REKLAMA




Listy z książki "Po tej stronie granicy" - 6/ 6

Przedruki listów, sprowokowanych emisją w TP (Telewizji Polskiej) pierwszych dokumentów o polskiej narkomanii w 1981 roku. Część 6 z 6.

Listy z książki "Po tej stronie granicy" - 6/ 6


część książki pt "Po tej stronie granicy" (do spisu treści)
okladka okładka

Warszawa, 18 III 1981

Droga Redakcjo, zwracam się do Was z prośbą o pomoc w sprawie mojego syna Zdzisława (lat 23), ciężko chorego, uzależnionego od narkotyków. Przypadkowo obejrzałam wasz film "Granica" i następnie wysłuchałam dyskusji na temat narkomanii w Polsce i po dłuższym wahaniu zdecydowałam się do was napisać. Musicie mi uwierzyć, że to jest moja ostatnia szansa. Od kilku lat, mimo złego zdrowia i warunków próbowałam doprowadzić do wyleczenia syna z nałogu szukając pomocy u wielu kompetentnych i zobowiązanych do tego instytucji. Niestety, wszystkie możliwości zostały wyczerpane, wszyscy odwrócili się tyłem lub rozłożyli ręce. Nie chcę tu dokładnie opisywać całej tej historii ze szczegółami i w pełnej chronologii, ale muszę krótko scharakteryzować postawy różnych instytucji i władz. Więc: Milicja Obywatelska - organ ten zainteresowany był wyłącznie przestępczą stroną zagadnienia, to znaczy działano tak, aby jak najszybciej udowodnić produkcję i rozprowadzenie narkotyków, następnie aresztować i przekazać sprawę do prokuratury. Chcę dodać, że mam również starszego syna (lat 28), także brał narkotyki, obecnie na rencie, razem z bratem Zdzisławem byli aresztowani, bici, trzymani dwa miesiące w więzieniu i... sprawę umorzono. W więzieniu syna Wiesława tak ciężko pobito, że przeszedł ciężką operację w szpitalu i był dosłownie o włos od śmierci. Trzeba tu dodać, że Wiesław jest człowiekiem zupełnie nieagresywnym i w dodatku chorym. Szpital i władza więzienna odmówiły wydania karty informacyjnej. Tak więc pozostawiono dwoje chorych ludzi bez pomocy, a nawet w pogorszonym stanie fizycznym i psychicznym. Na marginesie chcę dodać, że MO "nie dostrzega" zupełnie obecności i wyraźnej działalności gangu produkującego i rozprowadzającego narkotyki. Znajomi ci przynoszą choremu synowi jakieś środki (pod moją nieobecność) i są zupełnie bezkarni. Sprawa ta jest już dobrze znana sąsiadom i w ogóle dużemu kręgowi ludzi.

Mimo to właściwi producenci i dystrybutorzy narkotyków pozostają nietykalni i działają dalej rozszerzając plagę na coraz szersze kręgi młodzieży. Dlaczego MO nie działa lub przestała działać? Służba zdrowia oczywiście, sprawa wszystkim znana: brak miejsc w szpitalach, a także przede wszystkim brak podstawy prawnej, aby przymusowo zatrzymać na leczeniu człowieka w gruncie rzeczy nie posiadającego własnej woli, nie rozpoznającego już rzeczywistości i nie mogącego jej prawidłowo interpretować (skutek działania substancji psychotropowych), a często niebezpiecznego dla otoczenia. Zdzisław był już leczony, starałam się przecież o to, w Garwolinie, w szpitalu na ul. Nowowiejskiej, próbowałam załatwić szpital w Pruszkowie, niestety bez rezultatu, lekarze przychodni odwykowej na ul. Dzielnej twierdzą, że sami mają ciężkie warunki, szykanowani są przez nasyłany element przestępczy z marginesu itd. Czy wiecie Państwo, co odpowiedział mi lekarz na moje pytanie, czy ten człowiek, tj. mój syn, musi umrzeć? Tak, z pewnością to go czeka, jak i wielu innych. To nie jest to, co obejrzałam w Telewizji, to jest moje osobiste doświadczenie. Mój syn umiera na moich oczach, dosłownie, i nie mogę nic uczynić. W tej chwili jest w takim stanie, że traci już wzrok, zdolność poruszania się, przytomność. Coraz częściej muszę wzywać karetkę pogotowia. Lekarze z pogotowia już od progu widzą, o co chodzi, i pierwszy ich odruch - wycofać się, nie mamy tu nic do roboty. No, bo cóż można by zrobić? Natychmiast do szpitala, ale czy przyjmą? A nawet jeżeli przyjmą, to po odtruciu pacjenta się zwalnia do domu, gdzie ponownie wraca do tego samego stanu na skutek nałogu narkotycznego.

