Listy z książki "Po tej stronie granicy" - 5/6

Przedruki listów, sprowokowanych emisją w TP (Telewizji Polskiej) pierwszych dokumentów o polskiej narkomanii w 1981 roku. Część 5 z 6.

Listy z książki "Po tej stronie granicy" - 5/6


część książki pt "Po tej stronie granicy" (do spisu treści)
okladka okładka


Bardzo przepraszam Pana, że ze swoimi osobistymi sprawami zwracam się do Pana i zabieram Panu na pewno zbyt dużo czasu, jednak jest Pan moją ostatnią deską ratunku. Skierował mnie do Pana p. Kłosowski Zdzisław, który zaczął interesować się naszymi sprawami tutaj na lubelskim podwórku. Poinformował mnie, że list, który w tej chwili bazgrolę, jest czymś na kształt zgody na umieszczenie mnie w jakimkolwiek miejscu w celu odbycia kuracji odwykowej. Właściwie to nie jest wyrażenie zgody (brzmi to bardzo nieładnie), lecz moja wielka prośba. Moja ostatnia już prośba, ponieważ ostatnimi czasy zbyt często zdarzało mi się prosić o tę samą rzecz, lecz jak na razie nic z tego nie wyszło. Właściwie to wydaje mi się, że nie powinno się w takich wypadkach prosić o nic (oczywiście nie dotyczy to Pana, lecz licznych rzeszy lekarzy lub ludzi, kt6rych jest obowiązkiem zajmować się czymś takim), bo czyż człowiek chory na nowotwór złośliwy łazi wszędzie, gdzie tylko może, i prosi, prosi... A przecież nie widzę większej różnicy. Nazywam się Włodzimierz W. Od pięciu już lat dosyć systematycznie (nie licząc paru kilkudniowych przerw) zatruwam sobie nie tylko sam organizm, lecz i cały mój los.

Przyjmuję opiumaty, to znaczy różne przetwory z maku. W szpitalu psychiatrycznym w Abramowicach koło Lublina przebywałem tylko jeden raz i to tylko przez 1 dzień. Nie zrezygnowałem wtedy z leczenia z tego powodu, że nie mogłem wytrzymać bez środków, lecz dlatego, że zauważyłem, iż nie można tam nawet myśleć o jakimkolwiek leczeniu. Był to X oddział, mój rejonowy (chroniony). Jedyny jako tako przystosowany do leczenia uzależnień oddział to Klinika Psychiatryczna AM, lecz jest bardzo ciężka sprawa z dostaniem się tam. Nie chciałbym krytykować układów tam panujących, jednak sprawa przedstawia się tak, że można się tam dostać tylko po znajomości. Po kilkakrotnych rozmowach z adiunktem kliniki człowiek traci wszelką nadzieję, ponieważ pan ten za każdym razem wynajduje coraz to inny powód, dlaczego też nie może tam leczyć. Wszystko to byłoby zabawne, lecz w mojej sytuacji śmiać mi się raczej nie chce. Jest to jedyny oddział, gdzie można jako tako żyć i gdzie człowiek może pomału powracać do normalnego życia. Właśnie na czymś takim bardzo mi zależy, ponieważ mam tylko wykształcenie ogólnokształcące, lecz nie chciałbym na tym poprzestać. Podobno mam jakieś tam zdolności plastyczne, dlatego też po odejściu od dotychczasowego trybu życia mógłbym zająć się nie tylko nauką pod kątem zdawania na studia, lecz i pracą twórczą w moim skromnym wydaniu. Cóż z tego, jeśli jest to oddział elitarny, a na innych oddziałach nie ma tam jakichoklwiek warunków. Zresztą na pewno orientuje się Pan, jak wyglądają normalne oddziały szpitalne i jak odbywa się tam leczenie (tylko dalsze wykończenie organizmu różnymi świństwami - brak wielu zajęć terapeutycznych. Oczywiście z wyjątkiem terapii zajęciowych - przewijanie wełny z kłębka na kłębek, tragikomedia). Nie wiem, czy został Pan poinformowany o mojej sytuacji prawnej - a jest to o tyle ważne, że na pewno wyklucza niektóre formy leczenia, o których ostatnio słyszałem.

