REKLAMA




Wieźli go do opuszczonego domu, gdzie miał zginąć, bo brat znalazł w lesie narkotyki

Długi reportaż o tym, co bolesnego może spotkać osobę przywłaszczającą sobie czyjś nielegalny towar.

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

TVN24 Magazyn
Bartosz Żurawicz
Komentarz [H]yperreala: 
Foto ilustracyjne.

Odsłony

681

Każda dziura w drodze sprawiała mu ból. Wnętrze bagażnika starego forda lepiło się od krwi z jego pękniętego łuku brwiowego. Łukasz starał się ułożyć tak, żeby jego popękane żebra jak najrzadziej odbijały się od blachy. Jechał do opuszczonego domu, gdzie miał zginąć.

Z bagażnika dobrze słyszał głosy tych, którzy go porwali. "W stronę Łasku jedź" - mówił jeden z porywaczy. Po jakimś czasie ten sam osobnik poinstruował: "Tutaj w prawo. Do lasu".

Łukasz* jechał tam, gdzie miał spędzić ostatnią dobę życia. Wiedział przecież, że nikt nie zbierze 100 tys. złotych. A na tyle czterech drabów w bluzach z kapturem wyceniło jego życie.

Samochód się zatrzymał. Zanim Łukasz mógł wyjść z bagażnika, jeden z oprawców zacisnął mu plastikową opaskę na rękach -  za plecami. - Nie będziemy cię nieść - usłyszał półżywy Łukasz.

Była noc, szli przez jakąś łąkę. Rosa zmoczyła mu buty. Nie mógł się nadziwić, że zwrócił na to uwagę w drodze na miejsce, gdzie miał być torturowany i w końcu zabity.

Cała piątka - Łukasz i ich czterech - doszli w końcu do opuszczonej rudery w środku lasu. Drzwi wejściowych nie było, wchodząc trzeba uważać na drewniany próg. Związany i obolały zakładnik by się o niego potknął, ale napastnicy oświetlali mu telefonami drogę zza jego pleców.

Stęchły zapach było czuć mimo wybitych okien. Grupa przeszła przez pokój pełen rozbitych butelek i połamanych mebli. Łukasz został rzucony na drewnianą ramę łóżka z metalowym dnem.

- Wysmarkaj się, bo zdechniesz - usłyszał. Zrobił, co kazali. Wepchnęli mu do ust jakąś folię, a potem zakneblowali.

Poczuł ból. Tym razem nie od kopnięć w głowę. Za mocno przywiązali go do łóżka. Przez chwilę się naradzali.

- Popuść mu na rękach, bo mu żyły zatamujesz i za szybko padnie - zwrócił uwagę jeden z tamtych.

Krzątali się przy nim jeszcze przez kilka chwil. Chyba. Bo Łukaszowi wszystko zaczęło się mieszać. Równie dobrze mogli stać nad nim godzinę...

W końcu wyszli. W domu w środku lasu zapanowała całkowita ciemność. Łukasz próbował ruszyć głową - nie dał rady. To samo z nogami. Ręce skrępowane za plecami też mu w niczym nie pomagały.

Bał się. Po pierwsze tego, że do sączącej się z jego twarzy krwi zleci się jakieś robactwo, a on nie będzie mógł się bronić.

Po drugie, że krew zapcha mu nos i się udusi. Leżał. Pomyślał o tym, że nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie fakt, że jego brat tydzień temu zgubił się na grzybach...

22 sierpnia 2016 roku

Marcin podjechał skuterem pod piętrowy bliźniak pod Łaskiem. U wujka Mirka i cioci Marty - bo tak nazywał rodziców zastępczych, którzy wychowali dwóch jego młodszych braci, mieszkał od kilku tygodni - od kiedy wyszedł ze szpitala po ciężkiej chorobie. Tu miał dojść do siebie. Potem miał wrócić do Widawy, do partnerki i dwuletniego synka.

