W ramach retrospekcji chciałem przeczytać trochę opinii i przeczytałem cały wątek od deski do deski… Czy warto? Nie powiem. Ogólnie
GHB/
GBL (lub po prostu G.) to jedna z najciekawszych substancji z jakimi miałem do czynienia. A pierwszy raz był taki, że to niby coś działa, ale to w sumie bardziej stymuluje i będzie chyba reklamacja. Oczekiwałem coś w stylu
alko, a otrzymałem euforię i czystość umysłu. Później odkryłem efekt “godmode” i wygranego życia na loterii. Że wszystko będzie dobrze, póki G. przy mnie będzie. To bardzo złudne! Skojarzyłem parę faktów z filmem “Limitless” z B. Cooperem i tym cudownym nootropem nzt 48. Coś w tym jest. Może w pewnych dawkach polepsza wydajność i człowiek zapieprza jak mały samochodzik ale z G. to raczej chodzi o to, w jaki sposób potrafi zmodyfikować osobowość. Dopełniając lub niwelując te wszystkie luki, braki, lęki. Osobowość wersja 2.0. Tyle z plusów. Przeginka w drugą stronę zaczyna się uprawianiem zupełnie bezproduktywnego hedonizmu i słuchaniem 20x tego samego kawałka na yt, potem przychodzą myśli - potrzebuję ludzi, potrzebuję kontaktu, kończąc na pisaniu ze starymi znajomymi i umawianiu się po latach. Potem wrzucanie na luz i odwiedzanie pomarańczowej przeglądarki. Wybujałe myśli, czego to ja bym nie mógł? Podróż do Norwegii autostopem? Czemu nie? Potem na drugi dzień - ale na co mi to? Po co mi to? Nie dam rady… I tak tworzą się ciągi, bo chcę zrozumieć ten stan i moje motywy, którymi się kierowałem jeszcze wczoraj, powrócić do tej bańki… Bo G to życie w bańce z lukrowanymi czułymi słówkami, wywalonym libido, kobietami - boginiami, wybujałym ego. To coś co rozpuszcza osobowość, każe definiować zasady moralne na nowo, usprawiedliwiać hulanki i wybryki. Pięknie to rozrysuje, unaoczni, swoją elokwencją przekona. Jak ktoś trafnie wcześniej napisał, ta substancja to coś w czym sam bóg lub szatan maczał palce. I najlepiej działa w krótkich ciągach - aby dać się ponieść. Ile dni, miesięcy, lat można żyć w bańce? To coś co szybko staje się przekleństwem i uporczywym dodatkiem do życia. Coś co odwleka nadbiegającą pustkę i agonię. Staje się koniecznością aby żyć normalnie, wstać, ubrać się, zjeść. U mnie tak się nie stało, bo poleciało znacznie szybciej i skończyło się wylaniem butli na przypale, delirką i popadnięciem w alkoholizm. Kilka przypałów. Kilka szwów. Kilka odwyków. Powiedziałem G. bye bye. Ale dużo z tamtego myślenia zostało i jakiś procent osobowości się zmienił na dobre. Inaczej się odbiera kontakty na trzeźwo, jest więcej luzu, chęci zażartowania, ot tak po prostu. Aby uczynić świat milszym. Ja nie umiałem z G. korzystać. Czy żałuję? Chyba nie.
Kiedyś miałem pomysł napisać krótką powieść o tym jak grupa znajomych ma auto, hajs i butlę bliżej nieokreślonego specyficznego płynu. Jazda po bandzie. Zaczyna się gdzieś pośrodku niczego i trwa w najlepsze, dopóki się nie kończy… Coś jak w stylu “fear and loathing in Las Vegas”. Ale nie chcę się zrobić zbyt sentymentalny bo to ciekawy narkotyk, ale psychodeliki mają o wiele więcej mądrego do powiedzenia w kwestii życia tu i teraz…