Gdzieś tak 2 lata temu miałem pierwszą sprawę za fałszowanie recept - wyrok 1 rok z zawieszeniem na 3 lata, oczywiście nadzór kuratora i podjęcie leczenia szpitalnego lub ambulatoryjnego. Następna sprawa odbyła się w październiku 1980 roku - wyrok 1,5 roku bez zawieszenia z takim tylko warunkiem, że przed odbyciem kary pozbawienia wolności mam odbyć co najmniej półroczne leczenie odwykowe zamknięte, które może zwolnić mnie od odbycia kary. Zależało to będzie od lekarzy, pod których opieką będę się znajdował. Wiadomo, że przestępstwa popełniałem w pewnym określonym stanie i dlatego też, jeśli osądzą, że jestem na tyle wyleczony, że nie będę już miał powodu do konfliktów z prawem, to będzie wszystko w porządku. Wszystko rozbija się jednak o to, że już od pewnego czasu naprawdę nie mogę sobie załatwić leczenia. Ani ja, ani też Rodzice, którzy już gonią ostatkiem sił (nie jestem w rodzinie sam zajmujący się czymś takim - brat i bratowa). Leczenie miałem obowiązek podjąć w miesiąc od uprawomocnienia się wyroku, lecz z tego powodu, że nawet sąd ma kłopoty ze znalezieniem dla mnie miejsca, przebywam nadal na wolności. Być może za bardzo się o to nie starają. Nie wiem.

Nie wiem, jakie ma Pan możliwości, jednak jeśli będzie mi Pan m6gł w jakikolwiek sposób pomóc, będę Pana dłużnikiem do końca życia. Bardzo przepraszam za parę rzeczy, a mianowicie za tak pokaźnych rozmiarów i na pewno niezbyt składny, upstrzony błędami i bardzo niedbale napisany ten list, ale tak naprawdę to nie wiedziałem dokładnie, o czym mam do Pana napisać, jakich mam udzielić informacji. Nie chciałbym też zakończyć tego wszystkiego zbyt pesymistycznie, ale już naprawdę nie wytrzymuję. Tak bardzo chciałbym powrócić do normalnego życia, nauczyć się od nowa śmiać, tak jak to czynią inni. Wiem też, że więzienia bym nie przeżył.
Zagórz, 25 VII 1981

Zwracam się do Was o szybką interwencję w imieniu rolników i działkowiczów miejscowości Zagórz koło Sanoka, województwo Krosno. W Zagórzu, a dokładnie w Nowym Zagórzu, są 3 osoby, które niszczą mak w ten sposób, że nacinają niedojrzałe główki maku i wyciągają mleczko. W roku 1980 wszystkie działki PKP i rolników były zniszczone. Interwencje na MO nie pomagały. Funkcjonariusze żądali dowodu. Jakie mogą być inne dowody jak zniszczony mak? W tym roku zaczyna się znowu to samo. Walczy się z narkotykami tylko w dużych miastach, ale nikt nie pomyśli, że i w takiej miejscowości są narkomani, którzy oprócz swojego życia i zdrowia niszczą ludzką pracę.
Warszawa, 18 III 1981

