Szymon Kołecki: wygram, nawet gdybym miał paść

"Magazyn Futbol": Ponoć bardzo irytuje pana, że przeciętny ligowy piłkarz w Polsce zarabia około 15 tysięcy złotych miesięcznie. Szymon Kołecki: - Odpowiem tak: piłka nożna to najpopularniejsza dyscyplina na świecie, więc nie ma nic dziwnego w tym, że wielkie gwiazdy dostają miliony euro rocznie. To profesjonaliści. Inaczej niż wielu Polaków. Jako szesnastoletni chłopak byłem na obozie w Zakopanem. Zapieprzałem tam i jednocześnie patrzyłem jak zawodnicy jednej z czołowych drużyn zamiast biegać po górach chleją tyle, że ledwo stoją na nogach. Jeżeli tacy ludzie mają otrzymywać grubą kasę głównie za picie alkoholu, to ja tu czegoś nie rozumiem.

agquarx

Kategorie

Odsłony

830
"Magazyn Futbol": Ponoć bardzo irytuje pana, że przeciętny ligowy piłkarz w Polsce zarabia około 15 tysięcy złotych miesięcznie. Szymon Kołecki: - Odpowiem tak: piłka nożna to najpopularniejsza dyscyplina na świecie, więc nie ma nic dziwnego w tym, że wielkie gwiazdy dostają miliony euro rocznie. To profesjonaliści. Inaczej niż wielu Polaków. Jako szesnastoletni chłopak byłem na obozie w Zakopanem. Zapieprzałem tam i jednocześnie patrzyłem jak zawodnicy jednej z czołowych drużyn zamiast biegać po górach chleją tyle, że ledwo stoją na nogach. Jeżeli tacy ludzie mają otrzymywać grubą kasę głównie za picie alkoholu, to ja tu czegoś nie rozumiem. Czyli jest pan przeciwnikiem alkoholu w piłce? - Nie, jestem przeciwnikiem picia bez umiaru. Tak samo jak nie podoba mi się, gdy piłkarz większą uwagę niż do zajęć przykłada do tego, jaką zrobić sobie fryzurę, czy też gdzie można kupić nowy, szałowy ciuch. Zamieszanie wokół Artura Boruca śmieszy pana, irytuje, czy może w ogóle nie rusza? - Śmieszy mnie raczej to, że robi się wielkie halo, gdy widać w gazecie fotkę, na której Boruc pije jedno piwo. Jeżeli facet nie chodzi notorycznie narąbany, to co złego jest w tym, że raz na jakiś czas zamówi browar? Trzeba znać umiar. Formie Boruca na pewno nie pomaga za to fakt, że rozstał się z żoną. - Nie krytykowałbym Artura za to, co robi w życiu prywatnym. Nie możemy go mieszać z błotem, bo nie jesteśmy w jego sytuacji. Temu chłopakowi na jedno skinięcie ręki wskoczyłoby pewnie do łóżka pół mężatek i wszystkie śliczne panny w Glasgow. Wydaje mi się, że jak człowiek żyje ze świadomością, że jest tak uwielbiany, to może się w pewnym momencie pogubić. Usprawiedliwi pan też zachowanie Cristiano Ronaldo, który organizował imprezy pełne prostytutek, alkoholu i narkotyków. - Chwila, chwila. Czy Portugalczyka aresztowano za posiadanie na przykład amfetaminy? Nie. - No właśnie, a gdyby tak jak pisze prasa notorycznie ćpał, to pewnie w końcu ktoś by go aresztował, bo koks jest przecież nielegalny. Cristiano mnie irytuje, to taki mydełkowaty fircyk w zalotach, ale jednocześnie bardzo