Wszyscy wiedzą i ja wiem, że człowiek uzależniony nie może wyleczyć się sam, a także nie można go leczyć w warunkach domowych. Droga Redakcjo, dwa lata temu zmarł mój mąż. Syn na grobie ojca przysięgał, że dla matki rzuci nałóg i rozpocznie nowe życie. Ale cóż, widocznie człowiek, jego organizm jest za słaby na to, aby pokonać działanie trucizny.

I przyjdzie mi już niedługo, może jutro pochować syna. Dlaczego muszę przeżywać taką tragedię? Przecież tak jak i mój mąż walczyłam z faszyzmem (jestem odznaczona między innymi Krzyżem Zasługi) i okazuje się, że my, byli kombatanci, jesteśmy pozostawieni sami sobie, nasze dzieci mogą być obojętnie skazane na śmierć w kraju, o który walczyliśmy.

Sprawa, o której piszę, jest jednostkowa; jako matka nie mogę inaczej, nie mogę przestać szukać pomocy, gdy ginie moje dziecko; ale wiem, że sprawa ta ma szerszy zasięg i znaczenie. Są to fakty, które mogą się jeszcze kiedyś strasznie zemścić na społeczeństwie. Dotyczy to wszystkich, zwłaszcza rodziców. Proszę więc jeszcze raz o pomoc.
Wrocław, 19 III1981

Zwracam się z wielką prośbą do Telewizji Młodych o załatwienie mej poniższej prośby. Jestem inwalidką 1 grupy po obozach koncentracyjnych, nie chodzę na nogi i mam tylko jedną zdrową rękę. Mam syna, 21 lat, syn mój od czterech lat zażywa środki odurzające, jest już bardzo wyczerpany, jest bardzo chory, chciałabym go uratować.
Zwracam się wszędzie o pomoc tylko dlatego, że nie chodzę. Każdy rozkłada ręce i nikt nie pomoże mi i synowi - wiem, że dojdzie do tragedii.
Jak zabraknie mego syna, nie ma miejsca i dla mnie na świecie. Kocham swego syna bardzo, jak kocha każda prawdziwa matka, toteż bez względu na to, co zrobił, chcę go ratować i postanowiłam zwrócić się do was o pomoc. Wiem, że w Garwolinie trzeba czekać bardzo długo w kolejce o przyjęcie, a mój syn już długo nie może czekać, bo się wykańcza. Błagam was, kochani, w tym międzynarodowym roku inwalidy proszę załatwić mi w drodze wyjątku. O nic nigdy nie błagałam ani nie prosiłam, a teraz jestem zmuszona. Proszę o to tylko, nic więcej. Pokryję wszystkie koszta z tym związane. Proszę o załatwienie miejsca dla syna w Garwolinie, jeśli to jest możliwe. Syn mój jest bardzo wyczerpany, a ja również, jeśli wolno prosić, to proszę dzwonić do mnie na nasz rachunek, posiadam telefon nr .... Wybaczcie nieskładny list, lecz jestem już bardzo wyczerpana. Kochani, pomóżcie. O to tylko błagam, nie żądam wiele z życia, tylko tyle. Za co z góry bardzo dziękuję.
Dyrekcja Szpitala-Sanatorium w Garwolinie

