Btw, skoro mowa o jebniętym i niewiarygodnym, czy opowiadałem już o tym, jak goniło mnie belgijskie wojsko?
23 października 2020Dualizm22 pisze: CHCESZ WIEDZIEĆ WIĘCEJ ? DOPAL TO CO ZOSTAŁO W BUTELCE.
scalono - detronizator
07 czerwca 2026Termos789 pisze: "Dawno i nieprawda" to taka ekspresja. Stuprocentowo wierzę, chociaż znam go tylko z tego co opisuje na forum ale kilkukrotnie bardziej jebnięte historie słyszałem i sam przeżywałem, no więc...
Btw, skoro mowa o jebniętym i niewiarygodnym, czy opowiadałem już o tym, jak goniło mnie belgijskie wojsko?
Rzecz działa się w północno zachodniej Belgii, gdzie jako młody chłopaczek przyjechałem niedawno by zarobić dużo gotówki. Był to w zasadzie szczyt mojej kariery zjarusa. Pierwsze prawdziwe "samodzielne" życie i pierwsze "poważne" pieniądze zamieszały mi w głowie. Według różnych obliczeń na trawę wydawałem wtedy około 1/4 swoich zarobków, czyli plus minus 400-450 euro miesięcznie. Dlaczego mówię że to szczyt kariery? Bo czułem się zajebiście a na negatywne skutki ostrego kopcenia trzeba było jeszcze trochę poczekać.
W każdym razie - był listopad. Jedenasty, a więc w wielu krajach Europy święto. Dobrze się więc złożyło bo i ja i mój kolega Ziutek z którym jeszcze w Polsce niejedną pigułę rozkruszyliśmy i rurę od bonga opaliliśmy, mieliśmy wolne.
Akurat parę dni wcześniej, obczajałem tą mapę która pokazuje prawdopodobieństwo występowania grzybów na terenie Europy i kilka kilometrów od naszej kwatery znajdowało się parę takich kwadracików z najniższym możliwym prawdopodobieństwem, co okazało się dla nas wystarczającym powodem by rano wsiąść na rowery i w tamtym kierunku pojechać.
Był to las a więc chuja żeśmy tam mogli znaleźć a nie łysice, dodatkowo na piasku, bo to było wybrzeże więc nawet na głupiego borowika liczyć nie mogliśmy ale i tak nie mieliśmy nic lepszego do roboty. Zostawiliśmy więc rowery pod jakimś drzewem i poszliśmy eksplorować teren.
Gdzieś w środku lasu drogę zagrodził nam dosyć wysoki płot z drutem kolczastym.
"Skurwysyństwo! Jedyny las w okolicy sprywatyzowali. Dziwna ta Zachodnia Europa" - pomyślałem.
Idąc wzdłuż rzeczonego płotu, po kilku krokach zobaczyliśmy połamane drzewo, które tak przygniotło siatkę, że bez problemu można było przejść na drugą stronę.
Ziutek zaproponował abyśmy przed dalszą drogą posilili się. Akurat mieliśmy w plecakach dwie butelki wody, przebity lufką korek i resztki trawy.
Strzeliliśmy więc po wodospadzie i ruszyliśmy przed siebie.
Las szybko nabrał dzikszego wyglądu i czuć było, że coś jest nie tak. Gdzieś w krzakach zobaczyliśmy pordzewiałą, dziurawą metalową skrzynkę z jakimiś napisami. Wyglądała jak coś militarne, może stare racje żywnościowe.
Pomyślałem, że to może być jeden z tych zamkniętych terenów zaminowanych lub skażonych gazem musztardowym z pierwszej wojny światowej.
- Termos, nie podoba mi się tutaj. Weź zobacz na mapie gdzie my jesteśmy - powiedział mój kolega Ziutek.
- Jest problem - odpowiedziałem, przyglądając się zdjęciom satelitarnym na mapie w telefonie - Ten las jest zablurowany.
- O kurwa! - odrzekł Ziutek.
- O kurwa... - przytaknąłem.
Chwilę jeszcze szliśmy przed siebie naradzając się co robić dalej, gdy zobaczyliśmy za drzewami drogę asfaltową zupełnie elegancką i współczesną. Dodało nam to sporo otuchy.
