REKLAMA




Polityka ekstazy - Rozdział 19 - Szalona panna psychodelia

Polityka ekstazy - Rozdział 19 - Szalona panna psychodelia

SZALONA PANNA PSYCHODELIA

przekład: Dariusz Misiuna

Rewolucja psychodeliczna zadziwiająco gładko podbiła serca i owładnęła umysły Amerykanów (niczym szał religijny), mając za jedyną broń poczucie humoru.

Guerille psychodeliczne, rozproszone grupy mądrali, twórczych pojebańców i prześmiewców w ciągu niecałych sześciu lat leciutko przejęły najpotężniejsze imperium w dziejach świata.

Posługując się muzyką, zabawą i śmiechem, rewolucja psychodeliczna przeszła przez te wszystkie fazy socjopolityczne, które cechują każdą epokę renesansu:

1. Filozoficzną podbudowę (Alan Watts pisze wprowadzenie do zen)

2. Rosnące szeregi podziemia złaknionego wolności (Allen Ginsberg skowycze)

3. Sprowokowane wybuchy niepokoju społecznego (Laredo w stanie Texas: na tym prostym moście, co pnie się nad powodzią zatknęli flagi i odpoczęli.....)

4. Taktykę guerilli powszechnej (Merry Pranksters Kena Kesey'a)

5. Decydujące zwycięstwo (wydawcy Time-Life dostali odlotu)

6. Prace wykańczające (w imieniu Sierżanta Pieprza)

7. Spisanie wspomnień wojennych, książek modlitewnych, podręczników, katechizmów, nowych testamentów, wyolbrzymionych wersji biblii, w których to, co przypadkowe, jawi się jako część planu.

Ewangeliści i historycy społeczni rewolucji psychodelicznej dysponują cudownym spisem bohaterów-komików-clownów, których można kanonizować.

Alan Watts jest uśmiechniętym badaczem ery kwasu. Od trzydziestu lat tłumaczy najbardziej złożone teorie filozofii Wschodu na kwaśne epigramaty, które są wyjątkowymi perełkami. Spokojny, łaskawy, nigdy nie wzburzony, śmiejąc się dzieli się z nami dziwacznym planem Bożym dla naszej planety i figlarnymi oczyma spogląda na nas, czy wiemy o co mu chodzi.

Allen Ginsberg. Niebiański clown. Chichoczący, pozujący na osobę obdarzoną całkowitym wglądem, teatralny, bezwstydnie bezpośredni. Nikt, nawet sam J. Edgar Hoover, nie jest w stanie obcować z tym zafrapowanym, histerycznym, lirycznym szaleńcem dłużej niż 10 minut i nie roześmiać się do rozpuku, ponieważ jak nikt inny potrafi on nas łechtać i pieścić.

Cyrk Leary-Alpert-Metzner-Harvard-Hitchcock-Mellon-Mexico-Milllbrook na stałe wpisał się w historię, nie rezygnując z popełniania kolejnych pomyłek poza jedną, traktowania siebie na serio. (Zawsze znalazł się ktoś uchichrany na odlocie). Nasz projekt rehabilitacji więźniów nosił nazwę "Prze-Łom". Eksperyment religijny Wielkiego Piątku stał się Cudem w Kaplicy Marcowej ku przerażeniu Uniwersytetu Bostońskiego i pociągnął za sobą konkretne skutki. Z miesiąca na miesiąc powstawały kolejne czasopisma i grupy. Żadne konwersje, ekskomuniki i schizmy nie mogły nadążyć za zmianami w Millbrooku. Nie można było wystąpić z Fundacji Castalia i przystąpić do krytyki jej metod, skoro sama Fundacja przerodziła się w Ligę Zaburzeń Społecznych. Kiedy zaś chciano nałożyć na nią karę pieniężną, okazało się, że Liga pozbyła się wszystkich pieniędzy i sprzętu, wiodąc spokojny żywot w lesie. Kto by tam chciał posyłać patrole do przeszukiwania gajów i pagórków zwanych Wzgórzami Szaleństwa?

Joga psychodeliczna trwa najdłużej i jest najbardziej wytrzymała. Wymaga jednak sporej dawki poczucia humoru. Od tysiącleci wiedzieli o tym jasnowidze i wizjonerzy.

Dla mnie człowiekiem, który w sposób modelowy spełniał zasadę "otwórz się, dostrój się, wyłącz się" był James Joyce, wielki psychodeliczny pisarz z tego stulecia. Rozlewając potoki kalamburów i dowcipów skierował na wyższy poziom komiczną akrobatykę słowa. Nie da się przecenić wpływu, jaki Joyce wywarł poprzez McLuhana na erę psychodeliczną.