Proszę uprzejmie o przyjęcie na leczenie syna mego Antoniego, lat 23, który od czterech lat narkotyzuje się, kilkakrotnie usiłował po tym odebrać sobie życie, stale tylko pogotowie, szpital, milicja. Syn jest bardzo nerwowy, wyrzucał meble przez okno z mieszkania, stale bił młodszą swoją siostrę, żonie grozi, że ją zabije, sam jest stale ospały, śpi, nic go nie interesuje, a po ostatnim wypadzie dostał paraliż palca u ręki, karku i ucha, a pracuje w fabryce chemicznej, z której też używa różnych trucizn. Bardzo prosimy o przychylne załatwienie naszej sprawy, ratowanie człowieka, bo znajduje się w bardzo ciężkim stanie.
Szczecin, 26 IV 1981

Drogi Panie Redaktorze! List ten, który piszemy do Pana, miał być wysłany prawie dwa lata temu. Podobny wysłaliśmy z żoną do dyrektora szpitala psychiatrycznego w Garwolinie, pani doktor (nie pamiętam dokładnie nazwiska) Andrzejewskiej. Pierwszy list napisaliśmy po audycji telewizyjnej, mówiącej o problemach narkomanii. Na imię mam Adam i jestem od pięciu lat żonaty. Z żoną Jolantą mamy piękną córeczkę, która w kwietniu tego roku skończyła 5 lat. Biorę już od 8 lat.

Po urodzeniu się Agnieszki wciągnąłem w branie żonę, która zaczęła brać ze mną. Ja ukończyłem średnią szkołę plastyczną w Szczecinie. Żona zrobiła maturę w LO. Pisząc ten list wiemy, że nie jesteśmy jedynymi, ale bardzo Pana prosimy, żeby Pan przeczytał go do końca. Szczerze Panu mówimy, że mamy dosyć brania. Tyle lat i obecnie żadnej przyjemności, tylko konieczność. Od przeszło 4 miesięcy zrobiliśmy z Jolą takie zejścia, że jak mówimy naszym kumplom, to aż nie chcą wierzyć. Obecnie nasza działka to minimum, jakie jest nam potrzebne, aby chodzić i wykonywać codzienne obowiązki. Przez okres 5 lat pracowałem jako plastyk w zakładzie. Obecnie dla większych zarobków znalazłem pracę, z której jestem bardzo zadowolony. Jeżdżę w ambulansie pocztowym (kolejowym) za 7,5 tys. miesięcznie. Widzi pan, zrobić zejście to nie wszystko, bo i tak przychodzi godzina, kiedy muszę wziąć. Co z tego, że obecnie bierzemy trzy razy mniej niż cztery miesiące temu. Ale brać muszę, bo nie mam innego wyjścia, a zarazem nie chcę stracić nowej pracy. Chcemy się wyleczyć, ale jak, gdzie i kiedy, skoro dwa lata temu napisaliśmy list do Garwolina i nawet nie otrzymaliśmy chociaż paru zdań odpowiedzi. Wiemy, jak ciężko jest się dostać do szpitala, ale gdyby ktoś nam coś poradził, odpisał na list, że musimy czekać itp., ale niestety... Staraliśmy się z Jolą do szpitala psychiatrycznego w Szczecinie na ul. Broniewskiego, ale jak dotąd nie zostaliśmy przyjęci. Rozmawialiśmy z kolegą, którego na głodach (stracił przytomność), zabrano na Broniewskiego i leżał tam ponad miesiąc. Proszę Pana, to, co nam opowiedział, to się nie mieści w głowie. Nie ma tam oddzielnej sali dla wziątkowiczów. On leżał z ludźmi chorymi psychicznie. Opowiadał, że bał się spać po nocach, bo był tam człowiek, który wybijał szyby i chodził z kawałkiem szkła po sali.

