REKLAMA




Polityka ekstazy - Rozdział 10 - Poeta przestrzeni wewnętrznej

Polityka ekstazy - Rozdział 10 - Poeta przestrzeni wewnętrznej

POETA PRZESTRZENI WEWNĘTRZNEJ1

tłumaczenie: Dariusz Misiuna

Herman Hesse urodził się w lipcu 1877 roku w małym szwabskim miasteczku Calw. Był synem misjonarzy protestanckich. Wychowano go w pobożnej, intelektualnej, tradycyjnej atmosferze. W wieku lat czternastu przystąpił do seminarium teologicznego z zamiarem przyjęcia ślubowań. Seminarium to opuścił w dwa lata później. W Bazylei uczył się księgarstwa i zarabiał na życie sprzedając książki i wydając klasykę literatury niemieckiej. Poznał wtedy Jacoba Burckhardta, wielkiego historyka i filozofa szwajcarskiego, który potem posłużył mu za pierwowzór postaci Ojca Jakuba w Grze Szklanych Paciorków. W 1914 roku "niepatriotyczna", antywojenna postawa Hessego skazała go na cenzurę i ataki ze strony dziennikarzy. Dwa miesięce po wybuchu wojny Neue Zurcher Zeitung opublikowało jego esej "O Freunde, nich diese Tone" ("Och Przyjaciele, nie tym tonem"). Był to apel do młodzieży niemieckiej, który wyrażał ubolewanie względem trwającej katastrofy.

W 1911 roku Herman Hesse jeździł po Indiach. W latach 1914-1919 mieszkał w Bernie, pracując w ambasadzie niemieckiej jako asystent d/s więźniów wojennych. W trakcie kryzysu wojennego spotkały go liczne kryzysy osobiste. Zmarł mu ojciec. Jego najmłodszy syn poważnie zachorował, a żona przeżyła załamanie nerwowe i trafiła do szpitala. W 1919 roku, w czasie publikacji Demiana, przeniósł się do małej wioski Montagnoli nad jeziorem Lugano, gdzie pozostał do końca życia. W 1923 roku otrzymał obywatelstwo szwajcarskie, a w 1927 ponownie się ożenił. Hesse pogrążył się w literaturze i filozofii indyjskiej i chińskiej. Tę drugą smakował dzięki znakomitym przekładom Richarda Wilhelma. W 1931 roku ożenił się po raz trzeci i przeniósł się do innego domu w Montagnoli, który otrzymał od przyjaciela, H.C. Bodmera. W 1946 roku otrzymał Nagrodę Nobla, a w 1962 roku zmarł, dożywając osiemdziesięciu pięciu lat. Spytany pewnego razu o najważniejsze źródła inspiracji w swoim życiu odpowiedział, że były nimi "chrześcijański i nie nacjonalistyczny duch domu rodzinnego", "lektura wielkich mistrzów chińskich" oraz postać historyka Jacoba Burckhardta.

Niewielu było pisarzy, których dzieła zawierały tak przejrzysty i szczery opis rozwoju duszy. Peter Camenzind (1904), Demian (1919), Siddhartha (1922), Wilk Stepowy (1927), Narcyz i Złotousty (1930), Podróż na Wschód (1932), Magister Ludi (1943) — różne wersje autobiografii duchowej, różne mapy wewnętrznej ścieżki. Każdy nowy krok poddaje rewizji poprzednie. Każde nowe doświadczenie otwiera nowe nieznane krainy, starając się nieustannie przekazywać wizję.

Jak lubi nam przypominać John Cage, pisanie to co innego niż czytanie. Wszystkie dzieła i pisarzy źle się rozumie. Większość mądrych ludzi właśnie dlatego nie pisze, że wie o tym. Mędrzec zdołał przeniknąć zasłonę słów, dostrzegł, poznał i odczuł przebieg życia. Jesteśmy mu wdzięczni, gdy przebywa z nami i stara się dzielić z nami swoją radością.

Naprawdę wielki pisarz jest mędrcem, który czuje się zmuszony przełożyć przekaz na słowa. Przekaz ten, oczywiście, znajduje się przez cały czas wokół nas. Wskazówki są wszędzie. Wszystko zawiera przekaz. Wszelkie próby przekładu przekazu na słowa mijają się z sensem, choć stanowią największy wyczyn, na jaki zdolna jest istota ludzka.

Mądrzy ludzie posługują się językiem ezoterycznym. W ten sposób tworzą różę lub dziecko. Formą egzoteryczną jest maja, fasada złudzeń. Znaczenie znajduje się wewnątrz. Wielkość wybitnej książki polega na jej ezoterycznym, najgłębszym znaczeniu ukrytym za siecią symboli. Wszyscy wielcy pisarze piszą tę samą książkę, zmieniając tylko egzoteryczny wystrój na ten, który przynależy do ich czasów i plemienia.

Herman Hesse jest jednym z wielkich pisarzy naszych czasów. Napisał Finnegans Wake w licznych niemieckich wersjach. Jest nie tylko mędrcem, ale osobą na tyle zdolną manipulować słowami, by zdobyć Nagrodę Nobla.

Większość czytelników nie chwyta posłania Hessego. Zwiedzeni pięknym tańcem intrygi i fabuły, przeoczają najgłębszy przekaz. Hesse jest chochlikiem. Podobnie jak przyroda w kwietniu, pokrywa swój szyfr zdobnymi piórami. Czytelnik bierze owoc, zjada go pośpiesznie i wypluwa pestkę na ziemię. Ale prawdziwy przekaz elektryczny, prawdziwy szyfr znajduje się właśnie w tej pestce.

