REKLAMA




Niczego o nas nie ma w konstytucji?

Niczego o nas nie ma w konstytucji?

Gdańsk, lato, środek dnia. Do komisariatu w sercu starówki wchodzi młody, elegancki gość i kładzie na stole pół grama suszu roślinnego, którego samo posiadanie jest w myśl obowiązującego prawa przestępstwem. Taka efektowna demonstracja jest nie tylko okazją do wykazania się skutecznością dla służb mundurowych, zatrzymania groźnego degenerata na dwadzieścia godzin w areszcie i przeszukania jego domu rodzinnego.

Dla naszego posiadacza-kryminalisty konopny coming-out jest środkiem dochodzenia swoich praw obywatelskich, a niechybny wyrok skazujący otworzy mu drogę do Trybunału Konstytucyjnego. Żeby było ciekawiej, cała sprawa miała miejsce w „gorącym” czasie, kiedy rząd wysunął propozycję zmiany Ustawy o Przeciwdziałaniu Narkomanii, nieco łagodzącej przepisy o „posiadaniu”. Dla naszego bohatera jako łagodny półśrodek była ona tylko źródłem irytacji i bezpośrednim bodźcem do działania. Cała sprawa jest także świetnym kąskiem dla mediów – zdarzenie nagłośniła Gazeta Wyborcza w ramach kampanii „My, Narkopolacy” – o incydencie większość z nas pewno więc wie. Teraz śmiałek postanowił  opowiedzieć o sobie i swojej akcji również naszym czytelnikom.   Sprawa dotyczy materii konstytucyjnej i to cholernie newralgicznej sfery – ograniczania wolności osobistej i prawa jednostki do decydowania o własnych sprawach, prawa do nienaruszalności mieszkania i życia prywatnego. Dla tak głębokiej ingerencji w prawa obywatelskie, jak np. przeszukiwanie każdego podejrzanego o „posiadanie” – według arbitralnego widzimisię funkcjonariusza może nim być każdy – musi być nader rzetelne uzasadnienie. Takiego uzasadnienia ewidentnie brak – zarówno w literaturze, jak i w rzeczywistości. Z punktu widzenia prawa antynarkotykowego regulacja wywołuje dokładnie odwrotne skutki od zamierzonych, z punktu widzenia konstytucyjnego jest niewspółmiernie brutalna. Nigdy nie miała prawa taka być, nie tyle ze względów natury kryminalno-politycznej, ile właśnie – konstytucyjnej.   Spliff: Kim jesteś, czym się zajmujesz?
Janusz Strzała: Mam 26 lat, wykształcenie wyższe, studiuję też teraz prawo. Nie odpowiedziałem sobie jeszcze na pytanie – kim naprawdę jestem.   Nie byłoby tego wywiadu, gdybyś nie palił ganji – jak długo, jak zaczynałeś? Często palisz?
Po pierwsze – nie byłoby tego wywiadu, gdyby nie nowelizacja z 2000 roku. Pierwszy raz paliłem jeszcze za panowania owego „wzgardzonego” art. 48 ustępu 4 Ustawy (dziś art. 62), jakieś 10 lat temu. Siadało się wtedy na plaży i nie zwracając niczyjej uwagi paliło z lufki bez przypału: żadnych radiowozów, komisariatów i tym podobnych historii.
Przez te wszystkie lata, w większości przypadające na okres totalnej prohibicji, zwykle paliłem dużo. Ostatnimi czasy z nadużywania wyrosłem, choć nadal popalam prawie codziennie, raczej z przyzwyczajenia, czy dla towarzystwa. Co innego oczywiście „na  melanżu”, tu się specjalnie nie hamuję.   Zaczynałeś jeszcze przed r. 2000, szybko jednak przyszła kryminalizacja...