Zjadł kolację. Irek - młodszy, 22-letni, brat - opowiedział mu o tym, jak zgubił się na grzybach w lesie. Opowiadał, że przez kilka minut szedł w losowym kierunku. Aż znalazł w trzcinie 20 doniczek z konopiami indyjskimi. Kilka metrów dalej były kolejne rośliny, tyle że rosły w ziemi.

Łukasz nie dopytywał, gdzie jest znalezisko ani co z nim zrobił Irek. Mruknął, że "z takim czymś trzeba uważać". Co innego Jacek, trzeci z braci - żywo zainteresowany plantacją.

24 sierpnia

Temat "zioła" powrócił. Irek opowiadał Łukaszowi, że Jacek ściął rośliny. I planuje na nich zarobić. Tyle że nie bardzo wiedział, od czego zacząć.

Kilka mokrych jeszcze roślin zawiózł znajomym z innej wsi. "Jak wam się spodoba, to przywiozę więcej. To jest za darmo" - przekonywał. Odzewu od "klientów" jednak nie było.

30 sierpnia

Łukasz wychodził do pracy. Doskoczył do niego wyraźnie przestraszony Jacek. Opowiadał, że wokół domu jest kilka radiowozów. "Węszą" – panikował. Powiedział, że w pokoju ma słoik pełen wysuszonej już marihuany, obwiązany dla niepoznaki szarą taśmą izolacyjną. Przyniósł go i dał Łukaszowi, który obiecał załatwić sprawę.

Zadzwonił do Sylwka, 45-letniego kolegi z Widawy. Łukasz wiedział, że lubi sobie przypalić. - Masz. Jakby ci się udało to komuś opchnąć, to super. Jak nie, to będziesz miał chociaż z czego sobie jointy robić - powiedział. Sylwkowi spodobał się pomysł. - Zadzwonię - powiedział. Łukasz odjechał na swoim czerwonym skuterze.

31 sierpnia

Wyjaśnienia oskarżonego, 45-letniego Sylwestra B.

Marihuanę otrzymałem od mojego kolegi Łukasza P., znaliśmy się od kilku lat. On pracuje w Widawie. Marihuana była w litrowym słoiku. Chciałem to sprzedać. Zadzwoniłem do Belo. Tak na niego mówią, nie wiem, jak się nazywa.

Zapytałem, czy chce kupić trochę zioła, bo mam na sprzedaż. Odpowiedział, że nie. Ale obiecał załatwić ludzi, co mogą chcieć kupić.

Za jakiś czas oddzwonił. Powiedział, żebym się z nim spotkał na stadionie w Widawie. Mieliśmy się spotkać wieczorem. Belo miał być z ludźmi, co chcieli kupić.

Jak się pojawiłem, to Belo stał z innymi ludźmi. Raczej młodsi. Podeszli do mnie i zaczęli mnie bić. Potem mnie kopali. Pytali, skąd mam towar. Bałem się, że będą mnie dalej bić, więc powiedziałem, że od Łukasza P. Tamci kazali mi do niego zadzwonić.

Łukasz skończył pracę na budowie. Było za późno, żeby odwiedzić dziewczynę i syna. Do domu przybranych rodziców mu się nie spieszyło, więc siedział jeszcze pod sklepem z dwoma kolegami. Wtedy zadzwonił telefon. Dzwonił Sylwek.

"Przyjedź na stadion" – w słuchawce usłyszał konspiracyjny ton. Po tych słowach Sylwek się rozłączył.

Łukasz nie czuł się zaskoczony. Wyobrażał sobie, że właśnie tak rozmawiają ze sobą ci, co mają załatwiać podejrzane interesy. A Sylwek – jak spodziewał się Łukasz – pewnie znalazł kupca na marihuanę ze słoika. Było około 20, kiedy czerwony skuter wjechał na teren okalający wyremontowane niedawno boisko piłkarskie otoczone niewielkimi trybunami.

Łukasz ledwo minął bramę, kiedy ktoś go złapał za ubranie i zrzucił ze skutera, który przejechał jeszcze kilkadziesiąt metrów bez kierowcy.