Weźmy takiego Siddharthę — podręcznik dla młodych bodhisattwów, napisany gdy Hesse miał czterdzieści pięć lat. Spójrzmy, w jaki sposób ów stary mag zabiera się do swego dzieła. Poznajemy dumnego, silnego, przystojnego, prężnego, dobrotliwego młodzieńca, który poszukuje najwyższej nagrody — oświecenia. Kosmicznego arcymistrzostwa. Siddhartha jest młody i ambitny. Opanowuje wszystkie gierki z zaświatów. Wedy. Ascetyzm. Porównuje swoje umiejętności z samym Buddą. Odnosi sukcesy w tantrze. "Napotykamy pociechy, uczymy się sztuczek, którymi zwodzimy siebie, lecz tego co najważniejsze — drogi — nie potrafimy znaleźć". "Mądrości nie da się przekazać". "Mogę kochać kamień, Gowindo, i drzewo, i kawałek kory. To wszystko są rzeczy, a rzeczy można kochać. Nie umiem tylko kochać słów... Nie ma niczego takiego, co byłoby nirwaną. Nirwana nie jest rzeczą, jest tylko słowo nirwana". A jednak na ostatnich stronach tej książki Herman Hesse, zdobywca Nagrody Nobla, używa słów do opisania cudownego oświecenia Gowindy, który nie widział już twarzy Siddharthy, zamiast niej widział inne twarze, dużo, długi szereg, rzekę twarzy, setki, tysiące twarzy, które pojawiały się i znikały, a jednak wszystkie zdawały się obecne, zmieniały się bezustannie i odnawiały, ale wszystkie były Siddhartha. Widział pyszczek karpia, boleśnie rozdarty pyszczek zdychającej ryby o przejmującym wyrazie oczu; widział twarzyczkę noworodka, czerwoną i pomarszczoną, wykrzywioną płaczem; widział twarz mordercy, widział, jak zagłębia nóż w ciele innego człowieka; widział w tym samym momencie, jak ów złoczyńca klęczy skuty, a kat ucina mu głowę; widział nagie ciała mężczyzn i kobiet, splecione w różnych pozycjach i zapasach szaleńczej miłości; widział trupy, nieruchome i zimne; widział głowy zwierząt, dziki, krokodyle, słonie, barany, ptaki; widział bogów, Krisznę i Agni; widział wszystkie te postacie w tysięcznych odniesieniach do siebie nawzajem — jak sobie pomagają, jak się kochają, nienawidzą, niszczą, rodzą na nowo, i każda naznaczona była wolą śmierci, każda dawała bolesne świadectwo przemijania, a przecież żadna nie umierała, ulegała tylko przemianom, rodziła się na nowo, otrzymywała nową twarz, choć wszystko działo się w jednym czasie — i wszystkie te postaci i twarze płynęły, wyłaniały się, rozpływały się i stapiały z sobą, a wszystko to okrywała jakby cieniutka powłoka, nieuchwytna, ale rzeczywista, jak cienkie szkło albo warstewka lodu, jak przezroczysta skóra, łupina albo forma czy maska wodna, i maska ta uśmiechała się, i była uśmiechniętą twarzą Siddharthy, którą Gowinda w tej samej chwili dotknął ustami. I — tak to widział Gowinda — ten uśmiech maski, ten uśmiech jedności ponad strumieniem postaci, ten uśmiech jednoczesności ponad tysiącem narodzin i śmierci, ten uśmiech Siddharthy był dokładnie taki sam, tak samo łagodny, subtelny, nieprzenikniony, może dobrotliwy, może drwiący, jak mądry, wybiegający z tysięcznych zmarszczek uśmiech Buddy, który Gowinda setki razy z szacunkiem oglądał. Gowinda wiedział, że tak uśmiechają się ci, którzy osiągnęli doskonałość.

Ci z was, którzy mieli kiedyś doświadczenia psychodeliczne, z pewnością rozpoznają tę wizję Gowindy jako klasyczny przykład działania LSD. Bezpośrednie, wizualne obcowanie z jednością wszystkich ludzi, z jednością wszelkiego życia. Nietrudno zrozumieć, że Hesse może pisać takie słowa jak jednia, miłość, Nirwana. Każdy z tekstów hinduskich podaje nam żargon. Znacznie większe wrażenie sprawia jego opis szczegółów wizualnych tej wizji kosmicznej, ta charakterystyka siatkówkowa. Ciekawe, skąd się to wszystko wzięło u Hessego? Szczególnie uderza zadziwiające podobieństwo tej wizji do stanów wywoływanych substancjami poszerzającymi świadomość. To szczególne, dokładne "jestestwo" chwili oświecenia zwykle umyka filozofowi mistycyzmu, który woli zajmować się abstrakcjami. Pozostaje pytanie, czy to sam Hesse doznał tych wizji? Czy uzyskał je w stanie medytacji? Spontanicznie? Czy H.H., powieściopisarz, korzystał z chemicznej ścieżki do oświecenia?