Drugi pacjent co 2 godziny strasznie krzyczał, że go chcą zabić. Jeszcze inny strasznie wyzywał wszystkich i miał nieuzasadnione pretensje do ludzi itd. itp. Drogi Redaktorze, jak można w takich warunkach przejść głody? Kiedy w tym czasie człowiek potrzebuje spokoju, towarzyszy do rozmów, do zwierzania się komuś. A na dodatek zachowanie się personelu w stosunku do ludzi, którzy ćpają, jest straszne. "Ćpałeś tyle lat, to teraz cierp", tak powiedziała pielęgniarka do kolegi, kiedy ją poprosił po trzech dniach pobytu o tabletkę na sen. Proszę Pana, może niepotrzebnie tyle opisałem spraw, ale niech Pan wie, że bardzo chcemy się wyleczyć, ale jesteśmy bezradni. Dlaczego leczy się alkoholików? Tyle się o tym mówi, buduje przychodnie. Leczy się ich, bo są nieszczęśliwi, chorzy i trzeba ratować ich rodziny, ich samych, aby mogli wrócić zdrowi do społeczeństwa. A my to jesteśmy inni, że nas nie trzeba leczyć, tylko karać. Trudno, zrobiliśmy błąd w swoim życiu, zawiniliśmy, ale jak chcemy go naprawić, jak długo będziemy cierpieć. Wiemy, jak drogo kosztuje Państwo leczenie nas, ale tak samo jak alkoholicy i my po wyleczeniu będziemy pełnosprawni, przydatni i potrzebni społeczeństwu. Po wyleczeniu mogę wraz z żoną zrobić coś dla szpitala z zakresu plastyki i dekoracji. I chociaż w ten skromny sposób spłacić dług wobec szpitala.

Ja chcę pracować i pracuję. Przez okres 8 lat brania tylko pół roku nie pracowałem. Nigdy nie mieliśmy z Jolą żadnych kłopotów z milicją, nigdy nie mieliśmy z nią do czynienia. Jeszcze rok temu robiłem produkcję hery. Obecnie w sezonie brałem z Jolą potrzebne minimum. Niech Pan wierzy, to jest dla nas wielki sukces. Kiedy się ma całe pola zielonego, a my sobie wydzielaliśmy takie działki, żebyśmy tylko nie mieli głodów. Proszę Pana, my od roku czasu nie wiemy, co to haj. Wszyscy od nas biorą po to, aby być zaćpanym, a nie tak jak my. Kiedy się kończy sezon, wszyscy przerzucają się na produkcję hery lub na wywar z bakdziewia z dodatkiem gumy (...) My obecnie tylko pijemy, i to bardzo mało. Drogi Redaktorze, pisząc ten list nie mamy zamiaru prosić Pana, aby wstawił się Pan za nami i załatwił nam leczenie. Wiemy, że jest to trudno. Ale mamy nadzieję, że przekaże Pan list jakiemuś lekarzowi, który by nam chociaż odpisał i coś poradził. Idzie sezon i mamy nadzieję, że przed sezonem wyleczymy się. Nie chcemy brać już w sezonie do struny. Jola na myśl o tym, że będzie musiała się znów kłuć (bo bardzo nie lubi brać do struny), czuje wstręt. Córeczka nasza pięknie się nam rozwija i za rok chcemy ją zapisać do szkoły, przybędzie nam więcej obowiązków i to jest jedna z przyczyn, że musimy skończyć z braniem. Niech Pan sobie wyobrazi, kiedy rano jeszcze nie wzięliśmy, pewnego dnia Agnieszka chciała, żebym jej przeczytał bajkę, a ja powiedziałem, że za godzinkę. Wtedy ona mówi: "jak się, tatusiu, napijesz, to będziesz się czuł lepiej - prawda!" Aż nas zatkało, ale przecież ona ma 5 lat i wszystko widzi i słyszy. Kończę ten list i bardzo dziękuję, że go Pan do końca przeczytał. Od 8 lat jest to mój pierwszy list pisany do kogoś.