Z poziomu drogi widać zaś było małą opuszczoną budowlę, coś w stylu cieciówki.
Weszliśmy do środka. Zwyczajna ruinka tyle że zupełnie czysta, w sensie nie zaśmiecona. Śmialiśmy, że gdyby to było w Polsce wszędzie pewnie leżałyby puszki i kondony.
Postanowiliśmy więc zapalić w środku papierosa i zostawić na parapecie kiepy na pamiątkę, że byliśmy tu. Wtedy usłyszeliśmy przelatujący gdzieś nieopodal helikopter i żartowaliśmy, że pewnie to po nas ale chuj im w dupy, bo jesteśmy pod dachem i nas nie widać.
Wkrótce wyszliśmy i kontynuowaliśmy naszą eskapadę, gdy oczom naszym ukazał się znowu płot z drutem kolczastym. Jako że było pod górkę nie było dokładnie widać co jest za nim ale na pewno wkrótce kończył się las bo i drzewa zrzedły i niebo było widać czysto.
Pomyśleliśmy, że to nasza szansa, żeby opuścić ten dziwny teren. Niestety nigdzie nie było zwalonego drzewa. Musieliśmy skakać. Ziutek jest wyższy ode mnie, więc zaproponował, że podsadzi mnie a potem sam spróbuje przejść na drugą stronę.
Gdy byłem już w trakcie przechodzenia, zaczepiłem się kurtką o drut i kiedy próbowałem ją odczepić, Ziutek puścił mnie i pobiegł gdzieś w krzaki krzycząc tylko "kurwa, japierdole".
Spadłem na ziemię i od razu usłyszałem warkot helikoptera tuż nad głową. Szary, wojskowy śmigłowiec. Był bardzo nisko nad koronami drzew i leciał dokładnie w naszym kierunku. Pobiegłem w krzaki do Ziutka a helikopter obniżył lot jeszcze bardziej, już centralnie nad naszymi głowami i zaczął kręcić wąskie kółka.
My zaś - skradaliśmy się dookoła grubego drzewa próbując pozostać niewidocznymi. Jeśli mieli jakiś termowizor, pewnie niezłą bekę z nas cisnęli.
Nigdy wcześniej w życiu się tak nie bałem. Helikopter jednak wzniósł się lekko i zaczął kręcić coraz szersze kółka. Pomyśleliśmy, że skoro nadal szuka to znaczy, że póki co nie znalazł.
To nasza szansa. W nogi.
Biegliśmy przez las, kilkukrotnie chowaliśmy się w gęstych, kłujących krzakach, serca prawie z cyców wyskoczyły, wojskowy śmigłowiec ciągle za nami.
W końcu jest - pierwszy płot przygnieciony drzewem. Hop, na drugą stronę. Rowery nadal w tym samym miejscu. Niedaleko stąd było centrum handlowe. Na szczęście otwarte. Siedzieliśmy tam w środku dobre 15 minut i sikaliśmy metaforycznie po nogawkach. Gdy wyszliśmy na zewnątrz zapalić, helikopter nadal krążył nad lasem i kręcił kółka. Upiekło nam się.
Po powrocie na chatę zaczęliśmy szukać informacji o tym miejscu. Baza wojskowa. Zaraz za wzgórzem, gdzie był drugi płot znajdował się pas startowy lotniska.
Sześć gwiazdek z GTA ale w prawdziwym życiu i jeszcze uciekliśmy na rowerach.
Dobrze, że to było dawno temu a nie dziś, kiedy co chwile jakieś ruskie drony gdzieś wlatują. Mogłoby się skończyć dużo gorzej.
Możecie wierzyć albo i nie ale tak właśnie było.
23 października 2020Dualizm22 pisze: CHCESZ WIEDZIEĆ WIĘCEJ ? DOPAL TO CO ZOSTAŁO W BUTELCE.
Spojrzałem na woreczek i od razu wiedziałem, że tam jest góra 3 gramy, jeśli liczyć razem z folią i nadziejami sprzedawcy.