Nie pamięta, czy kask mu spadł, czy też mu go zdjęli. Kiedy był kopany po głowie, z pewnością już go nie miał.

- Wiesz za co?! – pytał jeden z kopiących. – Za co, kurwa?! – ponowił pytanie, kiedy zamiast odpowiedzi słyszał tylko jęki.

- Za zioło! Złodzieju pierdolony! – wrzeszczał drugi z kopiących. Przestali kopać. Łukasz tłumaczył, że to pomyłka. Że on z towarem nie ma nic wspólnego. Że brat znalazł konopie w lesie.

Tamci zapytali, jak się nazywa brat i gdzie mieszka.

- Jacek. Mieszka tam, gdzie ja. Pokażę gdzie – odpowiedział mocno już poturbowany.

W odpowiedzi usłyszał, że "jest kurwą, co brata sprzedała".

Wyjaśnienia oskarżonego, 26-letniego Mateusza G.

Marihuanę w lesie zasialiśmy we dwóch z Łukaszem K. Nasiona kupiłem przez internet za około 2,6 tys. złotych. Plantację umieściliśmy w miejscu, gdzie prawie nikt nie chodzi. 29 sierpnia we dwóch pojechaliśmy na plantację. Okazało się, że ktoś nam ukradł cały towar. Bardzo się zdenerwowaliśmy. 31 sierpnia zadzwonił do mnie Łukasz K. i powiedział, że już wie, kto ukradł nam zioło. Pojechałem na stadion. Tam miał przyjść ten ktoś, kto ma marihuanę z nieznanego źródła. Złapałem go i uderzyłem. Potem on zadzwonił po swojego kolegę. Zamknęliśmy go w bagażniku i pojechaliśmy do niego do domu, bo tam podobno były nasze rośliny.

Mirosław Mazur* był jeszcze na podwórku, kiedy pod bramą pojawiło się dwóch chłopaków ciemnych bluzach. – My do Irka. Musi nam coś oddać – mówili nieznajomi. Mazur nie miał biologicznych dzieci, ale wychował od małego dwóch chłopaków. Nauczył się stanowczości.

- Panowie, czego by wam nie był winny, to już nie pora. Sprawa poczeka do jutra – powiedział. Nieznajomi próbowali jeszcze coś odpowiedzieć i przejść przez furtkę, ale właściciel zagrodził im drogę i kazał wyjść. Posłuchali. Jacek – niespodziewający się jeszcze niczego złego – dostał telefon. Dzwonił Łukasz. "Mają mnie. Oddaj im, co masz, albo mnie zabiją!" – usłyszał. Potem ktoś mu wyrwał słuchawkę. "Stoimy pod bramą. Razem z twoim braciszkiem. Masz dwie minuty".

Irek nie odważył się wyjść. Przed bramą stali za to Mirosław Mazur i dziewczyna Jacka, która trzymała wiaderko po twarogu z wysuszoną marihuaną i reklamówkę z mokrymi jeszcze konopiami.

- A reszta? - zapytał jeden z przyjezdnych.

Dziewczyna zarzekała się, że to wszystko. W odpowiedzi usłyszała, że "tam było towaru za 100 tys. złotych". Ultimatum brzmiało tak – albo rodzina odda rośliny, albo gotówkę.

Łukasz został wypuszczony z bagażnika. Miał zakrwawioną twarz i był ciągle zgarbiony.

- Kasa albo on już nie wróci. A chałupę też wam spalimy – usłyszała rodzina. Potem Łukasz został załadowany do bagażnika. Banda odjechała wraz z nim.

Wyjaśnienia oskarżonego, 26-letniego Mateusza G.

Uradziliśmy, że ten chłopak dość już dostał za brata. Pomysł był taki, żeby wywieźć go, związać, a następnego dnia wypuścić. Chcieliśmy ich tylko nastraszyć.

1 września

Mirosław Mazur nie spał całą noc. Podobnie zresztą jak reszta rodziny. Pierwszy raz w życiu nie wiedział, co robić.