Przepraszam, że mimo średniego wykształcenia i moich 27 lat tak brzydko stylistycznie on wyszedł, ale zawsze miałem słabą trójkę z ojczystego języka.
Warszawa, 12 V 1981

Mieczysław Siemieński Telewizyjna Redakcja Młodzieżowa
Komitet d/s Radia i Telewizji, Woronicza 11

Nawiązując do przekazanych przez Pana listów nadesłanych do TV po emisji programów CDN "Granica", uprzejmie informuję, że zostały one przeczytane z dużą uwagą i zainteresowaniem, a wiele zawartych w nich spostrzeżeń i propozycji zostało wykorzystanych do przygotowywanego programu leczenia osób uzależnionych od leków. Z listów skorzystano także przy opracowywaniu raportu na temat uzależnień lekowych w Polsce, który to raport zostanie przedstawiony Premierowi. Do wszystkich osób zainteresowanych leczeniem (które podały oczywiście swój adres) przesłaliśmy dokładne informacje o możliwościach podjęcia leczenia specjalistycznego. Pragnę nadmienić, że kierownicy wyspecjalizowanych ośrodków leczenia uzależnień wyrazili gotowość leczenia tych osób. Część przekazanych listów wymaga, moim zdaniem, przesłania do Prokuratury Generalnej, Komendy Głównej MO oraz właściwych sądów wojewódzkich, gdyż wiele poruszanych w listach spraw pozostaje w ich kompetencji, zaś kilka listów kierowanych jest również bezpośrednio do Pana.

Dyrektor Instytutu Psychoneurologicznego
Komitet d/s Radia i Telewizji Ob. red. Mieczysław Siemieński

Uprzejmie dziękuję za przesłany wybór listów w sprawie narkomanów i narkomanii, zostaną one wykorzystane w dalszych pracach resortu dotyczących organizowania działalności leczniczo-zapobiegawczej dla tej grupy chorych. Równocześnie informuję, że resort zdrowia i opieki społecznej podejmuje i będzie podejmował wysiłki celem stworzenia, w ramach istniejących możliwości, właściwych warunków leczenia dla osób z uzależnieniami lekowymi.

Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Zdrowia i Opieki Społecznej
Warszawa, 1 V 1981

Red. Mieczysław Siemieński
Naczelna Redakcja Programów dla Dzieci i Młodzieży

Szanowny Panie Redaktorze, dziękuję Panu za przesłane mi listy słuchaczy w sprawie narkomanii. Zachowując, zgodnie z Pana życzeniem, anonimowość autorów, wykorzystam treść tych listów do działań bezpośrednich - w odniesieniu do konkretnych sytuacji, jak również do weryfikacji opracowanego obecnie harmonogramu zadań długofalowych, w skali naszego resortu. Zgodnie bowiem z moją deklaracją, złożoną w CDN w dniu 24 II br., zintensyfikowaliśmy prace programowe i organizacyjne zakładające:
- efektywniejszą działalność mającą na celu zapobieganie narkomanii młodzieży (w pierwszym rzędzie) głównie przez upowszechnianie w środowisku nauczycielskim wiedzy o narkomanii, jej skutkach, sposobach przeciwdziałania, a także usprawnienie systemu informacji międzyresortowej;
- opracowanie, szczególnie na podstawie doświadczeń warszawskich, systemowych rozwiązań w odniesieniu do resocjalizacji młodych ludzi zagrożonych narkomanią.