Odpowiedź na to pytanie wydaje się być podana w następnej lekcji mistrza, Wilku Stepowym, powieści, która na pierwszy rzut oka opowiada o kryzysie, bólu, konflikcie i męczarniach. Hesse pisze w liście: "Gdyby moje życie nie było eksperymentem pełnym niebezpieczeństw i bólu, gdybym nie przebywał nieustannie nad otchłanią i nie czuł pustki pod stopami, moje życie nie byłoby nic warte i z pewnością nie napisałbym niczego". Większość czytelników obeznanych z dynamiką psychiki łatwo rozpozna tu konflikt między ego a id, między duchem a cywilizacją materialną, "wilcze, szatańskie instynkty, które kryją się w naszym uspołecznionym ja". "Ci czytelnicy [pisze Hesse] zupełnie przeoczyli, że poza Wilkiem Stepowym i jego pełnym problemów życiem istnieje drugi, wyższy, ponadczasowy świat... który przeciwstawia cierpieniom Wilka Stepowego transpersonalny świat ducha, przez co książka z pewnością opowiada o bólu i cierpieniu, lecz jest opowieścią o wierze, nie o rozpaczy".

Podobnie jak w Siddharcie, Hesse wprowadza tutaj czytelnika w pełną fantazji opowieść, w świat idei, sztuczek umysłu, które okazują się w końcu tylko złudnymi figlami, które płata umysł. Naiwny czytelnik szybko traci grunt pod nogami. W Wilku Stepowym widać ten chwyt zen przynajmniej na dwóch poziomach. Najpierw w krótkim "Traktacie", wspaniałym opisie Harryego, człowieka o dwóch duszach: duszy dystyngowanego, bystrego i ciekawego człowieka oraz duszy dzikiego, nieposkromionego, groźnego i silnego wilka. Traktat opisuje jego zmienne nastroje, wybuchy twórczości, dwuznaczny stosunek do burżuazji, fascynację samobójstwem, niezdolność połączenia dwóch sprzecznych natur. Jest to zapierająca dech w piersiach subtelna analiza psychologiczna. A oto i hokus-pokus:

Trzeba tu powiedzieć o podstawowym złudzeniu. Każda interpretacja, cała psychologia, wszelkie próby uczynienia rzeczy zrozumiałymi wymagają pośrednictwa teorii, mitologii i kłamstw. Dlatego właśnie szanujący się pisarz... rozprasza ich jak najwięcej... Harry nie składa się z dwóch jaźni, lecz setek, czy nawet z tysięcy. Jego życie, jak życie każdego, oscyluje nie między dwoma biegunami: ciałem a duchem; świętością a grzechem lecz między tysiącami.................................................
Człowiek jest cebulą złożoną z setek powłok, tkaniną utkaną z wielu nici. Starożytni Azjaci wiedzieli o tym dobrze. W buddyjskiej jodze istnieje pewna technika, która służy odzieraniu osobowości ze złudzeń. Ludzka karuzela obraca się w kółko: złudzenie, które mieszkańcy Indii starali się od tysiącleci obnażyć, jest tym samym złudzeniem, które Zachód od wielu lat starał się podtrzymywać i rozwijać.

Po fascynującym i zniewalającym metaforami freudowskimi dualistycznym autoportrecie, cała wizja ulega zniszczeniu, okazując się tylko zawężoną, żałosną grą umysłu. Druga sztuczka pojawia się pod koniec książki. Widzimy, jak Harry łapie się wszystkiego, czego tylko może, by przezwyciężyć rządzącą nim rozpacz. Mamy tu alkohol, seks, muzykę, przyjaźń z egzotycznym muzykiem o imieniu Pablo. Na koniec zaś wchodzi do Teatru Magicznego, "za cenę utraty umysłu". Innymi słowy, przeżywa doświadczenie szaleństwa.

[Pablo] wyjął trzy szklanki i osobliwą buteleczkę z wgłębienia w ścianie.... Napełnił je płynem i wyjął trzy długie, cienkie i żółte papierosy z pudełka schowanego w kieszeni jedwabnej marynarki. Wyciągnął też z niego pudełeczko zapałek, które następnie podpalił.... Wszystko stało się bardziej żywe i rozkoszne, jakbyśmy wypełnili się gazem i utracili grawitację.
Pablo mówi:

Tak bardzo pragnąłeś uciec, prawda? Chciałeś zapomnieć o tym świecie i dostać się do rzeczywistości znacznie tobie bliższej, do świata poza czasem.... Oczywiście, wiesz gdzie się kryje ten świat. Szukasz przecież świata swej duszy. Pragniesz tej właśnie rzeczywistości, która znajduje się w tobie.... Mogę ci dać tylko sposobność, impuls, klucz. Pomogę ci ujrzeć ten świat.... Ten.... teatr ma tyle wejść, ile tylko chcesz, dziesiątki, setki, a nawet tysiące. Za każdym z nich czeka cię to, czego szukasz.... Bez wątpienia długo się trapiłeś, ponieważ podbój czasu i ucieczka od świata, to wszystko czego pragniesz, jest zwykłą chęcią uwolnienia się od tak zwanej osobowości. Oto jest twoje więzienie. Kiedy zaś już wejdziesz do teatru, ujrzysz wszystko oczami Harry'ego, ujrzysz wszystko przez stare okulary Wilka Stepowego. Dlatego proszę cię, odłóż te okulary na bok i pozbądź się swej wielce szacownej osobowości w przebieralni. Odbierzesz je przy wyjściu. Może ci w tym pomóc ten wesoły taniec, który zdążył cię już rozgrzać, traktat o Wilku Stepowym oraz ów drobny bodziec w postaci świadomości wyjątkowości tej chwili.

