7 nasion Powoju hawajskiego - Argyreia nervosa (Hawaian Baby Woodrose).
1.XI.2003r
Spider's Web recenzuje serial dokumentalny Netfliksa.
Pławiący się w luksusach i powoli zmierzający na dno Pablo Escobar to tylko jedna strona medalu narkotykowego przemysłu. Twórcy „Narkobiznesu” próbują pokazać jego inne oblicze i to, w jaki sposób wpływa na życie przeciętnych ludzi.
W „Narkobiznesie” była analityczka CIA Amaryllis Fox zabiera nas za kulisy tytułowego przemysłu. W kolejnych odcinkach przygląda się produkcji i dystrybucji kokainy, dopalaczy, heroiny, metamfetaminy, marihuany i opioidów. W każdym epizodzie rozmawia z ekspertami od interesującego ją narkotyku, uzależnionymi od danej substancji czy dilerami. Chce w ten sposób pokazać blaski i cienie dochodowego biznesu, jednocześnie nadając mu ludzką twarz. Narrację tworzą indywidualne historie, pojedyncze dramaty i spostrzeżenia. Chociaż nie brakuje suchych danych statystycznych, słupków, diagramów i wykresów, to na pierwszym miejscu stoi tu człowiek i jego osobiste doświadczenia. Te stają się częścią większej całości, metonimią szkodliwego procederu, który zbiera krwawe żniwa.
Leonardo Fasoli, Mauricio Katz i Stefano Sollima zainteresowani są jednak ludźmi stojącymi u szczytu narkotykowego biznesu. Przyglądają się osobom odpowiedzialnym za dystrybucję kokainy i opowiadają o przemyśle z ich perspektywy. Fox interesuje oddolny wymiar procederu. Chce pokazać, w jaki sposób nielegalne substancje wpływają na życie jednostek z nich korzystających i jak system stworzony przez kartele wykorzystuje najbiedniejszych, kusząc ich perspektywą szybkiego zarobku. Tytułowy „Narkobiznes” to mężczyzna, który przez nałóg stracił dom i rodzinę. To przemytnik z nizin społecznych, który stracił nogę uciekając przed policją. To kobieta, która nie mając wyboru zaczęła handlować, aby wyżywić rodzinę. To rolnik, który od świtu do nocy macha motyką za marne grosze od przestępców zdobywających miliony dzięki jego pracy.
Mimo takiego ujęcia tematu, Fox nie moralizuje. Zdarza jej się co prawda oceniać sytuację i często komentuje dane historie, opowiadając o swoich wrażeniach i osobistych doświadczeniach. Jednocześnie jednak próbuje szukać rozwiązania. Nie jest nim wypowiadana przez rządy na całym świecie wojna przeciw narkotykom, która w Stanach Zjednoczonych pochłania więcej miliardów dolarów niż walka z terroryzmem. Wprowadzane zakazy zupełnie nie działają. Politycy popełniają tym samym błąd patrząc jedynie na statystyki. Są głusi na nawoływania progresywnych naukowców szukających sposobu na wykorzystanie nielegalnych substancji w celach leczniczych i zbyt szybko ulegają społecznym panikom. Dlatego żołnierze wracający z misji ze stresem pourazowym są pozostawieni samym sobie i skazani na nieskuteczne terapie, zamiast sesji z psychodelikami dającymi pożądane efekty.
Staje się to jasne w dwóch ostatnich odcinkach. Rząd amerykański, krótko mówiąc, zawiódł legalizując marihuanę. Z tego powodu przedsiębiorcy próbujący swoich sił na rynku często przegrywają w walce z biurokracją i wolą działać w obszarze szarej strefy. Politycy nie zrobili też nic, kiedy w latach 90. wielki koncern farmaceutyczny, patrząc jedynie na zyski, uzależniał od opioidów kolejnych pacjentów, prowadząc ich prosto do dilerów handlujących heroiną. Podobne oskarżenia i tematy podejmowane w serialu można mnożyć. Jest ich całkiem sporo. Mogłoby się więc wydawać, że twórcy kompleksowo ujmują interesującą ich kwestie. Nic bardziej mylnego.
„Narkobiznes” zawodzi tam, gdzie należałoby wejść w temat głębiej. Porównać z sytuacją w innych krajach. Fox nawet jeśli opuszcza granice Stanów Zjednoczonych, to jednak one są jej głównym obiektem zainteresowań. Z tego powodu prowadząca często utyka na mieliznach, rzucając kolejnymi frazesami. Twórcy w powierzchowny sposób dotykają skomplikowanych problemów. Problemem prawdopodobnie jest nadmiar podejmowanych przez nich tematów, przez co na przestrzeni niespełna 50-minutowych odcinków nie są w stanie dokładnie przeanalizować sytuacji związanej z daną substancją. Z tego powodu serial należy potraktować jako ciekawostkę, która niewiele wniesie do dyskusji, która od dawna toczy się wokół narkotyków. Tym samym seans, chociaż przyjemny, pozostawi po sobie wielkie poczucie niedosytu.
7 nasion Powoju hawajskiego - Argyreia nervosa (Hawaian Baby Woodrose).
1.XI.2003r
Set: Z racji tego, że jestem osobą uzależnioną miałem lekkie obawy przed przyjęciem grzybów, tym bardziej iż uczestniczę aktualnie w terapii uzależnień. Z drugiej strony miałem świadomość tego co robię, jaki wpływ ma na mnie psylocybina i co chcę osiągnąć (zgłębić siebie, nawiązać kontakt z naturą). Nie używałem żadnych innych substancji psychoaktywnych od ponad czterech miesięcy. Z przyjęciem grzybów czekałem na odpowiedni moment w życiu od ich ususzenia, to jest od pół roku. Setting: Z samego początku mieszkanie w bloku. Następnie, gdzie odbyła się większa część podróży - łąki, lasy i góry. To był słoneczny, wiosenny dzień. Cały czas byłem z trzema znajomymi, z tymże jedna z tych osób była mi szczególnie bliska - był to mój przyjaciel.
Wstałem rano z myślą, że to właśnie dziś jest ten dzień. Czekałem na niego pół roku, nie śpieszyło mi się. Wiedziałem, że jeśli chodzi o psylocybinę nie ma się co pośpieszać - w końcu nadejdzie odpowiedni moment.
T -60 do -30 minut
Wypiłem nektar z czarnej porzeczki.
T 0
Zjadłem z przyjacielem po około trzy i pół grama ususzonych cubensisów.
To była moja 3 próba i jak dotąd najbardziej udana :) Salvia pochodziła z
botanic-art (tak tak, z tej majowej promocji, dzięki Black za infosa :),
nabiłem równowartość 3 lufek drobno pokruszonych liści do bongosa i nie
odrywając zapalniczki od stuffu sciagnąłem 4 duże buchy, długo
przetrzymując dym w płucach.
Samotnie w mieszkaniu. Podekscytowany, spokojny, jednak z lekkimi obawami. Miałem chyba nadzieję, że Don Mescalito pomoże mi rzucić tytoń.
Witajcie duszyczki. Don Mescalito wołał mnie od chyba dwóch lat. Zapraszał do siebie, a ja chyba nie czułem się godzien. Od maja leżała u mnie paczuszka z 32g listków wyschniętej kory peruvian torch. Jarałem się tym faktem, choć nie czułem się gotowy. Jakiś miesiąc temu śniła mi się ta wyprawa, na którą w końcu się wybrałem... sam.