dobry piłkarz. Pewnie nie ma na świecie osoby, która nie chciałaby zaprosić go na imprezę. Temu gościowi każda kobieta z chęcią rzuciłaby się na szyje. A ile można się odganiać od fajnych lasek? Prawda jest taka: jeśli człowiek żyje w przekonaniu, że jest świetny, bogaty i popularny, to prędzej czy później popełnia błędy. Poza Borucem w Polsce mamy jeszcze jednego bramkarza-celebrytę, Radka Majdana. - Drażni mnie. Boruc czy Ronaldo balują, ale poza tym są dobrymi piłkarzami. A Majdan? To przeciętniak, który stał się częścią śmiesznego polskiego show-biznesu tylko dlatego, że spotyka się z Dodą. Nie mogę traktować poważnie faceta, który robi sobie na głowie jakąś zaczeskę na bok, żeby ukryć łysinę. Tyle w tym temacie. Polska dzieli się na tych, co kochają i nienawidzą Leo Beenhakkera. W której grupie jest pan? - W żadnej. Kiedyś rozmawiałem z Holendrem, zrobiłem sobie z nim fotkę, było miło. Rozumiem tego człowieka, gdy wkurza się na dziennikarzy niedających mu spokoju na każdym kroku. Jakby za mną łazili tak jak za nim, to bym oszalał albo dał komuś w gębę. W telewizji widzimy czasem Leo, który mówi coś, co irytuje opinię publiczną. Tyle że przeważnie jest to pewnie 15-sekundowy fragment wycięty z dwuminutowej wypowiedzi i podłożony pod konkretną tezę. Wiem, że telewizje robią takie numery, bo sam nie raz padłem ich ofiarą. A co pana wkurza w Beenhakkerze? - Zdenerwował mnie w Belfaście. Przegrywamy z tymi słabiakami z Irlandii Północnej, a on zdejmuje Irka Jelenia i daje Marka Saganowskiego. W takim momencie kazać schodzić napastnikowi, który strzelił gola? To niedorzeczne. Sagan powinien wejść za jakiegoś obrońcę. No ale pan Beenhakker nie lubi Jelenia, więc pewnie w ten sposób chciał się na nim wyżyć. Jeszcze jakaś decyzja Holendra pana wzburzyła? - Tak. Nie zgadzałem się z powołaniem Rogera do kadry na Euro 2008. Nie grał w lidze o klasę lepiej od innych rozgrywających, więc nie było podstaw, by tak ciągnąć go za uszy. Inna sprawa, że potem Brazylijczyk okazał się naszym najlepszym piłkarzem. Reszta była bezradna jak dzieci, którym zabrano lizaki. Chłopaki zachowywali się, jakby im korki wrosły w murawę, nie byli w stanie się ruszyć. Tymczasem Roger podawał, dryblował, cudował jak jakiś magik. Może dlatego, że traktował występy dla Polski na luzie, inaczej niż nasi piłkarze? Tak w ogóle, to ja nie rozumiem zachowania polskich futbolistów na dużych imprezach. Przecież w sporcie zespołowym, inaczej niż w indywidualnym, odpowiedzialność rozkłada się na kilkanaście osób. Jak jeden zawodzi w trakcie ważnego meczu, to drugi może mu pomóc. Polacy mają na boisku tyle możliwości manewru, a mimo to nie dają sobie rady i dostają baty od Chorwatów czy Niemców. To strasznie drażniące. Co jeszcze złości pana w piłce nożnej? - Pajacowanie. Taki Rivaldo dostał kiedyś kopa w nogę w