Rodzina bała się iść na policję, bo tamci powiedzieli, że mają wtyki na policji. I jak się ktoś zgłosi w tej sprawie, to Łukasz od razu zostanie zabity. Rozmowy trwały całą noc. W końcu rodzina uradziła, że trzeba iść na policję, bo sami z mafią nie wygrają.

Nie było jeszcze godziny 10, kiedy na komendzie w Łasku pojawiła się specjalna grupa z Warszawy specjalizująca się w walce z grupami narkotykowymi i handlem ludźmi.

- To bardziej żołnierze niż policjanci – spojrzał na nich jeden z łaskich policjantów.

"Żołnierze" przywieźli do Łasku kilogramy sprzętu – karabiny, granaty hukowe, kamizelki kuloodporne etc. Mogli działać od zaraz. Tylko gdzie?

Miejscowi funkcjonariusze stwierdzili, że jeżeli ktoś został uwięziony za narkotyki, to miejscowi dealerzy coś muszą wiedzieć. Jeszcze przed południem zatrzymali Roberta B., ps. "Belo". Wystarczyło go przycisnąć.

Notatka operacyjna policji z 1.09.2016 r.

Zatrzymany w tej sprawie Robert B. wskazał na opuszczony dom w miejscowości Świerczów w gminie Widawa. Znajduje się on w oddali innych zabudowań. Na tym oględziny zakończono z uwagi na zagrożenie, że w środku może znajdować się porwany Łukasz P.

Patrol wrócił na komendę w Łasku. Tu przygotowano plan akcji. "Żołnierze" z Warszawy opracowali plan odbicia zakładnika. Do wnętrza zrujnowanego pustostanu z obu stron miały być wrzucone granaty hukowe, a po kilku sekundach mieli tam wbiec uzbrojeni po zęby policjanci w kominiarkach.

***

Łukasz był w letargu. Nie pamięta, żeby spał. Ale czas płynął mu inaczej niż kiedykolwiek dotąd. Wiedział, że nastał już dzień, bo wreszcie mógł zobaczyć przed sobą oskrobaną ścianę pełną pajęczyn. Nie wiedział, czy został tu porzucony na zawsze i umrze z głodu i pragnienia. Ta wizja była nawet mniej przerażająca niż ewentualny powrót oprawców. Bał się, że będzie torturowany i ostatecznie zamordowany.

Przez noc udało mu się ściągnąć knebel i wypluć folię z ust. Oddychał więc swobodnie. Próbował nawet krzyczeć, ale w końcu zrezygnował. Uznał, że musi być na zupełnym odludziu, bo nie słyszał ani przejeżdżających samochodów, ani ludzi. Co jakiś czas słyszał tylko przelatujące muchy i pszczoły.

I zaczęło się! Najpierw poczuł wstrząs, dopiero potem huk. Potem drugi, trzeci, piąty i ósmy. Hałas nie z tej ziemi. I krzyki. Na początku Łukasz nic nie rozumiał. Chwilę mu zajęło, zanim wyłapał słowo "policja!".

***

Po uwolnieniu zakładnika policjanci zorganizowali zasadzkę w opuszczonym budynku. Jeden z uzbrojonych policjantów został w środku, kilkunastu obstawiało ruderę ukryci w okolicznych zaroślach. Czekali kilka godzin. Około 19.30 przyjechało tu Łukasz K. i Mateusz G. Nie stawiali oporu.

Prokuratura w tej sprawie oskarżyła ich o udział w zorganizowanej grupie przestępczej oraz uprowadzenie i przetrzymywanie zakładnika w celu wymuszenia okupu. O to samo oskarżony jest też Robert B. ps. "Belo" oraz Sylwester B. Na początku śledztwa wszyscy trafili do aresztu. Obecnie na wolności jest Sylwester B.

Prokuratura uznała, że wszyscy dopuścili się szczególnego udręczenia Łukasza P. Polski Kodeks karny uważa zarzucane im przestępstwa za zbrodnię, za którą grozi od 5 do 15 lat więzienia.

Łukasz K. odmówił składania wyjaśnień.