Z wielką uwagą oglądam Wasz program CDN poru szający problemy ludzi, którym my, ludzie, nie chcemy pomóc. Oto moja tragedia, kt6ra ciągnie się 5 lat. Mam syna narkomana (lekomana), który od 1976 roku przebywał po 2 lub 3 miesiące w Szpitalu dla Psychicznie Chorych na ul. Nowowiejskiej, ale leczony nie jako lekoman, ale psychicznie chory. Dopiero moje wciąż powtarzające się do lekarzy spostrzeżenia, tj. znajdowanie strzykawek, czarne garnki, różne proszki jak parcopan itp. - przekonały lekarzy o jego narkomanii. Ale każdy pobyt kończył się wypisaniem ze szpitala i tak trwały moje tortury przez 5 lat i wciąż narastający konflikt - matka i syn. Demolowanie mieszkania i okradanie. Uciekałam z domu, jak dostawał szoku, wzywałam radiowozy MO i pogotowie ratunkowe, kierowano go do szpitala. Doszło do tego, że zwróciłam się o pomoc do porucznika MO J. F., który skierował mnie do pani dr Ewy Andrzejewskiej. Pani Dyrektor serdecznie zajęła się sprawą i syn bardzo szybko został przyjęty do Garwolina dnia 15 IX 1980 roku. Wyniki leczenia były różne. Przebywając tam, syn mój Cezary był kilka krotnie na przepustkach. Z wielu kolejnych przepustek powrócił ponownie na salę zamkniętą, tzw. "białą", gdzie przebywają ludzie, którzy powinni być leczeni w zakładach zamkniętych. I właśnie po pobycie na tej sali (bez mojej wiedzy, podczas mojej ciężkiej choToby - półpasiec) zostaje wypisany 20 II 1981 r. Obecnie przebywa na mieście nie kontrolowany, a stan jego psychiczny i fizyczny wskazuje, że powtórnie powrócił na drogę narkomanii. Moje spostrzeżenia wynikają z jego odwiedzin w moim miejscu pracy. Wydaje mi się, że często przebywa u mojej matki staruszki, która też wymaga opieki specjalnej (nie chodzi o pomoc materialną), ale chodzi o troskę o człowieka. Jestem kobietą samotną, wychowywałam syna od trzeciego roku życia. W obecnej chwili mój syn jest nie bezpieczny, grozi mi odebraniem życia albo okrutnym kalectwem. Bardzo kocham moje dziecko i los jego leży mi najbardziej na sercu. Zwracam się z gorącą prośbą do redakcji CDN o interwencję. Dalszych wyjaśnień jestem gotowa udzielić osobiście. ponieważ pisanie w tak bolesnej sprawie sprawia mi trudności. Serdecznie pozdrawiam.
Warszawa, 1 III 1981

Jestem szalenie wdzięczna Redakcji Studia Młodych, która zainicjowała program pt. "Granica". Problem poruszony jest gigantycznym problemem rozbitych rodzin, chorych dzieci, tragedii i tych, i tych - trudno sobie wyobrazić dni tych rodzin, godziny, gdzie każda jest wielką niewiadomą, co będzie, czy weźmie, czy nie, co dalej. Jestem matką czynnej narkomanki szesnastoletniej - była miłą, mądrą, uśmiechniętą dziewczyną, uczyła się dobrze, lubiła dom - gdzie ma doskonałe warunki, własny pokój, magnetofon, adapter, płyty itd. - jest ukochaną, jedyną córką; obecnie jej odczucia są zupełnie inne, szalenie jest zmieniona, żadnych uczuć dla nas rodziców, szkoła nie jest ważnym problemem. Nic nie jest ważne oprócz zastrzyku! Długo nie wiedzieliśmy o tym - dzięki koleżance sprawa wyszła, wiemy, kto jej pierwszy zaproponował, a nawet zrobił zastrzyk! Obecnie te kontakty nie istnieją dzięki interwencji naszej, ale ona ma już inne kontakty, o które zreszta tak łatwo: "Mokka", "Alhambra" to jej otoczenie, "Zodiak", "Klub Międzynarodowej Prasy", siedliska zła - codziennie można tam kupić za 100 złotych 1 centa śmiercionośnej trucizny. Dziwię się Milicji Obywatelskiej, że wiedzą, a wiem, że wiedzą, nie interweniują ostrzej, zamykając dostawców do obozów pracy. Prawie codziennie jestem koło "Mokki" i widzę młodych ludzi o oczach mętnych - działanie narkotyków. Każdy, kto raz widział oczy narkomana, wie, o co chodzi, a Milicja, czyżby ich to nie obchodziło?!

Podobno obchodzą ich tylko te osoby, które wpadają po raz pierwszy, a czy ich nie obchodzą producenci i pośrednicy - przecież to jest sprawa najważniejsza. Najważniejsze jest to, kto produkuje narkotyki, kto je rozprowadza, a ofiary to już inny problem. Ten, kto nie zna tego problemu, nie jest w stanie zrozumieć tragedii rodziców, którzy mają na co dzień z tym do czynienia. Jesteśmy na skraju depresji psychicznej. Leczymy córkę wszelkimi dostępnymi nam środkami i przy pomocy wielu wspaniałych psychiatrów i psychologów, ale czy to pomoże, czy skończy się ta gehenna! Ratujcie naszą młodzież, piszcie i mówcie o tym problemie wszędzie. Nareszcie już można! Takich matek jak ja jest pół miliona. Nie mogę pisać, jest to dla mnie i mojego męża tak straszna tragedia, że trudno o niej mówić, a co dopiero pisać. Błagam, pomóżcie młodym, biednym, dobrym ludziom, uratujcie ich od nieubłaganej śmierci!