trakcie jednego z meczów, a złapał się za twarz. Żenujące aktorstwo na najniższym poziomie. Piłkarze muszą być wojownikami, a nie lalusiami. Ma pan swojego ulubionego fightera? - Tak, to John Terry z Chelsea. Facet nigdy nie odpuszcza i to jest cudowne. Jak przestrzelił karnego w finale Ligi Mistrzów z Manchesterem United, to prawie się popłakałem. Było mi go straszliwie żal. Wychowanek Chelsea, ikona klubu, a nie trafił w takim momencie. Potwornie smutne. Myślę sobie, że dłużej przeżywałem to pudło niż sam Terry! Zdradzę panu, że chciałem nawet zadedykować Anglikowi swoje złoto olimpijskie w Pekinie. Niestety, byłem drugi, więc nie miałem okazji zrealizować swojego planu. Co do Ligi Mistrzów... Znany brytyjski skrzypek Nigel Kennedy powiedział kiedyś, że to rozgrywki dla lalusiów, że dla niego prawdziwa piłka to Premiership, czy inne ligi krajowe. Zgadza się pan z tą teorią? - Nie, bo ja uwielbiam Champions League! Strasznie kręci mnie to, że przez pół roku mogę co drugi wtorek i środę siedzieć przed telewizorem i oglądać kolejne superwidowiska. Owszem, czasem mam wrażenie, że meczów jest za dużo. Na tyle, że nie pamiętam, kto grał z kim w ćwierćfinale rok wcześniej. Ale mimo to nic w Lidze Mistrzów bym nie zmieniał. Wróćmy do polskiej piłki. Nadal jest pan w zarządzie klubu MKS Ciechanów? - Tak, to czwartoligowa drużyna. Wiele jej nie pomagam, bo nie znam się na szefowaniu klubom piłkarskim. Ale liczę, że moje nazwisko sprawi, iż rozpoznawalność zespołu wzrośnie i że może znajdą się w końcu jacyś poważni sponsorzy. Ponoć poprosił pan kiedyś kumpli z Ciechanowa, by mieli oko na piłkarzy MKS. - Niektórzy zawodnicy MKS mieli się za gwiazdy światowego formatu, przy których chowa się sam Zinedine Zidane. W związku z tym można było ich spotkać nie tylko na boisku, ale i na krawężniku przed klubem o 4 rano w pozycji leżącej. Postanowiłem zaradzić temu niesportowemu prowadzeniu się. Poprosiłem znajomych, którzy są bramkarzami w ciechanowskich klubach i pubach, by mieli na chłopaków oko. W ten sposób chciałem wpłynąć na poprawienie wizerunku klubu w mieście. Niestety, z tego co wiem nie do końca udało się osiągnąć pożądany efekt. Na boisku radzi sobie pan bardzo dobrze. W związku z tym nie korciło pana, by zagrać dla MKS? - Ja nawet miałem propozycję reprezentowania tego klubu! Jak kopałem piłkę z oldbojami z Ciechanowa, to panowie powiedzieli, że byłbym dużym wzmocnieniem półzawodowej drużyny. Miałem wielką ochotę w niej zagrać. Nie zrobiłem tego, bo nie starczyło mi czasu na solidne przygotowanie do sezonu. Już taki jestem, że jak coś robię, to na sto procent. Gdybym miał występować w MKS, to nie po to, by być jednym z wielu, a dlatego, żeby stać się najlepszym strzelcem drużyny. A propos zaangażowania – kiedyś grał pan w przedziwnym meczu, w którym drużyna amatorów pokonała 4:3 