REKLAMA




Sposób na dopalacze był, ale nie było woli

Handlarzy dopalaczami można ścigać z paragrafu "za narażanie zdrowia i życia". Ale policja i prokuratura niechętnie korzystały z tej możliwości, wolały nic nie robić.

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

wyborcza.pl
Piotr Żytnicki
Komentarz [H]yperreala: 
Eureka.

Odsłony

635

Handlarzy dopalaczami można ścigać z paragrafu "za narażanie zdrowia i życia". Ale policja i prokuratura niechętnie korzystały z tej możliwości, wolały nic nie robić.

Od tygodnia telewizje pokazują zdjęcia nieprzytomnych, młodych ludzi podłączonych do aparatury ratującej życie. Do tego rosnące z dnia na dzień statystyki zatruć dopalaczami. To musi robić wrażenie. Powstają sztaby kryzysowe, organizowane są narady i konferencje prasowe. Prokuratura Generalna zbiera informacje o śledztwach w sprawie dopalaczy, apolicja rzuca na front najlepszych funkcjonariuszy, zapowiadając jeszcze współpracę z Interpolem. Czyli wszystkie ręce na pokład.

Razi mnie taka "akcyjność" służb. Ich cel jest jeden: uspokoić opinię publiczną, zapewnić, że państwo działa jak należy. Szkoda, że na co dzień nie jest już tak pięknie.

- W starciu z dopalaczami polskie państwo jest bezradne. Nigdy ich nie dorwiemy, bo zawsze będą krok przed nami - mówił mi sześć lat temu poznański prokurator Jacek Bedryj, który prowadził największe w kraju śledztwo w sprawie handlu dopalaczami. Umorzył je, bo gdy przechwycono transport dopalaczy, ich składniki nie były jeszcze na liście substancji zakazanych, a lekarze stwierdzili, że nie można przesądzać o ich szkodliwości.

Przez kolejne lata wiele się zmieniło: podczas głośnej akcji w 2010 r. rząd zamknął większość sklepów z dopalaczami, liczba zatruć gwałtownie spadła. Ale potem pojawiły się nowe sklepy i nowe dopalacze. Jeszcze groźniejsze, bo w miejsce zdelegalizowanych substancji powstały w laboratoriach nowe, mocniejsze.

Liczba zatruć dopalaczami znów zaczęła rosnąć. Tylko w ubiegłym roku do szpitali w całej Polsce trafiło 2,5 tys. ludzi. Podejrzewa się, że kilkanaście zmarło z powodu dopalaczy. Potwierdzone są dwa przypadki.

Gdy przed tygodniem w Poznaniu, tuż przy sklepie z dopalaczami, znaleziono cztery nieprzytomne osoby, a następnego dnia kolejne pięć, zapytałem policję, co zamierza zrobić. Usłyszałem, że nie jest prowadzone żadne dochodzenie, bo nie ma podstaw. Ktoś się zatruł? Jego sprawa.

Zanim dopalacze ponownie trafiły na czołówki gazet, próbował działać wielkopolski sanepid. Tylko w tym roku kazał zamknąć 29 sklepów z dopalaczami. Ale powstały nowe. Sanepid nakładał kary na właścicieli sklepów - w tym roku już 1,6 mln zł. Ale komornicy nie potrafią ich wyegzekwować.

Jednak w polskim prawie był paragraf umożliwiający walkę z tymi dopalaczami, które są niebezpieczne, ale nie zawierają zakazanych substancji.

Andrzej Trybusz, szef poznańskiego sanepidu napisał do prokuratury w Poznaniu, by ścigała handlarzy dopalaczami za sprowadzanie zagrożenia dla zdrowia i życia wielu ludzi. Miał mocne argumenty: w poprzednim roku dopalaczami zatruło się w Wielkopolsce blisko 180 osób, w tym roku - już ponad 330.

Dotychczas z tego paragrafu skorzystało ledwie kilku prokuratorów. Prokuratura z Poznania odmówiła wszczęcia śledztwa, powołując się na opinię biegłych sprzed... sześciu lat. Biegli badali wtedy dokumentację medyczną kilku zatrutych osób, ale uznali, że nie można obwiniać za to sprzedawców dopalaczy. Bo przecież informowali, że dopalacze nie nadają się do spożycia. Jaką wartość ma ta opinia dzisiaj, gdy do szpitali hurtowo przywożeni są kolejni zatruci coraz mocniejszymi dopalaczami? Wydaje się, że żadną, ale dla prokuratury wystarczającą, by umyć ręce.