Zaśmiałem się i powiedziałem:
“Jeżeli tam jest 5 gramów, to ja nazywam się Jezus Chrystus i zaraz zamienię wodę w tymbarka.”
Ona oczywiście oburzona, bo przecież pan ogrodnik z zakładów bukmacherskich to człowiek honoru i nigdy nikogo nie oszukał.
Postanowiłem więc przeprowadzić eksperyment naukowy.
Do jednego woreczka wsypałem jej cudowne “5 gramów”. Do drugiego wsypałem idealnie odmierzone 5 gramów kreatyny.
Dałem jej oba do ręki.
Patrzy.
Przekłada z ręki do ręki.
Patrzy jeszcze raz.
Po czym oznajmia:
“Przecież proszek jest cięższy od suszu, idioto.”
W tym momencie gdzieś w oddali Newton zaczął w swoim grobie nakurwiać takie salta, że gdyby podłączyć go do alternatora zasiliłby pół Warszawy.
Po chwili dodała:
“No ale przecież tego proszku wygląda na mniej.”
Poczułem wtedy jak cała ludzka cywilizacja wykonuje gwałtowny zwrot w kierunku średniowiecza.
Odpaliłem jej więc legendarny film o kilogramie stali i kilogramie piór.
Wiecie, ten klasyk.
Facet pyta co jest cięższe.
Kilogram stali czy kilogram piór.
Odpowiedź brzmi: ważą tyle samo, bo kilogram to kilogram.
Obejrzała cały film.
Siedzi.
Myśli.
Po czym mówi:
“Nie rozumiem co to ma wspólnego, poza tym przecież stal jest cięższa.”
Myślałem, że żartuje.
Nie żartowała.
Przez następne pół godziny tłumaczyłem jej, że kilogram nie jest jednostką opinii.
Że kilogram stali waży tyle samo co kilogram piór.
Że 5 gramów kreatyny waży tyle samo co 5 gramów suszu.
Że różna objętość nie oznacza różnej masy.
Że gęstość istnieje.
Że Archimedes nie wstał pewnego dnia i nie wymyślił jej dla sportu.
Po trzydziestu minutach dyskusji nie byłem już pewien, czy tłumaczę to jej, czy samemu sobie.
Miesiąc później się rozstaliśmy.
Czasami za nią tęsknię.
Była absolutnie przepiękna.
Do dziś nie widziałem piękniejszej kobiety.
Potem jednak przypominam sobie, że spędziłem pół godziny życia tłumacząc dorosłemu człowiekowi, że kilogram piór waży tyle samo co kilogram stali.
I nagle jakoś przechodzi…
No i pichcimy, siedzimy, palimy, piwo pijemy, kanapki jemy. Przyszło do filtracji. Pompka dwudziestka i lecimy. Kurwa, kwa, leci brązowy. On ciśnie pompę, a ja siedzę i patrzę jk zamurowany. Mówię do niego :
- Stary ! Kurwa brązowy leci !
- Taaa ta kiegoooo te te teeżvmo Mo Mo można a a.
- Właśnie widzę.
...
Miał rację. Wyszedł zajebisty. Pomyślałem o tym, jak podawałem sobie. A on strzelał w szyję.
Dlaczego legalizacja marihuany jest lepsza od depenalizacji czy dekryminalizacji?
Legalizacja marihuany w Polsce: 15 g suszu i jedna roślina. Sejm zdecyduje
Jedna dawka i tygodnie ulgi. "Magiczne grzybki" dają nadzieję na nowe leczenie bólu
Psylocybina
Niemal 3 tony kokainy pod ziemią. Policja przejęła rekordową kontrabandę
Australijska policja skonfiskowała 2,7 tony kokainy, ukrytej w plastikowych pojemnikach zakopanych pod ziemią na obrzeżach Sydney. Wskazano, że to rekordowa ilość narkotyków przejęta w tym kraju.
DMT, meskalina i psylocybina mogły wyewoluować jako narzędzia ekologiczne
Chińscy naukowcy uważają, że naturalne substancje halucynogenne mogły ewoluować przede wszystkim jako narzędzia ekologiczne, pomagające organizmom przetrwać, bronić się i wchodzić w interakcje z innymi gatunkami.