Legię Warszawa. - To prawda. Rzecz działa się w Karczewie, to było jakieś charytatywne spotkanie w hali. Naprzeciw aktualnym mistrzom Polski stanęła ekipa, w której było dwóch dziennikarzy, emerytowany zawodnik Darek Dźwigała, jego jedenastoletni syn, ja, sztangista Grzegorz Kleszcz i szachista Bartłomiej Macieja. Tuż przed pierwszym gwizdkiem w szatni usłyszałem jak jakiś chłopaczek z Legii, chyba było mu na nazwisko Burkhardt, się z nas nabija. Pomyślałem wtedy: żebym miał paść na boisku, to zleję im tyłek. No i udało się wygrać. Legię zgubiło to, że nas zlekceważyli i wystawili w polu aż czterech napastników. Odjechaliśmy im na dwa gole i potem było OK. Warszawianie kompletnie się pogubili, stracili formę. W pewnym momencie wyprzedziłem w pojedynku biegowym Tomasza Kiełbowicza. Odsadziłem go na półtora metra na odcinku dziesięciu metrów. Byłem zawzięty jak cholera. Moim zdaniem takiego charakteru brakuje polskim piłkarzom. Opowiem panu anegdotę: po mundialu w 2002 roku, który wygrała Brazylia, jeden z dziennikarzy zapytał Cafu jakie to uczucie wygrać mistrzostwo świata. Brazylijczyk odpowiedział, że cudowne, bo przez całe cztery lata po przegraniu mundialu we Francji myślał tylko o jednym, o zemście. Dawno nie widziałem tak zawziętego człowieka, jak ten facet. Nasi piłkarze nie mają w sobie tej żądzy wygrywania, tej agresji. Chciałbym obejrzeć wywiad z polskim zawodnikiem, który otwarcie mówi, że wpieprzymy temu i temu rywalowi bo jesteśmy lepsi, albo że powinien grać w pierwszym składzie reprezentacji, bo jest naprawdę dobry. Niestety, nasi piłkarze nie mają w sobie tego poweru. Choć zdarzają się wyjątki. Na przykład? - Wojtek Kowalewski. Ten bramkarz to świetny sportowiec i dobry człowiek. Koleguję się z nim od lat, podoba mi się jego charakter. Podsumowując: dopóki nasi zawodnicy nie wyrobią w sobie mentalności mistrzów, dopóty na każdej poważnej imprezie będziemy obrywać. Powinniśmy wstydzić się polskiej ligi? - Tak, bo jej poziom jest słabiutki. Najlepiej określa go fakt, że od trzynastu lat nie zakwalifikowaliśmy się do Ligi Mistrzów, a w Pucharze UEFA leją nas zespoły z Gruzji czy Norwegii. Jan Tomaszewski słusznie podsumował polską piłkę klubową i reprezentacyjną po wygranej 10:0 z San Marino. Powiedział wtedy, że radzimy sobie z kelnerami, a problem zaczyna się wtedy, gdy przyjeżdżają listonosze. Czy mimo słabości ekstraklasy, kibicuje pan jakiejś drużynie? - Nawet dwóm – Lechowi Poznań i Wiśle Kraków. Drużynę z Wielkopolski lubię, bo po igrzyskach w Pekinie wysłali mi kartkę z gratulacjami. Z kolei do Wisły mam sentyment od czasów, gdy grali w niej Maciek Żurawski, Kamil Kosowski, Mirek Szymkowiak i Kalu Uche. Ależ to była paka! Najlepsza w Polsce w minionej dekadzie. Szkoda, że się rozsypała i nie awansowała do Ligi Mistrzów. Rozmawiał KAMIL GAPIŃSKI ("Fakt")