Kuratorium Oświaty i w ychowania miasta stołecznego Warszawy czyni zaawansowane już starania mające na celu stworzenie właściwej, zgodnej z potrzebami, bazy dla ośrodka socjoterapeutycznego. Sygnalizując podjęte już niektóre prace, chcę Pana jeszcze raz zapewnić, że w sprawie narkomanii, a głównie w sprawie jej profilaktyki, nie zamierzamy poprzestać na okazjonalnych akcyjnych działaniach. Efekty naszej pracy nie będą jednak, choć byśmy tego bardzo chcieli, widoczne i wystarczające, w opinii społecznej, odczuwalne od razu. Jeśli Pan, Panie Radaktorze, uzna to za stosowne i celowe, to służę Panu - w terminie do uzgodnienia - bieżącymi informacjami o podejmowanych w naszym resorcie działaniach i konkretnych ich efektach.

Dyrektor Departamen tu Kształcenia Specjalnego, Profilaktyki i Resocjalizacji w Ministerstwie Oświaty i Wychowania
Poruszona programem dyskusyjnym i wcześniej emitowanym filmem o narkomanach, pełna ulgi, że wygodna bariera wstydliwego milczenia wreszcie została przełamana, udzielam sobie głosu. Syn mój od roku przebywa w Głoskowie. Dziś z nadzieją myślę o jego dalszej przyszłości. Nie oczekuję wiele, a jakże dużo chcę, by wytrwał i po opuszczeniu ośrodka był po prostu porządnym człowiekiem.

Ambicje? Realizacja dawnych zamierzeń? Pozycja? To wszystko, co składa się na dążenie normalnych rodzin w odniesieniu do swoich dzieci maleje i sprowadza się do jednego: Nie umieraj nam po stokroć, nie unieszczęśliwiaj nas swoim nałogiem, zaoszczędź nam męki patrzenia na to długie konanie. Nie okłamuj nas więcej, nie zwijaj się w mękach bólu. Sił mi już brak i łez. I znowu konwulsje wymiotów, znowu ślady dławiących oparów, igły skrzętnie chowane, pętle z pasków na klamkach, pościel i ściany zbryzgane krwią, wanna zżarta kwasem. Okrutne czekanie po każdym wyjściu. Obłędny strach. Już pewnie nie żyje! Może i lepiej - koniec tej męki! Nie! Synu, wróć! Znajdziemy ratunek. Szpital.

Powrót. Nadzieja. Obiecujesz, przysięgasz, że już nigdy... I znowu... Mam ten koszmar za sobą - i wielką wdzięczność dla tych ludzi, którzy przywracają mego syna życiu. Znam dość dobrze młodzież z Głoskowa, bo syn na krótką przepustkę przyjeżdża w towarzystwie kolegi czy koleżanki. Znam ich rozmowy, ich drogę wyjścia z mroków nałogu. Śledzę ich dyskusje - wartościowe rozmowy, które są ciągłym zmaganiem z przeszłością. Znam ich silną motywację wyzdrowienia. Wiedzą, że jeśli nie przetrwają resocjalizacji, jeśli sobie wzajemnie nie pomogą, nie będzie już powrotu. Muszą i chcą być twardzi. Nie jest im łatwo. Uczą się nowych wartości. Są wrażliwi, szlachetni, pełni ideałów - lecz inni. Ich pewność siebie to jeszcze maska. Są pełni kompleksów i wobec obcych nieśmiali. Silni są tylko razem. Zaczynają przecież dopiero życie. Ich normy moralne są bardzo młode. I wrócą do życia. I co dalej? Czy zechcą w nich wierzyć nowi koledzy? Czy zaufają im w pracy? Czy zechcą ich przyjąć do szkół? Czy znajdą gdzieś pokój w innym mieście, gdzie nie muszą walczyć o kredyt zaufania, gdzie nie zetkną się z dawnym towarzystwem. Kto im pomoże? Czy walka z biurokracją nie złamie ich ponownie, a wtedy już nieodwracalnie? Z rozmów młodzieży z Głoskowa wiem, że biała sala - odtrucie to kpiny. Po wyjściu znów wracają do nałogu. Tylko twardy zakład na wzór Monaru, ciężka praca fizyczna, psychoterapia, życzliwość i zrozumienie takich ludzi, świadomych swej roli, jak pan Kotański ze swoim zespołem i doktor Gejsmer, mogą pomóc tym setkom tysięcy młodych, którzy przez nas, przez nasze błędy wychowawcze - rodziców i szkoły, przez zakłamanie nasze i całego społeczeństwa oraz przez inne krzywdy - w osamotnieniu sięgnęli po zbawczy środek zapomnienia - i stali się zależni. Nie zamykajmy na to oczu. To nasza wina, że oni są i że ich jest tak wiele.

