Urząd Marszałkowski chętnie ponoć zapłaci (widać bogaty) za losowe badania przeprowadzane na uczniach. Podobno też bardzo zainteresowani są nimi nauczyciele i dyrektorzy. A dr Marek Daniel utrzymuje w dodatku, że szczególnie uradowani powinni być rodzice, że ich pociechy chodzić będą do szkół, w których się nie bierze. I od tych rodziców oczekuje zgody na badanie ich dzieci.
Przed sporym dylematem mogą stanąć w przyszłym roku. Jeśli nie dadzą zgody – może się to wydać ciału pedagogicznemu podejrzane, a jeśli dadzą to wszystko w porządku? Moim zdaniem nie, bo w ten sposób powiedzą: ja ci, drogie dziecko, tak do końca to nie ufam. I jeśli mają dobry, często z trudem budowany kontakt z nastolatkiem, mogą go stracić. Bo jak tak – oni mają nam wierzyć i ufać, a my nie, my ich będziemy w zamian kontrolować? Nawet wtedy, gdy niczym nie zasłużyli sobie na nasze podejrzenia?
W ogóle cały pomysł ma chyba nas, dorosłych zwalniać z odpowiedzialności wychowania. Skontrolujemy – to się dowiemy i zareagujemy. A jak narkotest nic nie wykaże, to będziemy się cieszyć. Podwójnie, bo taki badany nie weźmie, bo przecież nie wie, kiedy znów pielęgniarka czy pani od biologii poprosi o próbkę moczu (stojąc pewnie pod drzwiami toalety) lub śliny.
Młodzież natomiast ma nie brać, nie dlatego, że wie, że narkotyki rujnują życie i zabijają, a ze strachu, że może wpaść podczas badania. Tylko – jak długo ten strach potrwa? Do wakacji?
Komentarze