P.S. Podaję pseudonimy narkomanów urzędujących w "Mokce", a mających produkcję oraz rozprowadzających towar. "Denek", "Drewniak", "Szczur", "Żur", "Metys", "Pająk", "Stoper". Wydaje mi się, że te pseudonimy i ludzie kryjący się za nimi są znani dobrze MO - szkoda, że nikt tym się nie interesuje, bo oni właśnie pierwsi powinni odpowiadać za produkcję i sprzedaż. Przepraszam za chaotyczny list i pismo, ale jestem szalenie zdenerwowana.
Szczecin, 28 II 1981

Żałuję, że nie oglądałam pierwszego programu "CDN" tylko dnia 24 II 81. Oglądaliśmy wraz z mężem i postanowiłam napisać o naszym nieszczęściu. Jesteśmy z mężem na rencie 1850 zł, od stycznia 500 zł podwyżka. Wychowaliśmy pięcioro dzieci, dwie córki i trzech synów, dwóch zamieszkuje z nami, właśnie o nich chciałam napisać i prosić o pomoc. Syn Witold ma 26, Edward 25 lat, nigdy nie pracowali na stałe (czasem dorywczo), od sześciu lat piją makowiny. W Szczecinie nazywają to "szambo". Są małżeństwa (znam z widzenia), które gotują i sprzedają na szklanki po 50 zł lub w butelkach. Synowie wiedzą, że nie ma dla nich specjalnych szpitali, byli kilka razy w Gorzowie, umieszczono ich razem z umysłowo chorymi, do tego lekarz poinformował mnie, że w każdej chwili syn ma prawo się wypisać, więc długo nie był, zawsze przerywał kurację, nałóg jest silniejszy. Bardzo bym prosiła, ażeby szpitale były zamknięte i przymusowe powinno być leczenie. Często przeszukujemy piwnice i mieszkanie, znajdujemy z mężem kwity kupna makowin z Państwowych Skupów jak koło Gryfina, Lisie Pole, Skup Chojna. Byłam świadkiem, jak młodzież wiozła w wagonie pół metra maku i wsiadała w Chojnie. Jak łatwo mogą zdobyć, nawet śmiali się, bo "Cepelia" sprzedaje bukiety, całe pęki maku do dekoracji. Wiosną całe spodnie i buty mają mokre, wybrudzone w błocie, bo w deszczu na kolanach chodzą po polach i nacinają makówki, zbierają białe mleczko do buteleczek. Cały czas trzeba ich pilnować, to gaz puścił, nie zapalił, o mało nas nie potruł, a ile garnków wynieśli z domu, bo gotują gdzieś po piwnicach, nie pracują, bo nie śpią, tylko czuwają na siedząco lub stojąco, pościel mam popaloną, o mało mi nie spalili mieszkania. Nie mam już siły, jestem poważnie chora, cierpię na nerwicę przez nich. Mąż chce ich na ulicę wyrzucić, a mi jest ich szkoda bić , przecież to są moje dzieci, którym trzeba pomóc, bo kończą się na naszych oczach. Nie mamy do kogo się zwrócić, gdy zawiadomiłam MO, to zrobili obławę, a chyba nie o to chodzi. Są to ludzie chorzy, którym trzeba pomóc. Szanowna redakcjo, wierzę, że gdyby taka ustawa ukazała się o przymusowym leczeniu, może skończyłaby się nasza udręka.
Warszawa, 1 III 1981