To może Twoje już dorastające dziecko, dla którego tak ciężko pracujesz na modny łaszek, jest osamotnione i ma kłopoty, o których nie wiesz?

W tej szarej gonitwie o chleb powszedni brak ci czasu dla jego spraw i przestajesz się nimi interesować. Może dziecko Twoje już jest na drodze, z której powrót jest taki niepewny? Głosków jest jeden i miejsc ma tylko trzydzieści. Narkomanów już całe rzesze. Jest wiele dworków opuszczonych, a wśród ludzi po studiach poszukujących pracy znajdą się chętni, pełni zapału. Czy wysiłkiem dojrzałych, światłych ludzi nie można by stworzyć więcej takich placówek! Narkomani są skromni, nie trzeba im luksusów. Przecież już byli na dnie. Nie zamykajmy oczu na tę nową groźną chorobę społeczną. Stwórzmy komitet pomocy dla leczenia narkomanów!
Naprawdę mile jestem zaskoczony, że narkomania w dzisiejszym programie przedstawiona została nareszcie jako poważny problem społeczny, o którym powinno mówić się właśnie w ten sposób już co najmniej 10 lat temu, lecz wtedy to właśnie można było na narkomanii zarobić jak na taniej sensacji, co skrzętnie wykorzystywali dziennikarze (...) Ponieważ znam, może aż zbyt dobrze, ten światek i nieobce są mi jego mechanizmy, zgłaszam mój głos i propozycję rozwiązania tego problemu (także w cichej nadziei, że i mnie ona pomoże). W obecnej sytuacji, kiedy nawet w małych miasteczkach istnieją grupy leko-narkomanów, jedyną nadzieją są poradnie z wyspecjalizowanym personelem, nie tylko medycznym, ale także o specjalności socjalnej i pedagogicznej. Poradnie takie miałyby na celu pomóc wszystkim osobom, które popadły w nałóg, gdyż, jak miałem sam okazję się przekonać, leczenie szpitalne mija się z celem już po opuszczeniu szpitala, gdyż nowej grupy znajomych szpital niestety nie stworzy, a mało kto z pacjentów zdolny jest do odizolowania się od byłych przyjaciół, zresztą wielu z nich traktuje szpital jako swego rodzaju przechowalnię... Naprawdę z nałogu ma szansę wyjść tylko ten pacjent, który ma przed sobą konkretny cel, założenie rodziny (prawdopodobnie urodzenie dziecka), utrzymanie już założonej rodziny i inne, lecz najczęściej właśnie dla dziecka. Dla tych ludzi powinno się właśnie stworzyć takie poradnie, gdyż oprócz głodu fizycznego jest także i psychiczny, którego ślad ciągnie się wiele lat, kto wie, czy nie do końca życia, a jest o wiele bardziej niebezpieczny niż fizyczny, gdyż czyjeś zmętniałe oczy mogą wywołać atak głodu, którego nikt nie zrozumie. Piszę o tym, gdyż sam jestem w podobnej sytuacji. Przepraszam, wracam do tematu. Poradnie, o których wyżej była mowa, powinny mieć charakter pogotowia socjo-psycho-psychiatrycznego o profilu leczenia poradnio-profilaktyczno-ambulatoryjnego. Osoby zgłaszające się powinny być informowane także o tym, że jednym z pracowników jest przedstawiciel MO, mający wgląd do listy pacjentów, mający także prawo do rozmowy z zgłaszającym się i szukającym pomocy. Oczywiście nie może być to w żadnym wypadku członek ekipy śledczej. Ma to zapobiec kombinacjom czy podobnemu postępowaniu ze strony zainteresowanych konkretną pomocą, gdyż w tej sytuacji najbardziej zagrożona grupa nastolatków zostanie odcięta od pozornego dla nich "źródła", gdyż po zgłoszeniu się zmuszona zostanie poprzez zanotowanie nawet jednorazowej pomocy do wyleczenia się przez wymuszone leczenie. Osoby, które uległy nałogowi leko-narkomanii, powinny być kierowane na leczenie szpitalne lub, jeśli wyrażą zgodę, na leczenie ambulatoryjne w wyżej wymienionych przychodniach. W wypadku przerwania leczenia powinny być skierowane na leczenie szpitalne głodu narkotycznego tkankowego (fizycznego). Po wyleczeniu (stwierdzonym przez lekarza leczącego) osoba ta powinna być poinformowana, że w wypadku powtórnego stwierdzenia narkotyzowania się będzie podlegać jurysdykcji sądowej według odpowiedniego artykułu karnego.