Nie trzeba wiele, by zrozumieć, że Hesse opisuje tutaj doświadczenie psychodeliczne, wywołane narkotykiem zatracenie jaźni, podróż do świata wewnętrznego. Na każdym ze drzwi w teatrze magicznym znajduje się napis świadczący o nieskończonych możliwościach doświadczenia. Napis "Wesołe Polowanie. Wielkie Samochodowe Łowy" rozpoczyna wspaniałą orgię mechanicznego zniszczenia, podczas której Harry staje się żądnym krwi mordercą. Drugi napis głosi: "Informacja na temat Tworzenia się Osobowości. Zapewnione Powodzenie", co wskazuje na pewien rodzaj gry w szachy, której pionkami są części osobowości. Oto kosmiczna psychoterapia. "Chcemy pokazać tym wszystkim, których dusze rozpadły się na kawałki, że można je ponownie ułożyć w dowolny sposób, dzięki czemu ma się dostęp do nieskończonej różnorodności w grze życia". Inny napis głosi: "Wszystkie Dziewczyny Są Twoje" i wprowadza Harryego w świat fantazji seksualnych, którym nie ma końca. Kryzys Wilka Stepowego, jego wewnętrzne konflikty, rozpacz, chorobliwość, niezaspokojenie rozwiązują się w wirującym kalejdoskopie halucynacji. "Zobaczyłem, że wszystkie z setek tysięcy gier życia znajdują się w mojej kieszeni. Kiedy tylko to zrozumiałem, podnieciłem się bardzo i postanowiłem na nowo przystąpić do gry. Mogłem raz jeszcze skosztować cierpień i wzdrygać się na myśl o ich bezsensowności. Mogłem niejeden raz poruszać się po piekle mojego wnętrza. Wiedziałem, że pewnego dnie będę w tym lepszy. Pewnego dnia nauczę się śmiać. Czekał na mnie Pablo, czekał na mnie Mozart".

W ten sposób Harry Haller, Wilk Stepowy, przeżył doświadczenie psychodeliczne, które pozwoliło mu zrozumieć, że poza jedna rzeczywistością znajdują się nieskończone światy umysłu. Został dopuszczony do grupy wybrańców, którzy przeszli zasłonę słów i dostali sif: do innych światów świadomości. Dołączył do elitarnego bractwa illuminatów.

I co dalej? Gdzie się dalej udać? Jak utrzymać to święte poczucie jedni i objawienia? Czy trzeba koniecznie pogrążyć się z powrotem w lunatycznym świecie ślepej namiętności. Słychać zjadliwą uwagę H.H.: "Prawie wszyscy — w tym również ja — ponownie zatracają się w niezgłębionych pustyniach zaplanowanej rzeczywistości, podobnie jak urzędnicy i sklepikarze, którzy po imprezie lub niedzielnym odpoczynku powracają do codziennych obowiązków!" Problemy te dotyczą każdego, kto przeżył głębokie doświadczenie przekroczenia ego. Jakże mamy zachować świeżość, oświecić każdą sekundę dalszego życia? Jak doprowadzić do ekstatycznej jedności z innymi istotami?

Od dawna tworzono różne grupy mistyczne w celu dostarczenia struktury społecznej i wsparcia dla transcendencji. Krąg magiczny. Kulty te często działały w tajemnicy i były zawsze prześladowane przez somnambuliczną większość. Wiodły swą egzystencję w cieniu historii. Oczywiście, problem jest zawsze z ilością struktury otaczającej mistyczną iskrę. Kiedy się przesadzi, powstają rytuały kapłańskie, a ogień gaśnie. Kiedy za mało się czyni, nauki ulegają zapomnieniu, a więź między ludźmi rozpada się w bezkształtną anarchię. Cyganerię. Beatników. Samotnych arogantów.

Oświecona dusza wolna od przywiązania do ego, do gier społecznych, do antropomorficznego humanizmu, a nawet do samego życia może zachować podwyższony ładunek energii wyzwolony podczas doświadczenia transcendencji. Tacy ludzie należą jednak do wyjątków w dwudziestym wieku. Pozostali potrzebują pomocy na ścieżce. Ludzie, którzy próbują w pojedynkę kroczyć ścieżką psychodeliczną, nie doceniają mocy i rozmiaru systemu nerwowego. Wśród licznych ofiar LSD można wymienić: załamanie nerwowe, pomieszanie, manię wielkości, indywidualizm primadon-ny, bezładną ekscentryczność, zwykłe łotrostwo i ucieczkę w konformizm. Oskarżanie samego narkotyku o te zagrożenia mija się z sensem i przypomina oskarżanie procesu nuklearnego za bombę atomową. Czyż nie jest bardziej właściwe ubolewanie nad naszym prymitywnym parciem ku osobistej władzy, sukcesowi, indywidualizmowi?

Huston Smith wspomniał niegdyś, że gdy myśli się o ośmiostopniowej ścieżce Buddy, nieustannie nasuwa się myśl o dziewiątym, najważniejszym ogniwie. Grupie transpersonalnej. Wspólnocie poszerzania świadomości. Po każdej wizji, każdej sesji psychodelicznej, zbierz swoich przyjaciół, którzy myślą tak samo, którzy mogą cię podnieść przykładem czy też jednoczącą miłością, którzy mogą pomóc ci powrócić do stanu oświecenia.

Socjologia transcendencji. Hesse podejmuje kwestię wspólnoty transpersonalnej w postaci Związku Podróżników na Wschód.