Usunięcie zapisu o niekaralności posiadania „na własny użytek” było bardzo nie w porządku wobec tych, którzy zaprzyjaźnili się z trawką przed nowelizacją. Każdy nastolatek już wtedy miał świadomość, że w Holandii to jest legalne, że można posiadać na własny użytek, no i że uzależnia się raczej od twardych dragów, a nie od MJ. Państwo w imię ochrony przed zgubnymi skutkami konsumpcji konopi zamiast profilaktyki zafundowało nam karę – trzy lata więzienia. Bardzo widoczny wyraz pogardy wobec młodzieży z liceum ze strony państwa prawa.   Z dnia na dzień, razem z tysiącami takich osób stałeś się przestępcą – czy jako „posiadający” miałeś kiedykolwiek problemy z prawem? A może Twoi znajomi?
Ja na szczęście uniknąłem odpowiedzialności, choć nieraz bywało gorąco... A czy znajomi? Pewnie. Wyroki pozbawienia wolności w zawieszeniu, grzywny, dołki, przeszukania...  Artur Radosz to też mój znajomy, jego historię znamy chyba wszyscy. To jest już szczyt patologii, żeby za posiadanie grama wyrok odsiadywał człowiek, który działał w organizacjach pozarządowych i występował na międzynarodowych konferencjach poświęconych polityce narkotykowej. Siedział w areszcie akurat wtedy, kiedy ja gawędziłem sobie o karierze, świecie i gospodarce z szefostwem dużych międzynarodowych spółek i usiłowałem ściągnąć go na whisky i cannabis do Hiltona. Cały czas miał wyłączony telefon, nie wiedziałem wtedy dlaczego. Był to dzień, w którym Warszawa maszerowała po Wyzwolenie Konopi.   Wygląda na to, że lata obcowania z nielegalnym suszem roślinnym bynajmniej nie złamały Ci życiorysu?
Wciąż „narkotyzując się” i zadając z dilerami, skończyłem studia, popracowałem w pewnym środowisku biznesowym, do którego nie trafia się z przypadku. Nikt mi nic nie załatwił, na wszystko zasłużyłem własną pracą, inwencją i odwagą, a spotkało mnie, przyznam, kilka zaszczytów. Nikt mi w przestrzeń prywatną nie zaglądał, MJ to był mój słodki sekret. Na szczęście miękko wylądowałem na ziemi.
Maturę z Polaka pisałem upalony. Może faktycznie nie ma się czym chwalić, przed egzaminem poszła fama o kimś, kto gdzieś już tak wcześniej zrobił i napisał na 5. Też napisałem.
Co do życia zawodowego – mi MJ nie przeszkadza. Wiesz, ja zawsze byłem cholernie ambitny i osiągałem same sukcesy pod warunkiem, że nie powstrzymywało mnie lenistwo. Trawka, jak wiadomo, sprzyja lenistwu, ale zwykle to jednak ambicja i odpowiedzialność brały górę, nawet mimo okresowego nadużywania. I tak jest do tej pory. Teraz palę nawet z szefem albo z kumplami z roku, rozumiesz – ze studentami prawa. I wiesz, gdzie wszyscy mamy art. 62...   To trochę groteskowa sytuacja...