Przesyłając w załączeniu pisma interwencyjne - kierowane do różnych instancji i czynników - w sprawie postępowania mojego syna Henryka, uprzejmie proszę Studio Młodych o okazanie pomocy mojej rodzinie i uwzględnienie jej sytuacji w podjętych przez telewizję działaniach w zakresie walki z szerzącą się w Polsce narkomanią. Opisana w załączonych interwencjach sytuacja mojej rodziny nie uległa żadnej poprawie a odwrotnie - jeszcze bardziej się pogorszyła. Syn Henryk mając już ukończone 24 lata - nadal nie pracuje, jest na moim utrzymaniu, nie uczy się, w dalszym ciągu - od przeszło 7 lat - zażywa środki odurzające. Ostatnio rzadko przebywa w domu i wydaje mi się, że współuczestniczy w wytwarzaniu i sprzedaży środków odurzających. W stosunku do rodziny jest nadal agresywny - odgraża się, że nas wszystkich pozabija lub otruje - i w związku z tym, jak jest w domu, musimy całymi nocami czuwać, aby nie doszło do tragedii, aby w stanie odurzenia nie podpalił mieszkania. W przypadkach awantury wzywane Pogotowie MO nie wyraża zgody na udzielenie pomocy. Postępowanie syna spowodowało, że jesteśmy wszyscy zniszczeni psychicznie, moralnie, fizycznie i materialnie. w istniejącej sytuacji i atmosferze rodzinnej egzamin dojrzałości, do którego - z opóźnieniem - w tym roku szkolnym ma przystąpić córka i drugi syn, jest już chyba przesądzony na ich niekorzyść.

W przedstawionej sytuacji, jako ojciec rodziny, nie widzę innego wyjścia, jak tylko prosić telewizję o interwencję i pomoc w umieszczeniu syna w zakładzie zamkniętego leczenia odwykowego względnie wykwaterowania go do innego zastępczego mieszkania i pozostawienia jego własnemu losowi. Dotychczasowy sposób załatwienia moich interwencji ze strony odnośnych czynników przedstawiał się następująco. Interwencja z dnia 21 V 1976 roku - nie została uwzględniona w prowadzonym przez prokuraturę i sąd rejonowy postępowaniu oraz pozostała bez odpowiedzi.

W sprawie interwencji z dnia 28 IX 1978 roku przekazanej przy pismach przewod nich:
- Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej pismem z dnia 18 X 1978 roku znak LSN/Ps/O8/9/78 przekazało sprawę do Wydziału Zdrowia i Opieki Społecznej Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy, skąd nie otrzymałem żadnej odpowiedzi.
- Prokuratura Generalna pismem z dnia 31 X 1978 roku, znak GPW SW /4680/78 przekazała sprawę do Prokuratury W ojewódzkiej, która z kolei pismem z dnia 13 Xl 1978 roku, znak: 111 Ko1616178 skierowała sprawę do Prokuratury Rejonowej dla Dzielnicy Warszawa-Praga Południe, która nie przeprowadzając postępowania, postanowieniem z dnia 7 IV 1979 roku, znak Ko514/79 odmówiła wszczęcia postępowania przygotowawczego.

Informując o powyższym - jako jednostka społeczeństwa - pragnę oświadczyć, że ze swej strony widzę konieczność.
- Bardziej rygorystycznego działania stosownych organów i czynników w zakresie zwalczania szerzącej się w Polsce narkomanii, wytwórców i złodziei środków odurzających oraz osób działających w kierunku demoralizacji i niszczenia naszego narodu.
- Podjęcia przez Sejm ustawy psychiatrycznej - wprowadzającej między innymi przymus leczenia odwykowego narkomanów w zamkniętych zakładach wychowawczych przez opiekę lekarską, pracę, sport, naukę zawodu i inne czynności wychowawcze.
Załącznik: pismo z dnia 21 V 1976, pismo z dnia 28 IX 1978, posta no wie nie prokuratury z dnia 7 lV 1979 roku.

