Rozmowa z Tomaszem Lipiński o rynku muzycznym i najnowszej płycie zespołu Tilt "Emocjonalny terror"
Warszawa wciąga
- Kiedy zdałem do liceum w 1970 r., narkotyki torowały sobie drogę - mówi Tomek Lipiński. - Wydawało się, że substancje psychozmieniające potrafią uczynić świat lepszym. To okazało się bzdurą. Żaden środek nie może nas zmienić na lepsze, zmienić świata, może tylko wyrządzić szkodę.
Rz: Czy płytę, która mówi szczerą, chwilami nawet brutalną prawdę o współczesnej Polsce, taką, jaką nagrał pan ostatnio z Tiltem, można teraz wydać już tylko w małej niezależnej firmie fonograficznej?
Duże firmy nie ogarniają wszystkiego, co dzieje się na rynku, właśnie dlatego, że są duże, a więc i powolne. Są też uzależnione od globalnej polityki międzynarodowych koncernów. Nastawione na zysk, nie zawsze mają powód, by wydawać płyty, które więcej mówią o współczesnym świecie, niż zarabiają. Małe firmy nie mają takich obciążeń. Nie interesują ich muzyczne hamburgery. Decyzje o podpisaniu kontraktu podejmuje jeden człowiek, czasami w ciągu minuty.
Rz: Jak długo Tilt, jedna z najsłynniejszych polskich grup, chodziła i prosiła dyrektorów dużych firm o podpisanie umowy?
Zaczęliśmy nagrywać płytę w 1996 r. To był bardzo niedobry okres dla fonografii, zagraniczne koncerny umocniły swą pozycję, próbowały kreować własną politykę repertuarową. Tworzyły boysbandy, girlsbandy i inne bzdury, co skończyło się dramatycznie. Popsuty rynek załamał się, ludzie, którzy odpowiadali za repertuar w tamtych latach, bywa, że już nie pracują. Gdy mieliśmy już dosyć wiszenia u klamki prezesów, spotykania się z dyrektorami, wysłuchiwania, że nagraliśmy ciekawe piosenki, ale niezgodne z repertuarem wydawnictw, postanowiliśmy zrobić wszystko sami. Zazwyczaj zespół nagrywa wersję demonstracyjną płyty za własne pieniądze. Kiedy materiał podoba się firmie, wtedy pokrywa ona koszty sesji. My musieliśmy stworzyć od podstaw własne zaplecze nagraniowe. Po paru latach udało nam się zbudować w przydomowym ogrodzie typowe niezależne studio, w garażu. Uczyliśmy się nagrywać. Teraz możemy już sami produkować wideo. Mamy wszystkich gdzieś.
Rz: Wszyscy uciekają z Krakowa do Warszawy, pan jakby na przekór, znalazł przystań w Krakowie.
Kiedy byłem mały, bawiłem się na gruzach starej Warszawy, teraz wiem, że była wtedy bardziej sobą niż teraz. Najpierw Gierek zbudował blokowiska, w ostatniej dekadzie przyszedł czas ulicznych bazarów i pseudo-Ameryki, w której trwa wyścig szczurów. Niestety, kiedy nie ma pieniędzy, trzeba wracać do stolicy. To dotyczy także mnie. Raz próbowałem być dyrektorem w koncernie BMG, ale po roku zrezygnowałem. Uruchamiałem też z Pawłem Sito Radiostację. Nie oglądając się na boki, po kilku latach ciężkiej pracy w Warszawie można stanąć na nogi. Jak tylko się da, rzucam jednak pracę zarobkową i wracam do muzyki. Tak trafiłem do Krakowa. Nawiązałem ponownie współpracę z Franzem Dreadhunterem, z którym napisaliśmy wcześniej kilka udanych piosenek.
Rz: Na nowej płycie znalazła się piosenka "Miasto wciąga". Jak duża jest plaga narkomanii w Polsce?
Kiedy zdałem do liceum w 1970 r., narkotyki torowały sobie drogę. Wydawało się, że substancje psychozmieniające potrafią uczynić świat lepszym. To okazało się bzdurą. Żaden środek nie może nas zmienić na lepsze, zmienić świata, może tylko wyrządzić szkodę.
Rozmawiał Jacek Cieślak
TeleRzeczpospolita Nr 185 09-08-2002
Komentarze