"Ponieważ było mi dane przeżyć coś wielkiego, ponieważ miałem szczęście należeć do Związku, wolno mi było wziąć udział w tej niepowtarzalnej i cudownej podróży". Narrator, H.H., powiada że podróż rozpoczęła się w Niemczech, niedługo po I Wojnie Światowej. "Naród nasz dał do siebie dostęp licznym urojeniom, ale także wielu prawdziwym wzlotom duszy. Pojawiły się wtedy grupy oddające się bachicznym tańcom i grupy anabaptystów, przeróżne ruchy, w których żyło pragnienie cudu i dążenie do świata ducha". Pojawiły się również grupy naukowe i artystyczne zainteresowane poszukiwaniami psychodelicznymi. Monografia Kurta Beringera Der Meskalinrausch opisuje niektóre eksperymenty naukowe i artystyczne wykorzystujące substancje psychodeliczne. Z kolei, powieść Renę Daumala La Mont Analogue stanowi symboliczny opis podobnej podróży we Francji. Jej uczestnicy dość powszechnie eksperymentowali z takimi środkami jak haszysz, meskalina i czterochlorek węgla.

Hesse nigdy nie przytoczył nazwy jakiegokolwiek narkotyku, lecz już wcześniej prezentowane fragmenty Wilka Stepowego wyraźnie wskazują na oddziaływanie pewnej substancji chemicznej, która musiała mieć bezpośredni związek z przedstawionymi wydarzeniami. W Podróży na Wschód H.H. opowiada o następnych wizytach w Teatrze Magicznym.

Wędrowaliśmy nie tylko w przestrzeni, lecz także w różnych czasach. Zmierzaliśmy na Wschód, ale wyruszaliśmy także w średniowiecze lub w Złoty Wiek; przeciągaliśmy przez Italię lub Szwajcarię, niekiedy jednak spędzaliśmy noc w X stuleciu i bawiliśmy w gościnie u patriarchów lub wróżek. W okresach, w których pozostawałem sam, często odnajdywałem okolice i ludzi znanych mi z mojej własnej przeszłości, wędrowałem z moją dawną narzeczoną poprzez lasy nad brzegami Górnego Renu, z przyjaciółmi mojej młodości hulałem w Tybindze, Bazylei i Florencji lub też jako chłopiec wyruszałem wraz z kolegami szkolnymi, by łapać motyle czy podpatrywać wydry. Zdarzało się też, że moimi towarzyszami stawały się ulubione postaci z książek, które czytałem;... naszym celem bowiem był nie tylko Wschód czy też raczej: nasz Wschód był przecież nie tylko jakimś krajem czy pojęciem geograficznym, lecz również ojczyzną i młodością duszy, znajdował się wszędzie i nigdzie, był jednością wszystkich czasów.

Relacja między narkotykowym wyzwoleniem Wilka Stepowego, a Związkiem staje się z czasem bardziej szczególna:

Kiedy bezpowrotnie tracimy coś cennego, mamy poczucie, jakbyśmy obudzili się z jakiegoś snu. W moim przypadku poczucie to miało charakter wręcz niesamowity. Albowiem tajemnica mojego szczęścia rzeczywiście kryła się w tym samym, co tajemnica szczęścia, jakie zsyłają nam sny, a mianowicie w wolności jednoczesnego przeżywania wszystkiego, co tylko da się pomyśleć, zamieniania, jak w zabawie, świata zewnętrznego i wewnętrznego, przesuwania czasu i przestrzeni niby scen w teatrze.

Hesse jak zwykle posługuje się tutaj językiem ezoterycznym, niemniej trudno wątpić w to, że pod płaszczykiem wschodnich alegorii toczy się prawdziwa historia bractwa psychodelicznego. Opisane w Podróży na Wschód doświadczenia wizyjne można rozszyfrować odwołując się do miejsc i imion ich uczestników.

I raz po raz, wszędzie, w Szwabii, nad Jeziorem Bodeńskim, w Szwajcarii i gdzie indziej, spotykali się ludzie, którzy nas rozumieli lub przynajmniej w jakiś sposób byli nam wdzięczni za to, że istniejemy i my, i nasz Związek, i nasza Podróż na Wschód. W samym środku Zurichu, wśród linii tramwajowych i domów bankowych, natknęliśmy się na Arkę Noego, strzeżoną przez sforę starych psów, które wszystkie wabiły się tak samo, i dzielnie przeprowadzaną przez mielizny trzeźwej epoki przez Hansa C., potomka Noego i przyjaciela sztuk.

Hans C. Bodmer to przyjaciel Hessego, któremu ten dedykował tę książkę, a który później kupił Hessemu dom w Montagnolii. W tym czasie, mieszkał on w Zurichu, w domu, który nazywano Arką.

Jednym z najpiękniejszych przeżyć było święto Związku odprawione w Bremgarten. Otaczał nas wtedy bardzo ścisły krąg magiczny. Sprawili to Max i Tilli, panowie na zamku....

Mowa tu o zamku Bremgarten, posiadłości Maxa Wassmera położonej nieopodal Berna, w której Hesse składał częste wizyty. "Czarny Król" z Winterthus to inny przyjaciel Hessego, Georg Reinhart, w którego "przepełnionym tajemnicami" domu Hesse często bywał. Wszystkie nazwiska pisarzy i artystów, które pojawiają się w Podróży na Wschód są albo nazwiskami prawdziwych postaci historycznych albo też bezpośrednio od nich się wywodzą: Lauscher, Klingsor, Paul Klee, Ninon (żona Hessego), Hugo Wolf, Brentano, Lindhorst, itd. Wydaje się zatem wielce prawdopodobne, że opisane sceny naprawdę toczyły się wśród grupki bliskich przyjaciół, którzy spotykali się w swoich domach w Niemczech i Szwajcarii, gdzie podróżowali po krainie, będącej nie tylko "pojęciem geograficznym, lecz również ojczyzną i młodością duszy, znajdującą się wszędzie i nigdzie, jednością wszystkich czasów".