Busterem Keatonem ruchu psychodelicznego jest Bili Burroughs. Był on kwasiarzem zanim jeszcze wymyślono LSD. Stanowił cielesną odpowiedź na IBM. Ponury komediancki geniusz.

Od dwudziestu lat Sierżant Pieprz uczył grać zespoły. Ot taka klasyczna ontologiczna rutyna rozmaitości.

Uśmiech Buddy.

Śmiech chińskiego mędrca.

Flet Kriszny łechcący kowbojki.

Taniec Sziwy.

Kosmiczny chichot, Om.

Ciężki rubaszny śmiech chasyda.

A gdzie są śmiejący się chrześcijanie? Coś pokręconego owładnęło umysłem chrześcijan w trzecim wieku. Czy pozostała jakaś subtelna radość w kulcie krzyża?

Mistycy, prorocy i święci są zawsze kpiarzami, ponieważ objawienie religijne wprowadza w taki stan wglądu zmieszanego ze zdziwieniem, przy którym wszystkie ludzkie zasady, wraz z nami samymi stają się zwykłymi oszustwami. Poznajemy zasady gry i śmiejemy się u boku Boga z tego kosmicznego żartu.

Świętym jest taki człowiek, który przechodzi na stronę tajemnicy, wyraża żart i odgrywa część zagadki.

Jeśli się chce być świętym, należy wcześniej być zabawnym.

Posłużmy się tu przykładem Lisy Lieberman, założycielki i przywódczyni bu-hu Kościoła Neo-Marksowskiego. Prawdziwej anarchistki amerykańskiej, nonkonformistki, wędrownej kaznodziejki. Z krwi i kości ekscentrycznej paranoiczki, która z upartością osła gotowa jest bronić każdego strzępka prawa innych do bycia sobą.

Od pięciu lat Lisa była wędrowną, wojowniczą mniszką w podziemiu psychodelicznym.

Kiedy po raz pierwszy pokazała się w Millbrooku, był rok 1963. Odgrywała rolę psychologa szkolnego, dużej blondynki o głosie przepełnionym intelektualizmem. Przez cały tydzień włóczyła się po Castalii majestatyczna, zawadiacka, pełna czci i inteligencji, lecz zbyt pijana by wziąć LSD.

Wtedy to ta najstarsza córka pastora luterańskiego napisała tysiąc-stronnicową opowieść pielgrzyma o swym trzydniowym bezodlocie w Millbrooku, pisząc piętnaście stron dziennie i wracając do Castalii w każdy weekend jako Christian H. Christian, gdzie tarzała się w bólu po podłodze kuchennej, obryzgiwała deski toaletowe nadmiarem whisky, wyrzucała z siebie niekończące się monologi zawadiackiej paranoi psy-chologiczno-psychodelicznej i hipnotyzowała marihuanowe boginie o łagodnych oczach, które brała za trzynastoletnie dziewice.

Wtedy to wyrzucono ją z grona nauczycielskiego za bezwstydne, buntownicze młodzieńcze błazenady, dzięki czemu Lisa, w sposób oczywisty, założyła własna religię.

WIERZYMY, ŻE SUBSTANCJE PSYCHODELICZNE SA KOMUNISTYCZNYMI, A ZATEM BOSKIMI SUBSTANCJAMI, NIEZALEŻNIE OD TEGO KTO JE UŻYWA, W JAKIM IMIENIU I Z JAKIMI ZAMIARAMI.....NIE POSIADAMY SZTYWNYCH RYTUAŁÓW, NIE WYMAGAMY OD CZŁONKÓW INNYCH WARUNKÓW NIŻ ZGODA NA NASZE ZASADY, NIE WYMAGAMY OD NICH TEŻ CZĘSTOŚCI I INTENSYWNOŚCI DOŚWIADCZENIA SAKRAMENTU. WIELU NASZYCH CZŁONKÓW TO PRZEKLĘCI GŁUPCY I GODNI POGARDY GRZESZNICY. CZŁONKOSTWO W NASZYM KOŚCIELE NIE ZAPEWNIA ŻADNEJ MĄDROŚCI INTELEKTUALNEJ CZY TEŻ DUCHOWEJ; PRAWDOBODOBNIE JEDEN CZY DWÓCH NASZYCH BU-HU JEST NAWET OPORTUNISTYCZNYMI SZARLATANAMI, LECZ NIE PRZERAŻA NAS TA SYTUACJA; NIE JEST ANI NIGDY NIE BYŁO NASZYM CELEM STWORZENIE JESZCZE JEDNEGO NADĘTEGO SUBSTYTUTU INSTYTUCJONALNEGO LUDZKIEJ WARTOŚCI, KTÓRY MOŻNA BY DODAĆ DO JUŻ ZATŁOCZONEJ LISTY.