Wiesz, groteskowe jest ściganie konsumentów, a nie to, że studenci prawa czy ludzie biznesu popalają. Żyję w środowisku, gdzie MJ jest na porządku dziennym. Gdzie indziej może być inaczej, a może być podobnie. Nie ma co się rozwodzić – zioło było, jest i będzie palone. Żadne prawo tego nie zmieni. Rolą prawa jest również ochrona interesów tych, którzy chcą palić. Niektórzy o tym zapominają.   No właśnie, studiujesz prawo, przed trzydziestką planujesz z niego doktorat. Interesujesz się prawem narkotykowym zawodowo, od dłuższego czasu?
Przestudiowałem trochę, raczej sztandarowe pozycje. Nie czuję się jakimś znawcą problematyki, ale myślę, że jestem w stanie pociągnąć swoją sprawę nawet do końca, o ile żadna szacowna instytucja nie zechce mi tu pomóc. Tak naprawdę cała afera dotycząca posiadania niewielkich ilości dotyka znacznie poważniejszych podstaw prawnych – i według mnie właśnie w ten sposób da się wybronić każdego „posiadacza”, w tym mnie.   Przechodzimy do głównego problemu: po co właściwie wychyliłeś się z tą okruszynką? No i jak to wyglądało, jak zareagowali policjanci?
Po uzyskaniu wyroku mam zamiar odwoływać się do wyższych instancji i  docelowo zaskarżyć ustawę do Trybunału Konstytucyjnego.
Policjanci najpierw myśleli, że robię sobie jaja. Od razu wyprowadziłem ich z błędu, kładąc na stół zawiniątko z suszem. Kotek wielkości paznokcia i trochę miału, który już nawet zapach stracił. Właściwie jak niby mieli zareagować, skoro jedyne, co mogą, to zatrzymać? Ale cały komisariat zadrżał, że prowokacja. 3 razy poprawiali protokół zatrzymania, żeby najmniejszego błędu nie zrobić. Dla tych kryminalnych to nawet szacunek za podejście. Może nie do końca kumali moje intencje, ale żadnych gróźb, zastraszania, głupich dyskusji czy dokuczania nawet nie próbowali. Wszystko na poziomie. Najgroźniejszy z nich to mało mnie po ramieniu nie poklepał, jakby dobrze wiedział, o co chodzi. Ale przełożony chce mieć wyniki w zwalczaniu przestępczości. A że ma stosowne instrumenty prawne, z których mu ustawa nie zabrania skorzystać... to znaczy, że ma takie prawo. Potem były klatki, dołki i zarzuty. Nic przyjemnego.   Wyjaśnij mechanizm zaskarżania przepisu do Trybunału Konstytucyjnego, który chcesz wykorzystać...
Idę do sądu i proszę, żeby zadał pytanie prawne do Trybunału. Jeżeli odmówi, o to samo proszę sąd II instancji. Odmówi – skarga konstytucyjna.   Pierwsza instancja jeszcze przed Tobą? Jak w praktyce wyglądają osławione sądy 24- godzinne?
Nie wiem jak funkcjonują... Nie dostąpiłem tego zaszczytu. Prokuratura też nie wie, obdzwoniłem dzień wcześniej gdańskich prokuratorów, nie umieli powiedzieć. Liczyłem, że w tak oczywistej sytuacji dowodowej następnego dnia stanę przed sądem i pierwszą instancję będę miał z głowy. Na razie mam postawiony zarzut i cisza. Do tej pory czekam na wezwanie do zapoznania się z aktami postępowania. Wszystkie aktualności na www.30gram.pl