Mateusz G. początkowo nie chciał współpracować ze śledczymi, potem jednak przyznał się do porwania Łukasza P.

Robert B. nie przyznaje się do winy. Twierdzi, że jego rola w przestępstwie była bierna.

Sylwester B. twierdzi, że padł ofiarą przemocy ze strony sprawców i nie miał nic wspólnego z porwaniem. Prokuratorzy twierdzą jednak, że uczestniczył w przestępstwie.

Policja szuka listem gończym jeszcze jednego z porywaczy. Materiały dotyczące jego sprawy zostały wyłączone do odrębnego postępowania.

Akt oskarżenia w tej sprawie trafił do sądu w maju. Po wakacjach ma odbyć się pierwsza rozprawa.

Obrażenia Łukasza P. nie zagroziły jego życiu.

Policja wszczęła postępowanie w sprawie posiadania przez Łukasza P. i jego braci narkotyków.

Reportaż powstał na podstawie akt sprawy udostępnionych mi przez Sąd Okręgowy w Sieradzu. Imiona i nazwiska osób poszkodowanych zostały zmienione, aby zapewnić im anonimowość.

Oceń treść:

Average: 10 (1 vote)
Zajawki z NeuroGroove
  • Dekstrometorfan

Set & Setting :

Pora roku – wiosna, 9 maja

Lokacje - wielka polana, miasto, las, krzaki nad jeziorem

Nastrój - świetny

Cel - przeżycie kolejnej przygody z moją ulubioną substancją

Dawkowanie:

Dawka - 630mg Dekstrometorfanu

Waga - 90kg = 7mg DXM/kgmc

2 tabletki Acodinu co 1min

Wiek: 17 lat

Doświadczenie : Dekstrometorfan, Benzydamina, Thc

  • Marihuana


Substancja:LSD-25 pod postacią małego kartonika z nadrukiem

(kot z Alicji w krainę czarów).

Jestem mężczyzną, wiek: 21 lat, waga: 81kg.

Doświadczenie: konopie: prawie codziennie od 5 lat, DXM -

kilkanaście razy, grzybki: kilka razy, meskalina - kilka razy

(w bardzo małych dawkach), amfetamina: kilka razy, LSD - 1 raz

zjadłem 0,5 kartonika, ale wypiłem do tego 6 piw, więc moje

doświadczenie z kwasem zostało zatarte przez katatoniczne

zejście alkoholowe:(.


  • Dekstrometorfan
  • Marihuana
  • Tripraport

Prawie pusty żołądek. Miejsce: miasto, później mój pokój. Substancje zeżarte rano tego dnia: Loratadyna 10mg, Fenspiryd 80mg. Za oknem pada deszcz, noc ma dobry klimat do tripowania. [edit]: Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że jadłem tego dnia również 600mg Piracetamu.

21:10 Pada deszcz, noc jakoś dziwnie sprzyja tripowaniu. Przypominam sobie, że zawsze chciałem spróbować kody. Wchodzę na hypka, czytam metody ekstrakcji, po czym stwierdzam, że dziś nie mam na to warunków i odłożę to na inny dzień. Ale chęć na tripa pozostała. Wybrałem się więc do apteki po coś co zdąrzyłem już dobrze poznać- Acodin.

21:45 Kupiłem paczkę i zacząłem zarzucać po 1. Poszedłem spotkać sie ze znajomymi.

22:30 Zarzuciłem już 20 tabsów, popiłem kilkoma łykami Harnasia. Dobrze mi się rozmawia.

  • Bad trip
  • Dekstrometorfan

13.11.2008

[chyba już kultowy raport, przynajmniej w dziale DXM, a założę się, że wiele osób i tak jeszcze go nie miało okazji przeczytać, więc poznajcie jeden z niewielu polskich opisów plateau sigma]

To co wam opiszę wydarzyło się naprawdę i nic nie będę ściemniał. Miałem już więcej nie zaglądać, ale to trzeba wam napisać. Tylko proszę by zostało to tu na forum.