Lisa Lieberman, ów Marcin Luther ruchu psychodelicznego, nawet gdy po pijaku rozbryzguje atrament z kałamarza, jest najodważniejszym teologiem naszych czasów.

Podczas gdy akademicy bawią się w grę słów na temat stanu zdrowia Boga, Lisa w porywie swego szaleństwa o trzeciej nad ranem zadaje naprawdę poważne pytania: czy marihuana i LSD są rzeczywiście sakramentami Boga? Jeśli bowiem tak jest, a Lisa jest o tym przekonana, wtedy każdy, kto je zażywa i rozdaje uczestniczy w boskiej transakcji, niezależnie od tego jak bardzo liche, zwariowane i plugawe są jego motywy. Nie liczy się zatem kto, kiedy, gdzie i dlaczego znajdzie się na odlocie, ponieważ cały czas jest to proces kosmiczny. Wszyscy są sobie równi: głupia trzynastolatka odurzona proszkiem na motorze swego chłopaka, agent teatralny dający marihuanę dziewczynie dla podniety, ksiądz alkoholik dający wiatyk dwulicowemu grzesznikowi i nawet psychiatra dający LSD nieuświadomionemu pacjentowi w celu badań naukowych. "To wszystko ciało Boże" - krzyczy Lisa - "niezależnie od naszych motywów".

O tak, należy Lisie oddać honor. Podczas gdy reszta z nas uczestniczyła w fundacjach badawczych i konferencjach poetyckich, starając się wykazać, że LSD jest miłym, zdrowym i twórczym lekiem dla szlachetnych, pojętnych Amerykanów, Lisa głosiła wszem i wobec z turkusowej limuzyny, prowadząc ją po pijaku z odebranym prawem jazdy, że NIE NALEŻY POD-LIZYWAĆ SIĘ ESTABLISHMENTOWI, PONIEWAŻ JEST TO Z GÓRY PRZEGRANA GRA. NIE JESTEŚMY INDIANAMI, KTÓRYCH MOŻNA POTRAKTOWAĆ PROTEKCJONALNIE I ODIZOLOWAĆ, W PODZIĘKOWANIU ZA ŚWIĘTY SPOKÓJ I TYM PODOBNE SPRAWY. MAMY PRAWO PRAKTYKOWAĆ NASZĄ RELIGIĘ, NAWET JEŚLI JESTEŚMY ZGRAJA PLUGAWYCH, PIJANYCH WŁÓCZĘGÓW. NIE MOŻNA WYPRZEĆ SIĘ SWOICH PRAW, ODWOŁUJĄC SIĘ DO CNOTLIWOŚCII BRAKU WYSTĘPKÓW. NIE STOIMY PRZED RZĄDEM JAK DZIECI PRZED RODZICAMI. TO RZĄD STOI PRZED NAMI JAKO GWAŁCICIEL NASZYCH DANYCH NAM PRZEZ BOGA LUDZKICH PRAW. I JAK DŁUGO TEN WŁAŚNIE RZĄD BĘDZIE TRZYMAĆ SWE KRWAWE, BRUDNE ŁAPSKA NA ŚWIĘTYCH PSYCHODELIKACH I PRZEŚLADOWAĆ NASZYCH CZŁONKÓW, JAK DŁUGO JAKIEKOLWIEK BIEDACZYSKO GNIĆ BĘDZIE W WIĘZIENIU, ZE WZGLĘDU NA TO, ŻE WOLI MISTYCZNE UNIESIENIA NA TRAWIE OD ZAŚLINIONEGO ALKOHOLIZMU POLITYKÓW, TAK DŁUGO OKAZYWAĆ BĘDZIEMY WOBEC NIEGO NIEPRZEJEDNANĄ WROGOŚĆ.

Reporter magazynu Pageant: Na waszych pastorów mówicie bu-hu. Czemu obraliście tak śmieszną nazwę?

Mona Lisa: Zauważyliśmy absurdalność tego tytułu, lecz celowo go wybraliśmy po to, by nie traktować siebie zbyt poważnie.

Pageant: Nazywacie siebie kościołem, a mimo to nie traktujecie swej religii poważnie? Co w takim razie uważacie za poważne?