Szef sanepidu decyzję prokuratury dostał tuż przed potopem nowych zatruć. Jakie musiało być jego zdziwienie, gdy parę dni temu szef wielkopolskiej policji Rafał Batkowski zapowiedział, że handlarze będą ścigani za narażanie zdrowia i życia? Czyli z tego samego paragrafu, z którego jeszcze niedawno nie chciała ścigać ich prokuratura.

Nie chcę przesądzać, czy to nagłe olśnienie jest wynikiem przypływu dobrej woli czy politycznej dyspozycji. Faktem jest, że takie olśnienia zdarzają się niezwykle często. Przez kilka miesięcy opisywałem nękanie lokatorów poznańskich kamienic. Grupa wynajętych osiłków próbowała ich wykurzyć, odcinając wodę, rozbijając ściany. "Czyściciele" niemal każdego dnia szokowali nowymi pomysłami: ubrani w peruki podrzucali robaki na wycieraczki i padlinę do skrzynek na listy. Policja nie reagowała. Dopiero gdy sprawa stała się wystarczająca głośna, "czyścicieli" zatrzymano i oskarżono. Pamiętam, jak rzecznik policji tłumaczył potem, że znalazły się "nowe dowody". Tymi dowodami były zeznania lokatorów, których wcześniej policja słuchać nie chciała.

W Gnieźnie dopalaczami zatruły się właśnie trzy osoby. Policja błyskawicznie ustaliła, kto sprzedawał im dopalacze. Dwie osoby mają odpowiadać za narażenie na utratę zdrowia i życia. Czyli można działać szybko i skutecznie. Czy potrzeba było do tego setek zatrutych ludzi w szpitalach? 

Oceń treść:

Brak głosów

Komentarze

Piotr (niezweryfikowany)
<p><strong><em>"sprowadzanie zagrożenia dla zdrowia i życia wielu ludzi"</em> </strong></p><p>Zaraz, zaraz. Przecież te środki są sprzedawane jako produkty nie do spożycia. Odświeżacze powietrza, pochłaniacze wilgoci, kadzidełka zapachowe. Jeśli ktoś spożyje udrażniacz do rur lub wypije denaturat to sprzedawca ma być sądzony z tego paragrafu?&nbsp; Wynikałoby z tego, że w Polsce od dziś można sprzedawać jedynie rzeczy jadalne.</p>
pokolenie Ł.K.
<p>Naprawdę sądzisz, że jakakolwiek prokuratura powinna brać pod uwage takie durne wykręty?&nbsp;</p>
Piotr (niezweryfikowany)
<p>Hmm. Działanie sprzedawcy zgodne z prawem będzie dla prokuratora durnym wykrętem?</p><p>Od razu zaznaczam, że nie jestem żadnym sprzedawą dopalaczy. Myslę jednak, że pewnych rzeczy się juz nie wyeliminuje. Nie ma sklepów z tradycyjnymi narkotykami, ale narkotyki kupić można. To samo będzie&nbsp; z "dopalaczami". Zamknięcie sklepów tego nie zmieni.</p>
KamienneSerce (niezweryfikowany)
<p>Niestety, czy to są durne wykręty czy nie, prawo nie może o tym przesądzać. Na produkcie jest informacja "nie do spożycia"? Sprzedawca jest kryty. Wszyscy wiemy, że sprzedaje się to w celu spożycie? Co z tego... wszyscy wiemy też, że politycy biorą w łapę, ale nie zamykamy ich zaraz po wybraniu. Potrzebne są dowody. Co kupujący zrobi z dopalaczami jego sprawa. Jeśli ktoś kupi nawóz i zrobi bombe to też sprzedawca naraził życie? Wiem, że takie argumenty to beszczelne plucie w twarz wymiarowi sprawiedliwości, ale niestety prawo musi mówić, że deszcz pada, dopuki nie zdobędzie twardych dowodów, że to nie deszcz.</p>
pokolenie Ł.K.
<p>Nie tylko może przesądzać, ale musi. Bardzo często sędzia musi orzec czy sprawca działal umyślnie, czy nie, czy miał zamiar taki, czy inny - to wszystko są rzeczy materialnie nieweryfikowalne, a jednak robi się to cały czas. Dopalacze nie mają żadnych cech użyteczności jako nawozy, sole do kapieli, pochłaniacze wilgoci czy co tam jeszcze wymyślają. Sprzedawca, który wprowadza klienta w błąd w kwestii właściwości takiego produktu (włącznie z jego składem), naraża jego zdrowie, ponieważ uniemożliwia mu podjęcie racjonalnej decyzji o stosowaniu produktu. Sugestia "Nie do spożycia" niczego nie załatwia. Co innego, gdy mamy do czynienia z porządnym sklepem RC dostarczającym czystą, zgodną z umową substancję z kartą charakterystyki - wtedy IMO&nbsp;nie ma się do czego przyczepić, ponieważ klient jest w pełni poinformowany, zaś produkt jak najbardziej nadaje się do tego, do czego wg. deklaracji służy, tj. prowadzenia badań.</p><p>&nbsp;</p><p style="padding-bottom: 10px; color: #6d7680; font-family: open_sans; font-size: 12px; line-height: 19px;"><strong><em><br></em></strong></p><p style="padding-bottom: 10px; color: #6d7680; font-family: open_sans; font-size: 12px; line-height: 19px;">&nbsp;</p><p style="padding-bottom: 10px; color: #6d7680; font-family: open_sans; font-size: 12px; line-height: 19px;">&nbsp;</p>
El. (niezweryfikowany)
<p>Załatwia bardzo wiele - na domestosie również masz informacje, aby unikać kontaktu ze skórą, oczami i połknięciem. A czy producent wsadził tam środki żrące czy jest to tylko zabarwiona woda? To weryfikuje klient używając - działa lub nie działa. MY wiemy, że to pic na wodę, ale prawo musi twardo wykazać, że działał celowo. To może wykazać tylko przyznanie się do winy lub zeznania świadków, które potwierdzą, że dany Pan oferował coś jako środki odurzające. Nie mieszajmy prawa z własną inwencją twórczą. Prawo to prawo, a "króla dopalaczy" również obowiązuje domieniamie niewinności.&nbsp;</p>
pokolenie Ł.K.
<p>Nie rozumiem co miałby obrazować przykład z Domestosem - tak, jeśli stoi tak na etykiecie, to są tam środki żrące. Muszą być, inaczej producent odpowie karnie.&nbsp;</p><p>&nbsp;</p><p>Prawo mówi jasno o narażeniu czyjegoś zdrowia, a sprzedaż komuś środka, który nie nadaje się do deklarowanego celu, zawiera natomiast substancje niebezpieczne dla zdrowia i życia - o czym sprzedawca nie informuje, nie udostępniając też posiadanej przez siebie informacji o składzie, dzięki której klient sam mógłby zorientowac się w istniejącym zagrożeniu - takim narażeniem niewątpliwie jest.&nbsp;</p><p>&nbsp;</p><p>Poza tym - sąd &nbsp;bynajmniej nie musi "wykazać, że działał celowo", ponieważ to konkretne przestępstwo jak najbardziej można popełnić nieumyślnie/przez zaniechanie.</p><p>&nbsp;</p><p>&nbsp;</p>