Wszystko zatem wskazuje na to, że przez pewna chwile w "rzeczywistości historycznej" pisarz Hermann Hesse i jego przyjaciele tworzyli długi korowód poszerzonej świadomości, ciągnący się wzdłuż archiwów ewolucji. H.H. nagle stracił kontakt, powrócił do swego umysłu, do egocentrycznego postrzegania. "Pielgrzymka uległa zniweczeniu... oddziaływanie magii coraz bardziej słabło". H.H. wypadł z potoku życia i popadł w automatyiczną racjonalność. Pragnął wstać pisarzem, spowić w słowa historie swego życia. "Oto ja w swej naiwności pragnąłem napisać historie związku, ja, który nie potrafiłem rozszyfrować, czy nawet zrozumieć choćby jednej tysięcznej z milionów skryptów, ksiąg, obrazów i zapisków znajdujących się w archiwach!" Archiwach? Czy chodzi tu o bibliotekę kory mózgowej?

Czym zatem był ten Związek? Towarzystwem egzoterycznym, na czele którego stał przyozdobiony złotem Leo, twórca maści i leków ziołowych, mówca z wysokiego tronu znajdującego się w długiej sali obrad? Są to wszystko tylko egzoteryczne szaty. Może więc zatem Związek był prędzej "procesją wiernych i uczniów... niestrudzenie... poruszających się na Wschód ku Domu Światłości"? Potokiem, który rozwija się przez wieki. Jednością procesu ewolucji, który iluzja indywidualności za bardzo szatku-je i powściąga. "Bardzo powolny, delikatny, choć stały przepływ i mieszanina;... Wydawało się, że z czasem cała substancja jednego obrazu stapiała się w drugi w ten sposób, że stawała się jednością..."

Wiele osób, które nawiązało bezpośredni kontakt z procesem życia dzięki doświadczeniu psychodelicznemu bądź spontanicznym stanom mistycznym, odczuwa naglącą potrzebę struktury społecznej. Jakiejś zewnętrznej formy, która usprawiedliwiłaby doświadczenia transcendencji. Herman Hesse również i tu dostarcza nam wskazówek ezoterycznych. Zajrzyjmy w siebie. Związek jest w nas. Tam, gdzie istniejące od dwóch miliardów lat archiwum historii, w mózgu. Możesz się nim bawić wraz z innymi, którzy zechcą tańczyć z tobą, lecz pamiętaj, że różnorakie formy świata zewnętrznego są złudzeniem. Jedność znajduje się wewnątrz. Związek znajduje się zawsze w tobie i wokół ciebie.

Człowiek jest wszakże istotą racjonalną. Homo sapiens pragnie wiedzieć. Oto pradawne napięcie. Być. Poznawać. Potrzeba tu jakiegoś magicznego zaklęcia. Intelektu pozbawionego staromodnej neurozy, wolnego od egocentryzmu, od semantycznego urzeczowienia. Umysłu oświeconego medytacją, potrafiącego sprostać zabawie z praworządnym rytmem pojęć. Gry szklanych paciorków.

Herman Hesse pisał Grę Szklanych Paciorków ( Magister Ludi) przez jedenaście lat, od 1931 do 1942 roku. Wydano ją w sześć miesięcy po ukończeniu, tyle że w Szwajcarii, a nie Niemczech. "W przeciwieństwie do świata współczesnego, chciałem pokazać świat umysłu i ducha, który jest realny i nie do podbicia. Dzieło moje stało się zatem utopią, obrazem rzutowanym w przyszłość i ku memu zdziwieniu świat Castalii pojawił się jakby sam z siebie. Choć tego nie wiedziałem, istniał w mojej duszy". Tak pisał Hesse w 1955 roku. Gra Szklanych Paciorków stanowi syntezę i punkt końcowy rozwijającej się myśli Hessego. Wszystkie nitki poczęte w Siddharcie, Podróży na Wschód, Wilku Stepowym splotły się w wizję znajdującej się gdzieś w przyszłości społeczności mistycznych graczy. "Gracze w szklane paciorki" stanowili elitę intelektualną mistyków, którzy, podobnie jak średniowieczne zakony klasztorne, schronili się wśród gór, by tam podtrzymywać cnoty kultury i ducha. Ich praktyka skupiała się wokół gry szklanych paciorków, "narzędzia obejmującego całą zawartość i wartość naszej kultury". Gra polegała na posługiwaniu się złożonym archiwum symboli i formuł, bazujących na strukturze muzyki i matematyki, dzięki którym można było przedstawić całą wiedzę, naukę, sztukę i kulturę.