Komenda Milicji Obywatelskiej Miasta Stołecznego Warszawy
W związku z tym, że syn mój Henryk, urodzony 7 XIl 1956 roku od pięciu lat zażywa środki odurzające - narkotyki - pochodzące z nie znanych mi bliżej źródeł względnie wyrobu własnego lub jego kolegów - z maku oraz środki te mimo naszej interwencji zażywa również w domu w obecności młodszego syna, lat 19, i córki, lat 17, a często mojej żony - po wyczerpaniu dostępnych w naszym kraju innych działań zmierzających w kierunku ratowania syna i rodziny - uprzejmie proszę (i upoważniam) Komendę Milicji Obywatelskiej o przeprowadzenie w moim mieszkaniu o każdej porze dnia i nocy rewizji osobistej syna i zajmowanego przez niego pomieszczenia celem likwidacji przynoszonych środków i wyciągnięcia stosownych konsekwencji i chociażby tym działaniem ratowania nas, rodziców, naszych dwojga uczących się dzieci oraz innych rodziców i ich dzieci. Ponadto uprzejmie proszę o pomoc w umieszczeniu syna w ośrodku zamkniętego leczenia oraz zapewnienia ochrony życia, zdrowia i spokoju nam jako rodzicom i naszym pozostałym uczącym się dzieciom. Przy powyższym wyjaśniam, że w zachowaniu i postępowaniu syna występuje:
- obojętny stosunek do otoczenia i prawa;
- agresywność w stosunku do matki, do mnie, brata i siostry;
- awanturniczy tryb życia (uderzył kilka razy matkę, tłukł naczynia i inne urządzenia znajdujące się w domu);
- niechęć do podjęcia jakiejkolwiek pracy i nauki zawodu;
- chęć nakłaniania rodzeństwa do przyjmowania środków odurzających;
- niechęć do poddania się leczeniu odwykowemu.
Tryb jego życia jest następujący:
- Przez całą noc chodzi od pokoju do kuchni i łazienki, trzaska przy tym drzwiami, pije herbatę i co jakiś czas parzy i przyjmuje środki odurzające - nad ranem usypia - śpi do godz. 12-14 - później udaje się na zdobywanie środków.