El. (niezweryfikowany)
<p>Odpowie za to karnie jeśli tych informacji by tam na domestosie nie było. Ale skoro są to nie będzie ponosił odpowiedzialności za to, że ktoś to zje. Przy dopalaczach jest dokładnie tak samo - kadzidła, pochłaniacze wilgoci nie do spożycia przez ludzi.</p><p>Informuje o przeznaczeniu i zakazie spożywania. Jest informacja? Jest. To wystarczy, aby prawo było po ich stronie. Tak każe domniemanie niewinności. Każda najmniejsza wątpliwość jest na ich korzyść. To co różni te dwie sprawy to prawo - wszystko co masz w domestosie ma swój papierek, że jest dopuszczone do użytku i obowiązek podania składu na opakowaniu. Substancji, które nie są oficjalnie dopuszczone, ale też nie są prawnie zakazane to nie obowiązuje.&nbsp;</p><p>Owszem, można popełnić nieumyślnie, ale "sąd" musiałby wykazać, że to sprzedawca przyszedł do klienta, a nie na odwrót. Nie można obwinić kogoś, że przyszła do niego ktoś po środek do czyszczenia mebli, a następnie się nim otruł (napisałem w cudzysłowie, ponieważ znowelizowany KPK stawia sędzie w roli bezstronnego arbitra i to prokurator musi przedstawić dowody na bezwzględną winę oskarżonego. Innymi słowy na rozprawach od 1 lipca odbywają się wojny na dowody)</p><p>Całe zagadnienie dopalaczy jest ekstremalnym lawirowaniem między poszczególnymi paragrafami, które często potrafią sobie przeczyć. Wszystko przez brak uregulowania prawnego, który sprawia, że takie idiotyczne przykłady są jak najbardziej na miejscu. Nie można karać za coś, co nie jest uregulowane. Wystarczy spojrzeć na ilość oskarżonych. Nie dość, że mało kto odpowiada (bo nie ma na czym oprzeć zarzutów) to jeśli dostaną to wyroki są niskie i najczęściej w zawieszeniu.&nbsp;</p><p>&nbsp;</p>
pokolenie Ł.K.
<p><span style="font-family: Verdana, 'Bitstream Vera Sans', Arial, Helvetica, sans-serif; font-size: 11.960000038147px; line-height: 19.5px; text-align: justify; background-color: #c9cbea;">&lt;&lt;Informuje o przeznaczeniu i zakazie spożywania. Jest informacja? Jest. To wystarczy, aby prawo było po ich stronie. &gt;&gt;</span></p><p>&nbsp;</p><p><span style="font-family: Verdana, 'Bitstream Vera Sans', Arial, Helvetica, sans-serif; font-size: 11.960000038147px; line-height: 19.5px; text-align: justify; background-color: #c9cbea;">Nie wystarczy, ponieważ brakuje podstawowych informacji:</span></p><p><span style="font-family: Verdana, 'Bitstream Vera Sans', Arial, Helvetica, sans-serif; font-size: 11.960000038147px; line-height: 19.5px; text-align: justify; background-color: #c9cbea;">1. O tym, że środek stanowi zagrożenie dla zdrowia i jakiego jest ono rodzaju</span></p><p><span style="font-family: Verdana, 'Bitstream Vera Sans', Arial, Helvetica, sans-serif; font-size: 11.960000038147px; line-height: 19.5px; text-align: justify; background-color: #c9cbea;">2. Czym jest środek w istocie (wówczas kupujący mógłby sam zdobyc informacje z punktu 1)</span></p><p>&nbsp;</p><p><span style="font-family: Verdana, 'Bitstream Vera Sans', Arial, Helvetica, sans-serif; font-size: 11.960000038147px; line-height: 19.5px; text-align: justify; background-color: #c9cbea;">Dalej: w prawie nie ma czegoś takiego jak "zakaz spożywania", zaś adnotacja o nieprzeznacznieu do spożycia informuje jedynie o tym, że nie jest to produkt dopuszczony do obrotu jako środek spożywczy. Nie wynika z tego nic na temat kwestii, czy produkt jest szkodliwy, czy nie. Ergo - tą informację sprzedawca przed kupującym ukrywa. Zresztą - &nbsp;przeznaczenie produktu tak naprawdę nie ma tu nic do rzeczy. To nie są przecież zagadnienia z zakresu prawa handlowego i etykietkologii, tylko karnego, gdzie liczy się związek przycyznowo-skutkowy, który między ukrywaniem przed klientem tego typu informacji lub wręcz wprowadzaniem go w błąd, a zatruciem lub zgonem niewątpliwie zachodzi.</span></p><p>&nbsp;</p><p style="text-align: justify;"><span style="font-family: Verdana, 'Bitstream Vera Sans', Arial, Helvetica, sans-serif;"><span style="font-size: 11.960000038147px; line-height: 19.5px; background-color: #c9cbea;">W kwestii tego, że postępowanie takie byłoby dowodowo trudne - jest to prawda. Ale nie niemożliwe - przy czym trzeba by mieć świadomość, że nie mogłoby to służyć do zamykania sklepów jak leci, a jedynie w w wypadkach, gdy faktycznie komuś coś się stało. Jesli natomiast chodzi o nowe zasady po 1 lipca - artykuł dotyczył raczej zaniechań z całego okresu funkcjonowania dopalaczy na rynku.</span></span></p>