Ta gra nad grami... rozwinęła się w pewien rodzaj uniwersalnej mowy, za pośrednictwem której gracze mogli wyrażać wartości w jasnych symbolach i umieszczać je względem siebie.... Gra mogła na przykład rozpocząć się od jakiegoś układu astrologicznego, tematu z fugi Bacha, cytatu z Leib-nitza bądź Upaniszad i z tej to pierwotnej idei mogły rozwinąć się dalsze idee, związane z nią lub też stanowiące jej rozwinięcie, wszystko w zależności od zamiaru i talentu gracza. W ten sposób zwykły początkujący mógł sformułować paralele między kawałkiem muzyki klasycznej a formułą prawa naturalnego, natomiast sam adept i Mistrz Gry rozwinąć początkowy temat ku nieskończonej ilości powiązań.

Oto odwieczne marzenie o universitas, syntezie ludzkiej wiedzy, łączącej analizę i intuicję, naukę i sztukę, grę swobodnego intelektu rządzącą się estetycznymi i strukturalnymi analogiami, nie zaś wymaganiami użyteczności i technologii. I tutaj znowu na płaszczyźnie intelektualnej pojawia się pytanie o to, jak wiele struktury potrzeba grze umysłu. Gdy nie ma ogólnych celów i reguł, rozwija się specjalizacja i zwiększa się rozproszenie, załamuje się komunikacja, powstaje kulturowa Wieża Babel, a rozmaite dziedziny poddają się rygorom pogłębionej specjalizacji. Psychologia. Kiedy zaś mamy do czynienia z przerostem struktury i zbyt dużym zainteresowaniem celami gry, pojawia się dogmatyzm, duszący konformizm, coraz mniejsze zainteresowanie bieżącymi sprawami, schlebianie czystej technice, wirtuozostwo kosztem zrozumienia. Psychoanaliza.

Autor tłumaczy, że Związek Podróżników na Wschód wprowadził praktykę medytacji do gry szklanych paciorków właśnie dlatego, by uniknąć przeintelektualizowania. Po każdym ruchu w grze następował okres cichej medytacji. Gracze powoli przyswajali sobie pochodzenie i znaczenie symboli. Józef Knecht, mistrz gry, którego życie opisuje ta książka, w następujący sposób charakteryzuje skutki gry:

Gra, jak ją rozumiem, obejmuje gracza pod koniec medytacji w ten sam sposób co płaszczyzna kuli obejmująca jej środek i pozostawia go z uczuciem przejścia od przypadkowego i chaotycznego świata ku światu symetrii i harmonii.

Te grupy, które chcą zastosować doświadczenie psychodeliczne do życia społecznego, znajdą w opowieści o Castalii wszystkie problemy i kwestie, z którymi będą się borykać: potrzebę nowego języka lub zestawu symboli, który uprawomocniłby niesłychaną złożoność i moc maszynerii ludzkiego umysłu; kluczowe znaczenie nawiązania bezpośredniego związku z odmładzającymi siłami procesu życia dzięki medytacji i innym metodom zmiany świadomości; niezwykle istotny problem relacji między wspólnotą mistyczną a resztą świata. Oto prawdziwy dylemat — czy zakon pozostanie silnie oddziaływującą siłą duchową czy też w wyniku izolacji i obojętności zdegeneruje się do postaci samotnej, wyobcowanej grupki idealistów? Wszystkie mniejsze i większe odrodzenia społeczne napotykały ten problem. Odpowiedź Hessego jest wyraźna. W ostatniej części książki znajdują się trzy napisane rzekomo przez Knechta opowieści, w których opisuje on różne swoje wcielenia. W każdym z nich bohater poświęca się całkowicie służbie i realizacji idealistycznego celu duchowego, aż w końcu okazuje się być niewolnikiem własnych złudzeń. Najwyraźniej widać to w "Życiu Hindusa". Młody bramin Dąsa spotyka jogina, który prosi go o wodę. Udaje się wtedy nad strumyk, gdzie zasypia. Następnie żeni się, zostaje księciem, ma dzieci, walczy na wojnie, uczy się, zostaje pokonany, ranny, poniżony, uwięziony, koniec końców umiera — i budzi się w lesie nad strumykiem, by odkryć, że to wszystko było złudzeniem.

Wszystko pojawiało się i tłoczyło jak w mgnieniu oka. Wszystko było snem, nawet to co wydawało się szczerą prawdą, a pewnie i to, co zdarzyło się wcześniej — historia Dąsy, jego żony pastuszki, małżeństwa, zemsty na Nali i przygody z joginem. Wszystko to były obrazki, które można podziwiać na zdobnej ścianie pałacu obok kwiatów, gwiazd, ptaków, małp i bogów. Czyżby to wszystko, co ostatnio doświadczył i jeszcze miał przed oczyma — przebudzenie ze snu księcia, wojna i więzienie, pobyt nad strumykiem, wstrząśnięta miseczka z wodą oraz obecne myśli — było utkane z tego samego materiału? Czyżby to był sen, złudzenie, maja? Z jakiego wiec materiału miało być utkane jego przyszłe życie, jego doświadczenia i uczucia, przeżywane aż do samej śmierci? Była to czysta gra i iluzja, piana i sen, maja, pełen piękna, koszmarów, uroku i rozpaczy kalejdoskop życia rozpalany radością i smutkiem.

Historia życia Józefa Knechta to seria przebudzeń od chwili, gdy "został powołany", by wstąpić do hierarchii Castalii ("Knecht" w języku niemieckim oznacza "sługę"), poprzez okres, kiedy był Magistrem Ludi, aż do opuszczenia zakonu i rezygnacji z gry. Castalia jest tak naprawdę związkiem przyobleczonym w instytucję społeczną. Hesse ponownie wprowadza nas we wspaniałą utopijną wizję "Gry nad grami", która w końcu okazuje się jak wszystko inne ulotna. Knecht wycofuje się, gdy tylko otrzymuje najwyższe stanowisko w zakonie. Oskarża zakon o brak kontaktu ze światem zewnętrznym i zauważa, że Castalia, jak wszystkie inne formy społeczne, jest zamknięta w czasie. W trakcie wyjaśnień napomina o "pewnym doświadczeniu duchowym, które od czasu do czasu przeżywał, a które nazywał "przebudzeniem"".