Jakakolwiek chęć z naszej strony zmiany trybu jego życia i zachowania się naraża nas na wyzwiska i awantury z jego strony. W sytuacji tej pozostałe dzieci nie mają normalnych warunków do nauki i spokojnego życia - są znerwicowani i noszą się z zamiarem opuszczenia rodziny, to jest zamieszkania w internacie. Poza tym w związku z zażywaniem przez syna różnych środków bez zachowania higieny w tym zakresie jesteśmy narażeni na różne choroby zakaźne. Dotychczasowy życiorys naszego syna Henryka przedstawia się następująco:
- do przedszkola nie uczęszczał;
- w roku szkolnym 1970/71 ukończył ośmioklasową szkołę podstawową jako uczeń średni - żadnego roku szkolnego nie powtarzał;
- w roku szkolnym 1971/72 ukończył 1 klasę Technikum Elektrycznego CZSP przy ul. Złotej 58 z wynikiem średnim;
- w roku szkolnym 1972/73 ukończył II klasę również z wynikiem średnim (podczas wywiadówek w szkole ze strony wychowawcy główny zarzut był ten, że syn jest zbyt spokojny);
- w roku szkolnym 1973/74 uczęszczał do klasy 111 i do następnej klasy nie zdał;
- w dniu 3 lV 1974 roku wobec złych postępów w nauce i naszym zdaniem dziwnego zachowania się syna przeprowadziliśmy rozmowę z lekarzem szkolnym, który nas uspokoił, że jest to taki trudny wiek u syna i że nie należy przywiązywać do jego zachowania się większej wagi, bo mu to z czasem minie;
- 3 X 1974 roku mimo uspokojenia nas przez lekarza szkolnego doprowadziliśmy syna do Stołecznej Przychodni Higieny Szkolnej - Poradni Higieny Wychowania przy ul. Nowogrodzkiej 75, gdzie przez doktora A. Jaczewskiego zostaliśmy poinformowani, że syn wpadł w nieodpowiednie towarzystwo i zaczął w szkole zażywać środki odurzające. Doktor ten przyjął go na pacjenta przychodni, a 18 X 1974 roku wystosował do dyrektora szkoły pismo w sprawie usprawiedliwienia syna z jego nieobecności w szkole, polecając go specjalnej opiece ze strony wychowawcy; - z dniem 1 Xl 1974 r. w związku z likwidacją Ośrodka przy ul. Nowogrodzkiej 75 na dalsze leczenie skierowano syna do Zespołu Psychiatrycznego Opieki Zdrowotnej - Ośrodka Leczenia Nerwic dla Młodzieży przy ul. Czerniakowskiej 137. Do Ośrodka tego uczęszczał on od 1 Xl 1974 do 20 VIl 1976 r. Zastosowana w Ośrodku metoda leczenia i terapii nie dała pozytywnych rezultatów, a odwrotnie wobec tolerancji w zakresie posiadania i przyjmowania przez pacjentów środków odurzających doprowadziła syna do kompletnego umysłowego i fizycznego wyczerpania i wypracowała w jego osobowości wrogi stosunek do rodziców i rodzeństwa;
- w okresie terapii w Ośrodku - w roku szkolnym 1974/75 syn w dalszym ciągu był uczniem Technikum Elektrycznego i do lutego 1975 roku powtarzał klasę III, po czym został ze szkoły wyrzucony mimo interwencji Ośrodka (podczas wywiadówek w szkole informowano mnie, że syn opuszcza bardzo dużo lekcji i na koniec 1 okresu otrzymał po 10 ocen niedostatecznych z każdego przedmiotu);
- w dniu 15 Xl 1974 roku odebrałem telefon od nieznajomej mi osoby zatrudnionej w szkole, która poinformowała mnie, że na początku roku szkolnego 1973/74 miał miejsce w szkole poważny incydent przesądzający los mojego syna, a mianowicie: wychowawca klasy bezpodstawnie uderzył syna w twarz, syn mu oddał i obecnie jest on niszczony przez kolektyw dobranych nauczycieli - radziła zabrać nam syna ze szkoły;
- o tej wiadomości poinformowałem dyrekcję szkoły i nadrzędny Inspektorat i prosiłem o wyjaśnienie sprawy. Incydent potwierdzono, lecz nie nadano sprawie żadnego biegu - podobnie zresztą jak sprawie zażywania na terenie szkoły środków odurzających;
- od 5 II do 6 II 1976 roku podczas terapii w Ośrodku przy ul. Czerniakowskiej w związku z zatruciem się środkami odurzającymi przebywał w szpitalu przy ul. Grenadierów. Po otrzymaniu kroplówki wypisał się na własne żądanie;
- od 17 V do 20 V 1976 roku w związku z kompletnym wyczerpaniem fizycznym i umysłowym wskutek zażywania środków został umieszczony na prośbę Komendy Milicji Obywatelskiej m. st. Warszawy w szpitalu przy ul. Nowowiejskiej. Ze szpitala uciekł w piżamie;
- od 24 V do 7 VI 1976 roku ponownie na prośbę naszą i wniosek Komendy Milicji Obywatelskiej m. st. Warszawy został umieszczony w szpitalu przy ul. Dolnej. Również z tego szpitala uciekł;
- od 5 VIII do 8 VIII 1976 roku na wniosek kuratora został umieszczony w szpitalu w Drewnicy. Ze szpitala uciekł w ubraniu robotnika;
- od 16 X 1976 do 26 IV 1977 roku był pod opieką Ośrodka Korekcyjno - Rozwojowego dla Młodzieży w Jelonkach. W Ośrodku tym uczęszczał do szkoły i przebywał jakiś czas w Sanatorium w Garwolinie. Stosunek z nim przez ten Ośrodek został rozwiązany z przyczyn bliżej nam nie znanych;
- od 8 Xl do 21 Xl 1977 roku ponownie przebywał w szpitalu przy ul. Nowowiejskiej;
- od 9 I1 do 5 V 1978 roku w związku z psychozą spowodowaną środkami odurzającymi ponownie przebywał w szpitalu przy ul. Nowowiejskiej. Ze szpitala został wypisany z warunkiem dalszego kontynuowania leczenia;
- po rozwiązaniu stosunku z Ośrodkiem w Jelonkach opiekę nad nim sprawuje doktor Z. Thielle. Informując o sytuacji syna pragnę dodatkowo wyjaśnić, że nasze działanie jako rodziców w kierunku jego ratowania skupiło się głównie:
- na poznaniu przyczyn niewłaściwego zachowywania się syna i stworzeniu mu odpowiednich warunków do przerwania i uwolnienia się z nabytego nałogu lekomanii;
- na ciągłych kontaktach z osobami powołanymi do leczenia tego rodzaju ludzi,.
- na ciągłym nakłanianiu go do poddania się leczeniu i podjęcia pracy i nauki;
- na ujawnianiu wobec władz ścigania wszelkich znanych nam źródeł zdobywania przez syna środków odurzających;
- na skierowaniu wniosku do sądu o ustanowienie nad synem kuratora i wydania mu nakazu przymusowego leczenia.