Wyjaśnij, czemu niesławny art. 62 jest niezgodny z Konstytucją?

Podstawą, na której się opieram jest zapisana w Konstytucji zasada proporcjonalności (por. np. teksty dr M. Klinowskiego – red. ). Twórcy ustawy całkowicie ją zignorowali. W płaszczyźnie materialnej treść tej zasady sprowadza się do oceny, czy dana regulacja ograniczająca wolność jednostki przynosi jakiekolwiek skutki dla ochrony społeczeństwa. Po 5 latach obowiązywania regulacji w takim samym kształcie (lata ‘01-05) było doskonale wiadomo, że regulacja ta jest cholernie kryminogenna, a jej skutki katastrofalne. Nie przeszkodziło to ustawodawcy przyjąć identycznej regulacji w 2005 roku (była to kolejna „przykręcająca śrubę” nowelizacja – red.), mimo oczywistych wniosków. Przepis narusza materialną zasadę proporcjonalności, ponieważ w momencie uchwalania skutki regulacji były dobrze znane, a istniały rozwiązania alternatywne, jak chociażby to z ustawy z 1997 r.; swoją drogą najwłaściwsze, jego przyjęcie uchroniłoby dziś art. 62 przez zarzutem naruszenia zasady proporcjonalności.
Również formalny aspekt tej zasady, dotyczący gwarancji proceduralnych, został kompletnie zignorowany. Konstytucja formułuje w sposób bardzo wyraźny pewne podstawowe prawa i wolności, takie jak prawo do ochrony prawnej życia prywatnego czy nienaruszalność mieszkania. Przepisy ustawy nie mogą być zatem tak skonstruowane, aby stwarzały stan, w którym zakres ingerencji w te podstawowe wolności będzie niczym nieograniczony – a tak mamy w przypadku posiadania narkotyków, co zresztą pięknie obrazuje postępowanie funkcjonariuszy w mojej sprawie. Jakie oni mogli mieć uzasadnione przypuszczenia, że przychodząc do nich z połówką, w domu trzymam więcej – że pozwolili sobie przeszukać mieszkanie należące do mojej matki? A tak robią z każdym.
Właśnie temu służył zapis o niekaralności posiadania na własny użytek, żeby policjant nie mógł bez ograniczeń dokonywać kontroli osobistej w oparciu o podejrzenie posiadania trawki przez gościa w parku, czy też, żeby nie mógł przeszukiwać mieszkania każdego, przy którym znajdzie skręta w oparciu o przypuszczenie, że w domu może trzymać pół kilo. [Red.: również kilkaset gram/kilka roślin nie musi koniecznie kojarzyć się z biznesem – co widać np. w legislacji niektórych stanów USA! Pisaliśmy o tym na łamach Spliffa i na naszej stronie www.]
Jeżeli ktoś liczy, że Trybunał przymknie oko na przepis, którego stosowanie dopuszcza arbitralne pogwałcenie nienaruszalności mieszkania, to bardzo się rozczaruje. Właśnie naruszenie formalnego aspektu zasady proporcjonalności stanowi główny zarzut pod adresem tej regulacji – brak gwarancji ochrony praw osobistych jednostki przy podejmowaniu działań z zakresu ochrony dobra publicznego.
Wreszcie trzecia sprawa: duża część społeczeństwa, wliczając i prawników ma takie przekonanie, że ustawodawca może sobie kryminalizować każde zachowanie, jakie wydaje mu się społecznie nietolerowane. Otóż nie – gdy jednostka działa w granicach zagwarantowanego w Konstytucji prawa do decydowania o swoim życiu osobistym, bez narażania dóbr innych osób, ustawodawca nie może ingerować w istotę tego prawa poprzez tworzenie zakazów dotyczących jej prywatnego życia.
Pamiętamy ostatni wyrok Trybunału dotyczący zapinania pasów; subtelna różnica polega na tym, że kierowca, choć decyduje wprawdzie o sobie, porusza się po drodze publicznej, gdzie znajdują się inni użytkownicy. Ponadto niezapięte pasy mogą skutkować trwałym kalectwem. Posiadanie grama suszu roślinnego raczej trwałym kalectwem nie grozi, a w większości życiowych sytuacji jest nawet zdrowsze, niż posiadanie paczki fajek.