Komentarze

mrs (niezweryfikowany)
ciekawe i edukujące
Anonim (niezweryfikowany)
Disposable Teens akurat leci...
Anonim (niezweryfikowany)
Prawda jest taka, że w polskiej piłce jest jak w polskiej polityce i mentalności. Najważniejsza jest kasa, lans i chlanie! Ot co! Polskie realia...
Anonim (niezweryfikowany)
kołecki to pener
Anonim (niezweryfikowany)
kołecki to pener
diss (niezweryfikowany)
ahahaha legia dostala w dupe od dziadka z synkiem, dwoch sztangistow i szachisty! Co za tragikomedia :D Szymon ma dobra gadke, sie nie bawi.
Zajawki z NeuroGroove
  • Mefedron

Witam

Bohaterowie: L -czyli ja (180cm 60kg 16lat) i H - czyli kumpel (185cm 70kg 18lat) i Mef czyli Mefedron

  • Grzyby halucynogenne

info:


autor: molasar [ja :)] [mam 21 lat]


doświadczenie z dragami: tylko psychodeliki, 4 lub 5 podróży w przeciagu 3

lat


rodzaj i ilość substancji: [informacja zawarta w tekscie właściwym]





witam wszystkich amatorów psychodelicznych podróży!

  • 3-MMC
  • Mefedron
  • Tripraport

Późny niedzielny wieczór, sam w domu. Czuję spokój ducha, ale też zmęczenie, po powrocie od dziewczyny. Wziąłem u niej 150mg Pregabaliny, także mnie zmuliło (albo doszło do mnie zmęczenie po niezbyt dobrze przespanej nocy) i prawie u niej zasnąłem, ale już mi trochę lepiej po tym jak się przewietrzyłem wracając. Wczoraj i przedwczoraj również wziąłem kolegę mateusza, poniżej napiszę ile dokładnie co i jak, bo może kogoś ciekawić, a drugich już niezbyt. Kontynuując - dobry dzień, myślałem że będę miał zjazd lub że się nie obudzę zbyt wcześnie i jak zawsze kolega mnie zdziwił, bo było wszystko dobrze, spokój i radość ducha (już na trzeźwo oczywiście). Jedyne co mnie irytuje w cholerę to dekoncentracja, za nic w świecie nie mogę się skupić, jutro pewnie będę miał to ponownie, ale chce to ograniczyć najbardziej jak się da, dlatego biorę pare suplementów, ale to opisze kiedy co i jak już w tripraporcie poniżej. Dzisiaj biorę to tylko, aby napisać swój pierwszy raport, bo bardzo mnie to "kręci", wiem kiedy dać upust i jak już czuję, że coś jest nie tak, to przestaje. Przy zjazdach następnego dnia nie kusi mnie aby zapodać znowu, ale właśnie przeciwnie - wiem, że to koniec i muszę przestać na dłuższy czas. Więc na najbliższy czas nie będę spotykał się z tym kolegą. Piątek - zapodałem wtedy doustnie jakieś 300mg-350mg, nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się że było to 350mg. Trochę wtedy mi się problemów nazbierało i pomyślałem "czemu nie i tak nie mam co zrobić w aktualnej sytuacji, a dawno nic nie brałem". Następnie zrobiłem parę ważniejszych rzeczy, które wydaje mi się że trochę pomogły mi na dłuższą metę z tymi wspomnianymi problemami, których wole nie zdradzać. Sobota - ok. godziny 23 zapodałem donosowo 60mg, było wszystko czuć dobrze, nie było to tak mocne i inwazyjne jak za każdym razem (chodzi mi tu o euforie i uczucia miłości, empatii itp. ; nie lubię tego odczuwać w taki sposób, na ogół jestem osobą miłą i bardzo współczującą, co nie oznacza, że jak ktoś mi zrobi krzywdę to ja mu nadstawię drugi policzek, co to to nie ;)) wracając, czułem dobry speed, czyli to co tak uwielbiam i dość dobre, ale nie inwazyjne uczucia empatii itp. jak to jest w wyższych dawkach. Z tego co zauważyłem to przy mefedronie i jego izomerach przy niższych dawkach głównie wzrasta "uczucie szybkości", a już przy wyższych głównie euforia i empatia. Następnie 2-3h po tym jak mi zaczęło schodzić, zapodałem doustnie 240mg, poczułem wydłużenie efektu zejścia i może lekko większe pobudzenie, i tyle. Zasmuciło mnie to, ale cóż czasami tak bywa. WAGA - 80kg (wzrostu nie podaje, bo jeszcze ktos mnie namierzy, ale mega niski ani ulany nie jestem)

*Od razu chciałbym powiedzieć, że jestem na cyklu testosteronowym enanthate, 300mg/E7D, więc może to dawać lekkie różnice. Nie, nie jestem trans, przygotowywuje się do zawodów sportowych i zgadzam się, próbowanie mefedronu raz czy dwa w porównaniu do cyklu w tym wieku to całkowita głupota, i nikomu nie polecam tego robić, ale oczywiście robicie wszystko na własną kartę. No i przecież ten mój wiek to może być fikcja haha. Miłego czytania.*

22:40 - T-50m -  wziąłem ok. 1g Witaminy C.

 

*ODTĄD PISAŁEM JUŻ PO WZIĘCIU!*

  • Inne

Co tu duzo mowic,rodzi sie takie pytanie - [kiedy ja tak zaczynam to bedzie

dlugie i dla niektorych

nudne,wiec mozecie juz wcisnac `del` ] - jaki jest w tym cel? Czy po prostu

istniec-kolekcjonowac

doswiadczenia,jak cholerne znaczki w klaserach? Czy nigdy sie to nie znudzi?

Czy moze to jest

odmiana od czegos co nam sie juz zrodzilo.Wiem,ze nie moge tego przelac w

slowa, braklo

by metafor,to tylko taki dopisek jak wiele innych ktore byly przedemna i

beda po mnie,bez znaczenia.