REKLAMA




Cyfrowe uzależnienie. Detoks od tabletów i komórek najlepiej wychodzi na wsi

Zazwyczaj termin „detoks” oznacza tydzień życia na sokach z ekologicznych warzyw i słuchaniu nagrań śpiewu wielorybów. Dziś termin ten uzyskuje zupełnie nowe znaczenie. Miliony dorosłych osób chcą w końcu odstawić smartfony i tablety, bo czas, jaki poświęcają na gapienie się na wyświetlacze wymyka się im spod kontroli.

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

Polska Times
Rosemarz Bennet, tłumaczenie Zbigniew Mach

Odsłony

219

Miliony uzależnionych od Facebooka i elektronicznych gadżetów szukają pomocy w zajęciach „bez prądu”. Odcięci całkowicie od telewizji, komórek, delektujemy się posiłkami, zwalniamy tempo życia i rozmawiamy spokojnie z ludźmi.

Zazwyczaj termin „detoks” oznacza tydzień życia na sokach z ekologicznych warzyw i słuchaniu nagrań śpiewu wielorybów. Żadnego chlania i ani jednej filiżanki kawy. Dziś termin ten uzyskuje zupełnie nowe znaczenie. Miliony dorosłych osób chcą w końcu odstawić smartfony i tablety, bo czas, jaki poświęcają na gapienie się na wyświetlacze wymyka się im spod kontroli.

W ubiegłym roku, według danych Ofcom, ponad jedna trzecia brytyjskich dorosłych - 15 mln ludzi - próbowało takiej czy innej formy „cyfrowego detoksu”. W wyjściu z uzależnienia pomaga im coraz więcej nowo powstających firm i zatrudnianych w nich profesjonalistów. Ten problem dotyczy zresztą nie tylko Brytyjczyków, to zjawisko ogólnoświatowe.

Martin Talks założył Digital Detoxing z myślą o pomocy firmom, gdzie nieustanne śledzenie Internetu dosłownie wycieńczało pracowników i osłabiało ich kreatywność.

Dziś na organizowane przez niego i trwające 3-7 dni odosobnienia „bez prądu” w wiejskich ustroniach zgłasza się coraz więcej pojedynczych osób. Już na początku sesji oddaje się do przechowania wszystkie gadżety. Ale uczestnicy mają do wyboru mnóstwo „zdrowych” zajęć, które mają wypełnić ich „cyfrową” pustkę.

Chodzi głównie o zwolnienie tempa. - Zachęcamy ludzi, by zamiast robić fotki, rysowali. By patrzyli na naturę zamiast oglądać ją na wyświetlaczach czy monitorach. Medytowali, gotowali i spożywali posiłki bez zwykłego pośpiechu. Nie udajemy, że takie odosobnienie rozwiązuje problemy, ale może ono zachęcić uczestników do zmiany podejścia i pokazania, że można żyć bez przyklejonej do dłoni komórki - mówi Talks.

Wiele miejsc, gdzie odbywają się takie treningi dysponuje tylko podstawowymi udogodnieniami. Nie ma elektryczności. Nawet gdybyś przemycił komórkę, nie będziesz miał zasięgu.

Inna tego typu firma o stosownej do celu nazwie Time to Log Off oferuje bardziej egzotyczne miejsca - między innymi we Włoszech, na Hawajach czy w Kornwalii. Założyła ją w ubiegłym roku Tanya Goodin zajmująca się przedtem wprowadzaniem na rynek urządzeń cyfrowych. Nagle zauważyła, że przez cztery lata nie miała w ręku książki. Zamiast tego marnowała czas przy swoich gadżetach. Przyznaje, że technologia cyfrowa dosłownie „rozwaliła jej zdolność koncentracji”.

Zapotrzebowanie na oferowane przez nią treningi jest tak duże, że w czasie wakacji nie może znaleźć wystarczającej liczby lokalizacji. - Potrzebujemy miejsc oddalonych od innych. Bierzemy całość. Żadni przypadkowi ludzie nie mogą wałęsać się w pobliżu z komórkami. A o takie naprawdę trudno. Ogólnie naszymi klientami są wypaleni szefowie z wysokim poziomem stresu. Są „always on” - zawsze wyczerpani, ale nie mogą się „odłączyć” - mówi Goodin. Taka kultura bycia doprowadziła do erozji granic między pracą a życiem rodzinnym. A to oznacza, że nikt już nie „przełącza” się z jednego na drugie i nie potrafi odpowiednio odpoczywać od pracy. Konsekwencje są bardzo poważne. Podczas jednego z zeszłorocznych treningów organizowanych przez Goodin jedna trzecia uczestników przyznała, że zrezygnowała z pracy z przyczyn związanych ze stresem.

Czy tego typu odosobnienia przynoszą efekty? Kierujący państwową jednostką ochrony zdrowia 46-letni Darren Fergus uczestniczył w jednym z nich i twierdzi, że zmieniło ono jego życie. Był uzależniony od Facebooka. Jego „grzeszna przyjemność” polegała na nieustannym śledzeniu wideo z wypraw kajakowych. - Oglądałem te filmiki od chwili, gdy się obudziłem do późnego wieczora. Często ze 20 razy dziennie. Ponadto natychmiast odpisywałem na maile z pracy, regularnie śledziłem wpisy na Twitterze i wysyłałem niezliczone smsy. Rzadko kiedy patrzyłem na coś innego, niż wyświetlacz mojej komórki. Zrozumiałem, że mam problem, gdy mój dziesięcioletni syn oświadczył, że ma dość oglądania tylko czubka mojej głowy - mówi Fergus.