Jak pogodzić ze sobą sytuację, ze 90% posiadających niewielkie ilości bądź co bądź kupuje je od dilerów (przecież często kumpli), słowem, skądś je musi brać, a prawo antynarkotykowe ma uderzać w tego typu „drobnych przedsiębiorców”? Czy nie stworzy to pewnej niejasności, stawianej już jako zarzut modelowi holenderskiemu – „możecie handlować ganją w coffeeshopach, ale nie chcemy wiedzieć, skąd ją macie” – czyli u nas, hipotetycznie – „możecie posiadać, ale najdrobniejszy handel będzie ścigany”?
Ścigamy wszystko, co związane jest z obrotem. Posiadanie niewielkiej ilości jest przestępstwem, ale wprowadzamy rozwiązanie nakazujące zaniechać ścigania konsumenta. Uruchamianie całego instrumentarium postępowania karnego wobec konsumenta, czyli zatrzymanie, przeszukanie, zarzuty i wreszcie – kara kryminalna, wiąże się bowiem ze zbyt dużym ryzykiem naruszenia jego obywatelskich swobód, bez żadnego efektu „wychowawczego” indywidualnego czy społecznego. Co więcej, naukowo udowodniono, że ściganie konsumentów poważnie ogranicza zarówno możliwość zachęcenia ich do podjęcia leczenia, jak i skuteczność profilaktyki. Dlatego jakkolwiek byśmy nie pogardzali narkotykami jako społeczeństwo, w tym wypadku musimy na spokojnie przyjąć do wiadomości, że karanie zażywania niczemu nie służy, tylko pogłębia cały dramat. Dlatego od tego odstępujemy. Wybaczamy ludziom ich słabości. I na tej filozofii opieramy rozwiązanie ustawowe gwarantujące jednostce poszanowanie jej wolności.   Czyli jedynym rozwiązaniem dla niechcącego wchodzić w kontakt z dilerami konsumenta byłaby uprawa na własny użytek – czy ona też jest moim konstytucyjnym prawem? Ostatnio takie rozwiązanie było dyskutowane w Czechach – z pozytywnym skutkiem. (Jednak nie na poziomie konstytucji, a kodeksu, który wchodzi w życie 01.01.2010. Uprawa trzech roślin, pod rygorem pełnoletności, będzie wykroczeniem. Mają zobowiązania wobec ONZ – red.)
Tak, na własny użytek – jak najbardziej. Na razie nie mogę nic więcej powiedzieć. To naprawdę ma być meganiespodzianka. Swoją drogą po więcej niespodzianek zapraszam na stronę www.30gram.pl,gdzie wszystko będzie przedstawiane na bieżąco.   Masz dość jasno określony cel: zmiana nieszczęsnego zapisu o karaniu za posiadanie. Popuśćmy wodze fantazji, gdyby (w pełni) zależało to od Ciebie, jak wyglądałoby prawo narkotykowe w Polsce?
Ja się prawem antynarkotykowym interesuje tylko w takim zakresie, w jakim narusza MOJE prawa. I wiesz, nadal lansuję pogląd, że ust. 4 ustawy z 1997 r. nigdy nie przestał obowiązywać, i nie muszę tu jakoś specjalnie popuszczać wodzy fantazji. Dalej, też bez wielkiej fantazji – legalizacja uprawy i obrotu Cannabis na Euro 2012 jest, jak sądzę, nieunikniona. (Ale ćśśś! To ma być naprawdę niespodzianka... Głównie dla gości.)  Czy to się komuś podoba, czy nie.
No i dostępna dla wszystkich potrzebujących [heroinistów] terapia metadonowa od zaraz. Na koszt państwa.

Załóżmy, że wyrok Trybunału jest pomyślny. Co to oznacza dla Ciebie, dla wszystkich represjonowanych za kilka okruszków ziela, ostatecznie – dla kształtu ustawy?

Dla mnie ust. 4, mówiący o niekaralności posiadania „na własny użytek” nigdy nie stracił mocy obowiązującej. Ten zapis był naprawdę genialny tak z punktu widzenia zasady proporcjonalności, jak również z punktu widzenia polityki kryminalnej w stosunku do narkotyków – tu odsyłam do publikacji prof. Krajewskiego.
Dla kształtu ustawy – trwała zmiana. Może nawet literalnie powrót ust. 4.   Dla represjonowanych – w mojej ocenie wyrok Trybunału daje każdemu skazanemu konsumentowi możliwość wznowienia postępowania, przynajmniej przy wyrokach, które się nie zatarły; co za tym idzie – szanse na całkowite uniewinnienie; a w przypadku tych, którzy ponieśli karę – odszkodowanie! Może się mylę, ale jednocześnie nie mogę się doczekać oburzenia ze strony niektórych środowisk: „jakim prawem narkomanowi dawać odszkodowanie?”. Chętnie odpowiem – prawem Rzeczypospolitej Polskiej. Tak moi drodzy, tak Donald – żeby to było jasne – na podstawie art. 552 kodeksu postępowania karnego, odszkodowanie i zadośćuczynienie za doznaną krzywdę. Takich właśnie standardów życzę sobie w moim państwie jako obywatel i patriota.
Wyobraź sobie Donald, że od zawsze „trochę mogliśmy mieć”, a wy nigdy nie mieliście prawa w ingerować w nasze życie prywatne pod pozorem Wojny z narkotykami. Stara rzymska zasada mówi, że Skarb Państwa jest zawsze wypłacalny. Taka finansowa nauczka pozwoli Wam w przyszłości zastanowić się nad potrzebą kryminalizowania czegokolwiek i pozostaje nam liczyć, że Trybunał podzieli tutaj moje zdanie.