Są kraje, gdzie handel narkotykami jest karany śmiercią. Polski sąd naprawdę musi się pośpieszyć, gdyż handel środkami odurzającymi staje się coraz bardziej intratnym interesem. Proszę sobie wyobrazić, że 1 cm3 kosztuje obecnie 100 zł. Ponieważ często jest rozrzedzany wodą, kupuje się zwielokrotnione ilości, stąd częste zatrucia i infekcje, w trakcie produkcji zamiast czystych odczynników używany jest roztwór nitro, a podobno i lakiery pochodne. Proszę porównać śmiertelność w wyniku nadużycia środków odurzających w latach od 1969 do 1973 i w latach 1977-1980 - to jest w większości przypadków polska heroina. W Polsce kary dla handlarzy są bardzo niskie... - dlaczego?

Jeszcze o leczeniu: Kiedy doszło już do tego, że jest w Polsce używana heroina (nieważna jakość), to uważam, że należy wreszcie sprowadzić do Polski leki typu metadon, gdyż pomaga przetrzymać głód heroiny, nie powodując uzależnienia. Może więc zamiast nic już niewartej hemineuriny jednak lek, który przeciw heroinie został wyprodukowany? Odpowiedź zostawiam lekarzom, gdyż tylko jako laik miałem okazję porównać wartość i wiem, że metadon pomaga i jest on jedyną nadzieją.

O sobie... jesteśmy z żoną w sytuacji prawie beznadziejnej. Chcemy raz wreszcie skończyć z nałogiem. Już od kilku miesięcy bierzemy tyle tylko, żeby nie odebrało to dziecka (dwa i pół roku). Z zewnątrz potrzebujemy tylko pomocy ambulatoryjnej. Utrzymujemy się sami bez pomocy rodzin. Mieszkamy w pomieszczeniu bez wody (kran na korytarzu, gdzie też wspólna toaleta) oraz gazu, z rozlatującym się piecem kaflowym. Pijemy wywar ze słomy makowej w takiej ilości, żeby tylko jakoś chodzić. Środki znam już od 1968 r. Leczyłem się już wielokrotnie i nie wierzę w szpital. Miałem też przerwy dwu-trzyletnie. Mamy dla kogo skończyć definitywnie, chcielibyśmy, ale warunki, w jakich żyjemy, nie pozwalają na to. Mam obecnie 34 lata, jak długo to jeszcze potrwa?
"Po tej stronie granicy" (do spisu treści)

Kategorie