Jako rodzice dochodzimy do wniosku, że z naszej strony został popełniony zasadniczy błąd, a mianowicie- zbyt duży autorytet przypisywaliśmy szkole i jej wychowawcom, w naszym postępowaniu zawsze wychowawca miał rację, a nie syn, nie umieliśmy tego wypośrodkować, rezultat był taki, że syn stał się nieufny i nie informował nas o zajściach, jakie miaty miejsce w szkole (np. o incydencie z wychowawcą i lekomanii w szkole). Obecnie jesteśmy już tym wszystkim zmęczeni i uważamy sytuację za tragiczną i nie znajdujemy innego wyjścia, jak napisaliśmy na wstępie. W naszym pojęciu dla tego rodzaju ludzi co nasz syn należałoby skończyć z dociekaniami psychologicznymi i prowadzoną przez psychologów oderwaną od życia terapią, a stworzyć dla nich pod ścisłym nadzorem służby wartowniczej i psychologów ośrodki zamkniętego leczenia i pracy, w których ludzie z nałogiem narkomanii wykonywaliby pracę zarobkową, uprawiali sport i uczyli się zawodu. W tym przypadku byłoby mniej demoralizacji i wypadków śmiertelnych spowodowanych zatruciem i mniej niszczenia zdrowia innych.

Podając powyższe informację ponadto, że ja mimo inwalidztwa pracuję zarobkowo, mam za sobą 28 lat pracy. Żona moja również jest zatrudniona. Na syna nie otrzymujemy żadnego dodatku rodzinnego i nie posiada on uprawnień ubezpieczeniowych.
Do wiadomości z prośbą o pomoc w ratowaniu syna i naszej rodziny:
1. KC PZPR,
2. Ministerstwo Zdrowia,
3. Generalna Prokuratura PRL,
4. Komenda Główna Milicji Obywatelskiej.
"Po tej stronie granicy" (do spisu treści)

Kategorie

Zajawki z NeuroGroove
  • Bad trip
  • Marihuana
  • MDMA

Impreza techno po 13 godzinach pracy z najlepszym przyjacielem. Nastrój pełen ulgi z powodu zakończonej właśnie pracy oraz zmęczenie z tego samego powodu. Chęć relaksu, odrealnienia . Żołądek pusty wedle zaleceń.

Cały raport jest moją próbą poradzenia sobie z tym przeżyciem i przetrawienia go w głowie raz na zawsze. Nie uważałem się nigdy za człowieka o mocnej głowie i zawsze traktowałem przyjmowane substancje z należytym respektem i ostrożnością. MDMA było dla mnie po prostu za mocnym przeżyciem , na które zdecydowałem się w nieodpowiednim miejscu ,które już od 1.5 miesiąca ciąży mi na sercu i nie pozwala o sobie zapomnieć. Ale od początku..

  • Benzydamina
  • Dekstrometorfan

Doświadczenie: DXM, Benzydamina

Set & Settings: Noc w domu, rodzina śpi pierwszy raz z benzydaminą i 3 z acodinem

Substancje zażyte: 25 tabletek Acodinu i Benzydamina wyekstraktowana z 2 saszetek Tantum Rosa

Wiek i Waga: 15 lat, 70 kg, 173 cm

  • Dekstrometorfan

Set & Settings: wakacje na wsi; pogoda zmierzająca do burzy, parno


Samopoczucie: zmęczenie, niewyspanie, ale humor jak najbardziej dobry


Cel: sprawdzenie fazy po DXM, dotknięcie muzy :]


Sposób: 150 mg w Acodinie





16:48 Start


16:53 120 mg spożyte.


17:02 Czytamy; w tle muzyka.


17:55 Istotnie wzrastają w nas wątpliwości co działania tego środku. Dodatkowe 30 mg.

  • 2C-E

Mówiłem coś ostatnio miesiąc temu o spełnieniu psychodelicznym? Heheh... cóż, to nie ma granic.

Set & Setting : Park leśny, samochód, torowisko

Substancja : ~25mg 2C-E oralnie

Wiek/waga : 20/80kg

Doświadczenie : Alkohol, Avio, Efedryna, Kodeina, DXM (maks. 900mg), THC, nikotyna, dragonfly, LSD, LSA, Salvia Divinorum, Psylocybina, 4-HO-MET, 2C-E

randomness