Nigdy nie myślałem o tych przebudzeniach jak o manifestacjach Boga, demona, czy nawet absolutnej prawdy. Wartość i powagę nadaje im nie tyle związek z prawdą, ich wysokie pochodzenie, ich boskość czy cokolwiek takiego, lecz sama ich realność. Są niebywale realne w swej istocie i nieuchronności, jak jakiś straszny ból w ciele lub zdumiewające zjawisko przyrody.... Moje życie, tak jak je widziałem, miało być transcendencją, stopniowym rozwojem, potokiem różnych światów, które przebywa się i opuszcza w sposób podobny, jak to czyni muzyk, który tworzy i doskonali swe dzieło, by wreszcie porzucić je dla następnego projektu, tworząc niestrudzenie, bez snu, będąc w pełni świadomym i obecnym. W trakcie tego doświadczenia przebudzenia zauważyłem, że naprawdę istnieją takie stopnie i światy, a wraz z zakończeniem każdego z nich pojawia się pragnienie śmierci przed przejściem do następnego świata, przebudzeniem się i nowym początkiem.

Mistycy i wizjonerzy znajdują się zawsze albo w niezgodzie z instytucjami społecznymi albo z dala od nich. I nawet jeśli instytucja jest możliwie najdoskonalszą grą nad grami, powstałą samą z siebie, to i tak zawsze jest ulotnym, ograniczonym, kolejnym światem do przejścia. Po opuszczeniu Castalii, Knecht udaje się w drogę:

I znowu wszystko było całkowicie nowe, tajemnicze i obiecujące: wszystko pojawiało się w innym świetle, a większość była całkowicie nowa. Zdaje się, że wieki musiały upłynąć od chwili, w której świat wyglądał tak pięknie, niewinnie i bezpiecznie. Niczym lekarstwo, wypełniła go radość z wolności i niezależności. Przypomniał sobie, jak dawno temu odczuwał to cudne wrażenie, tę piękną i czarującą iluzję!

Oto i to. Saga o H.H. Krytycy powiadają, że Hesse jest świetnym powie-ściopisarzem. No cóż, bardzo to możliwe. Tyle że powieść jest formą społeczną, a u Hessego "społeczne" jest egzoteryczne. Hesse na zupełnie innym poziomie jest znakomitym przewodnikiem po doświadczeniu psychodelicznym i jego praktycznym zastosowaniu. Przed każdą sesją LSD należy czytać Siddharthę i Wilka Stepowego. Ostatnia część Wilka Stepowego jest naprawdę bezcennym przewodnikiem.

Jeśli więc macie problem ze zintegrowaniem swych wizji z płaską rutyną życia codziennego, studiujcie Podróż na Wschód. Odnajdźcie swój krąg magiczny. Członkowie Związku czekają na was wszędzie. Dalsze doświadczenie psychodeliczne pomoże wam uporać się z problemem języka i komunikacji, wasze myśli i uczynki nabiorą twórczej złożoności, kiedy dowiecie się, jak bawić się interdyscyplinarnymi symbolami, wielopoziomowymi metaforami. Grą szklanych paciorków.

Nie zapominajcie wszakże o tym, co nieustannie powtarza Hesse. Starajcie się zawsze być blisko wewnętrznego rdzenia. Gdy bowiem zapomnicie o podsycaniu wewnętrznego ognia, wtedy to formuły mistyczne, związek, porażające bogactwo intelektu, wszystko to stanie się śmiertelną pułapką. Płomień ten, rzecz jasna, ciągle płonie w nas, poza nami, tu i tam, podtrzymując nasze życie. Wystarczy tylko się dostroić.

Czy Hesse Stosował Środki Zmieniające Świadomość?

Chociaż uprzednia argumentacja nie zależy od odpowiedzi na to pytanie, istnieją pewne wskazówki w pismach Hessego, dla których kwestia ta może ciekawić badaczy historii i literatury. W czasach, na które przypadała twórczość Hessego, prowadzono w Niemczech całkiem pokaźne badania nad meskaliną. Opisał je szczegółowo Kurt Beringer w monografii Der Meskalinrausch. Spory materiał zbadał też Heinrich Kluver w swej monografii Mescal, która była pierwszą książką o meskalinie w Anglii.

W odpowiedzi na nasze pytania, znajdujący się obecnie na Uniwersytecie w Chicago profesor Kluver napisał:

Z tego, co mi wiadomo, Hermann Hesse nigdy nie wziął meskaliny (kiedyś interesowałem się tym tematem w Szwajcarii). Nie wiem nawet, czy wiedział o eksperymentach nad meskaliną prowadzonych przez Beringera w Heidelbergu. Jest panu zapewne wiadome, że Hesse (i jego rodzina) bardzo dobrze znał świat Indii i jego idee. Bez wątpienia, musiało to mieć wielki wpływ na jego dzieła..

l Przedruk z Psychedelic Review, nr 3. Współautorem tego tekstu był Ralph Metzner, redaktor naczelny Review.

Kategorie