Lisa: Mnóstwo rzeczy. Ale najmniejszą powagą darzymy życie instytucjonalne, co z kolei dla innych jest bardzo poważne. Sądzimy, że jednym z błędów człowieka współczesnego jest wynoszenie instytucjonalnych form i struktur na pozycję wiecznych prawd.

Humor i mądrość tej wielkiej psychodelicznej matrony zawiera skromnie wydana książeczka pod tytułem Katechizm i Podręcznik Kościoła Neo-Marksowskiego. Już sam jej spis treści mówi wiele o tym szalonym, chaotycznym arcydziele.

Oświadczenia naczelnej bu-hu dotyczące:

LSD
MARIHUANY
SEKSU
POLITYKI REWOLUCYJNEJ

Artykuły:

SYNCHRONICZNOŚĆ A DAWKA/DZIAŁANIE
NA LSD UJRZAŁAM BOGA
BOMBARDOWANIE I ZNISZCZENIE PLANETY
SATURN
BOSKA WYDZIELINA
REFORMACJA NOWEGO JERUZALEM
LOŻA POWOJU I MILLBROOK
KOŚCIÓŁ NEO-AMERYKAŃSKI DAJE POPALIĆ
95-PUNKTOWY TEST NEO-PSYCHOPATYCZNEGO CHARAKTERU
DARMOWE OGŁOSZENIA NA KOSZT RZĄDU
ZAKTUALIZOWANA USTA BU-HU
KATALOGRYSUNKI
Czytelnicy Katechizmu i Podręcznika Kościoła Neo-Marksowskiego dowiedzą się, że pieczęć kościoła przedstawia trójoką pokręconą ropuchę stojącą nad mottem: "Przezwyciężyć Seksualność".

Tim Leary: "Nie podoba mi się twoje motto, Lisa. Jest jak alkoholowy zwid. W niczym nie przypomina miłującego przekazu psychodelicznego. Przezwyciężyć? Seksualność?"

Lisa: "To mój trip. Chwytasz go albo nie".

Kiedy spytacie Lisę Lieberman, jakie są jej cele, odpowiada: "Pieniądze i władza". I rzeczywiście, ostatnie 20 stron katechizmu zapełnia katalog produktów do nabycia z Kościoła Neo-Marksowskiego za zaliczeniem pocztowym. Znajduje się wśród nich skrzynka zniszczenia za 30$ ("kiedy otworzy się ją niewłaściwie, spłonie jej zawartość")oraz certyfikat poświadczający, że "naczelna bu-hu nigdy o tobie nie słyszała i jesteś jej obojętny".

Katechizm i Podręcznik Lisy jest cennym konsumpcyjnym, wyjątkowym, osobistym, bezwstydnym obnażeniem umysłu kobiecego, tripu Lisy Lieberman. Czasami pogmatwanym, czasami tak bezmiernie paranoicznym, że traci się wątek, czasami chybotliwym, lecz przez cały czas kobiecym, grubiańskim, wrzaskliwym, nabożnym i związanym z Centralną Stacją Nadawczą, która od dwóch miliardów nadaje tę samą komedię.

Lisa Lieberman występuje przed spokojnymi, łagodnymi hipisiątkami. Nie znosi kwiatów. Nienawidzi rocknrolla. Nie rozumie piękna. Jest nietaktowną manipulatorką, krzykliwą pochlebczynią, tchórzem znęcającym się nad słabszymi, najgorszym z kaznodziei. Jest, krótko rzecz mówiąc, straszliwą zakałą ruchu psychodelicznego.

Och, pielgrzymie, kiedy odwiedzisz naczelną bu-hu, zobaczysz na jej drzwiach napis: "Plebania, Kościół Neo-Marksowski, Lisa Lieberman, Naczelna Bu-Hu. Sztuka Dla Sztuki".

Zadzwonisz i będziesz czekać na swego nauczyciela duchowego. Okładka książki fruwa tu i tam, cuchnąc oparami zadymionej, parnej kwatery wojennej z XXI wieku. Oto sama przywódczyni bu-hu: groźne spojrzenie, zmięta koszula, pochlapane gacie. Lektura tej książki to wspaniały trip łez i radości dla tych, którzy są przygotowani.

Minionej nocy Rosemary leżała przy ognisku na łóżku z igieł sosnowych, czytając Katechizm. Kiedy skończyła czytać książkę, spojrzała do góry z twarzą unurzaną w pięknych czerwonych cieniach i rzekła: "Lisa Lieberman to zabawna kobieta". Ma rację. Lisa to niezupełnie święty, zabawny człowiek.

Kategorie