas i w Atlantic City (czyli hazardowej stolicy wschodniego wybrzeża USA), ponura prawda, którą zaraz wyłuszczę, objawiła mi się w całej swojej drastyczności.

Najpierw jednak dwie uwagi porządkujące. Po pierwsze, w międzyczasie filmowy wizerunek kasyna się zmienił - dla nowych pokoleń wychowanych na "Kac Vegas" (2009) nie ma ono już charakteru bondowskiego, czyli elitarnego, ale nadal jest super, mianowicie można się tam szaleńczo zabawić.

Po drugie, moje relatywnie częste wizyty w Las Vegas i Atlantic City nie wynikają z tego, żeby nagle zaczęło mi się znakomicie powodzić, tylko przeciwnie - luksusowe hotele w tych dwóch jaskiniach hazardu, które w weekendy kosztują po kilkaset dolarów za noc, w tygodniu są wielokrotnie tańsze, mianowicie po kilkadziesiąt dolarów za noc. Tyle samo lub więcej płaci się w przeciętnym, obskurnym motelu przy autostradzie.

W Las Vegas i Atlantic City bywam zatem niejako z konieczności, ponieważ nie stać mnie na nic lepszego.

Przechodząc do obiecanej prawdy o tamtejszych kasynach, to znajdują się one w ścisłej czołówce najsmutniejszych i najbardziej ponurych miejsc w Ameryce. W zadymionych, cuchnących papierosami wielkich salach gier tysiące starych, grubych lub brzydkich Amerykanów siedzi przed idiotycznymi automatami i benzamiętnie, jakby w maniackim stuporze, długimi godzinami wykonuje te same robotyczne ruchy, co ich chińscy towarzysze niedoli na drugim krańcu Pacyfiku. Przy ruletce zasiada może jeden procent bywalców kasyn. Kilka procent gra jeszcze w karty, głównie w oczko, a cała reszta morduje automaty, w których jedna gra kosztuje 25 centów.

Wszelka aktywność umysłowa jest w kasynie surowo zabroniona. W zeszłym roku w Atlantic City niejaki Don Johnson wygrał w oczko 16 mln dol., bo nauczył się zapamiętywać karty, które już zostały odkryte, i dzięki temu wiedział, co krupierowi zostało w talii. Ale to uważane przez kasyno za "oszukiwanie" i Johnson ma teraz zakaz wstępu do wszystkich kasyn w Ameryce!

Najlepszy klient to emeryt z początkami starczej demencji, dlatego hotele w Atlantic City mają własne terminale autobusowe, pod które dowożone są w kółko wycieczki takich właśnie emerytów.

Oczywiście każdy człowiek, również ja, ma własne sposoby na marnowanie życia, i marnowanie go w kasynie nie jest zapewne najgorszą możliwą opcją, jednakże nagromadzenie na niewielkiej powierzchni ludzi zbiorowo i bezsensownie marnujących sobie życie ma efekt szczególnie przygnębiający.
Posty: 2066 Strona 203 z 207
Wróć do „Substancje psychoaktywne”
Na czacie siedzi 56 uczestników Wejdź na czata

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: recreational-use i 1 gość