Oddanie przed treningiem wszystkich gadżetów - także zegarka - wprawiło go w stan nerwowości. Mieszkał w jednym domku na moczarach z ośmioma innymi „nieszczęśnikami”, których nigdy przedtem nie widział na oczy.

- Z początku trudno mi było z myślą, że nikt - ze znajomych z pracy czy w ogóle - nie może się ze mną skontaktować. Ale szybko wszyscy zrozumieliśmy jak bardzo pokręceni jesteśmy. Zaczęliśmy żyć naturalnym rytmem dnia. Cieszyć się czasem i zwykłymi rzeczami. Mieliśmy też elementy terapii grupowej. Sądzę, że nie przesadzę, gdy powiem, że pobyt tam uczynił nas lepszymi ludźmi - dodaje z całym przekonaniem Fergus.

Jego „cyfrowe” przyzwyczajenia uległy widocznej zmianie. Facebooka sprawdza teraz tylko dwa razy dziennie. Na maile odpowiada w wyznaczonych odstępach czasu. Podczas spotkań z kimś w cztery oczy nigdy nie patrzy na wyświetlacz swojej komórki.

Martin Talks twierdzi, że obecnie, gdy chodzi o nasze „cyfrowe” nawyki zbliżamy się do punktu krytycznego.

- Weszliśmy w tę sytuację jak somnambulicy bez żadnego namysłu. Teraz musimy więc zadać sobie parę trudnych pytań i stawić czoła nieubłaganemu rozwojowi [nowej] technologii. Uwielbiam ją, bo poszerzyła nasze możliwości komunikacji i przeżywania życie. Ale jednocześnie sprawiła, że stajemy się głęboko zestresowani i przerażeni. Te gadżety konstruuje się z myślą o uzależnianiu. Ich używanie ma stymulować wytwarzanie dopaminy i „grać” na naszych prymitywnych instynktach jak najszybszego uzyskiwania informacji. Smartfon stanowi jak najbardziej realny problem. [Jego] używanie wymyka się spod naszej kontroli. Naprawdę powinny nosić etykietę z ostrzeżeniem, że są szkodliwe dla zdrowia - mówi Talks.

Jednak dla tych, którzy nie mogą udać się na trening, odpowiedź może przynieść… sama technologia.

Nick Kuh z Brighton na próżno próbował oderwać swojego 13-letniego syna Finna od jego iPada. Ponadto podczas jednego z rodzinnych obiadów zdarzyła mu się wpadka, bo sam odebrał smsa. Syn - słusznie - natychmiast nazwał go hipokrytą. Kuh postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Jako twórca aplikacji z zawodu opracował kilka programów, które dawały mu znać na komórce gdy jego syn używa iPada. - Finn szybko je złamał. Postanowiłem więc wysilić się bardziej i wymyśliłem Glued. Program monituje cyfrową aktywność wszystkich członków rodziny i przyznaje punkty za tę najniższą. To współzawodnictwo.

Dziś Glued ma 10 tys. użytkowników. Średnio zmniejszyli oni czas spoglądania na wyświetlacze o jedną trzecią. - Pomaga on zwłaszcza nie marnować czasu na gapienie się na wyświetlacz, gdy rzeczywiście tego nie potrzebujesz. Jak choćby z samego rana czy tuż przed pójściem spać, kiedy niemal odruchowo spoglądasz na komórkę. Naprawdę pomaga zerwać z nawykiem - mówi Nick Kuh.

Może zatem niekoniecznie musisz brać udział w specjalnym treningu.

Oceń treść:

Brak głosów
Zajawki z NeuroGroove
  • Dekstrometorfan

S&S: Chawir, wolny dzień, własny pokój, 84 kg mnie, 600 mg deksa, łóżko i słuchawki.

Wiek: 27.

Doświadczenie: THC, Amfa, XTC, Mef, Grzybki, Kodeina, Ketony, Haszysz, DXM.

Na początku chciałem zaznaczyć, że to mój dziewiczy trip-raport i postanowiłem go napisać nie tylko z powodu tego, co doświadczyłem, ale chciałem przede wszystkim dołożyć własną cegiełkę do tej wspaniałej i często wykorzystywanej przeze mnie bazy danych wszelakich narkoprzeżyć.

  • Oksykodon
  • Tripraport

Nastawienie bardzo pozytywne, humor dopisuje, bardzo dobre samopoczucie w oczekiwaniu na wejście fazy (rano). Od ciepłego łóżka i kocyku w domu przez osiedle, do samochodu i innych miejsc w mieście. Pierw sam później z moimi ludźmi, przy których moge zachowywać sie w pełni swobodnie , bez względu na to w jakim byłbym stanie i cob bym zażył. Cały "zarząd" ekipy to kilkanaście osób , w tym niektórzy nie piją nawet alkoholu(kierowcy) i zajmują się zarabianiem a niektórzy jadą ze wszystkim ostro po bandzie, znamy sie od lat, nikt nikomu niczego nie wypomina ani nie moralizuje.

Oksykodon - bardzo silny syntetyczny opioidowy lek przeciwbólowy, jest oczko niżej niż morfina i heroina(nie próbowałem żadnej z nich), choć moim zdaniem
oxy jest bardzo wygodne dla mnie, ponieważ zawsze działa tak samo, nie trzeba się martwić , że ktoś ci czegoś dosypał, oraz dał mi to magiczne uczucie, zostawiłw w tyle wszystkie inne opiaty i opioidy jakie próbowałem, jest złudnie zajebisty o czym dzis będę pisał.

  • Heroina

Spisano dn. 15/06/2004


Doświadczenie: Duze ;) (mj, speed, koks, MDxA, GHB, DXM, LSD, Psilocybe, 2C-I, i inne)