Spotykałem się kilka razy z opiniami, że był to rodzaj nadużycia z Twojej strony – masz ochotę zażywać narkotyki, nie przejmujesz się ich potencjalnymi negatywnymi skutkami u innych i w imię nadinterpretowanej wolności osobistej żądasz przyznania Ci prawa, które może być niebezpieczne dla innych...
Wiesz, najprawdopodobniej nie spodobała im się forma, w jakiej poruszyłem temat w GW. O wiele bardziej poważne negatywne skutki, i to nie potencjalne, ale rzeczywiste przyniosła nowelizacja z 2000 r. Rażące zaniedbanie legislacyjne utrzymuje się w naszym systemie prawa po dziś dzień. Ci, którzy uważają, że ten zakaz chroni kogokolwiek, są w wielkim błędzie, ta postawa czyni ich współodpowiedzialnymi za rozrost narkomanii. Czyli jedziemy na tym samym wózku.
Dlaczego zresztą mam niby być karany za to, że hipotetyczny Ktoś będzie mieć problemy, palić za dużo, albo się uzależni od czegoś? Czy ja mu w tym pomagam? To, że sobie mam w kieszeni moją(!) trawkę, znaczy od razu, że namawiam kogoś do zażywania, albo częstuję? Osobne przepisy ustawy zabraniają takich zachowań i to wystarczy, tych przepisów przecież nie kwestionuję. Snucie tego typu przypuszczeń przypomina założenie, że dobrze byłoby mi zabronić grać w gry video, bo mój młodszy brat może zacząć opuszczać lekcje, żeby sobie pograć na mojej konsoli, jak nie ma mnie w domu, a potem zacznie kraść gry z Empiku.

Co było bezpośrednim bodźcem do działania?
Artykuł w którymś Spliffie. Gość przytoczył przykład, gdy w momencie nalotu policji wszyscy wyrzucają torebki z zielskiem i gaszą jointy mówiąc „To nie moje”... I tak sobie pomyślałem – Jak k...a nie moje? Właśnie, że MOJE, więc łapy precz!! (Dokładnie tak samo mówił Michael Krawitz z Wirginii w wywiadzie zatytułowanym „Precz od mojej marijuany”, Spliff#18.) A potem cała afera z nowelizacją, w TV pojawił się Tusk ze swoim tekstem „My nie mówimy: trochę możesz mieć...” Chcę, żeby to samo powtórzył mi prosto w oczy. Publicznie, przed wyborami.   Nie uważasz, że jest realne, by polski rząd potraktował sprawę narkotyków racjonalnie, żeby zmiana szła „od góry”?
Wiesz, ja rozumiem dobre intencje pomysłodawców tej nowelizacji. Śmiem twierdzić, że zadziałał jakiś ekspert od prawa antynarkotykowego i zaproponował rozwiązanie podobne, jak w Niemczech. Tylko że tam to rozwiązanie doskonale sprawdza się od 15 lat i po wyroku niemieckiego trybunału konstytucyjnego w 1994 roku nie sprawia wątpliwości interpretacyjnych. A u nas od 10 lat łamane są prawa obywatelskie, bo komuś uroiło się, że w ten sposób wyłapie wszystkich dilerów i „zapomniał” na wszelki wypadek wprowadzić rozwiązanie chroniące konsumentów. Zabrakło wiedzy i wyobraźni. Również w 2005 roku do nowej ustawy wpisali to samo.
Jednak szczerze mówiąc, nie interesuje mnie już zdanie władzy wykonawczej ani ustawodawczej. Mnie interesuje konkretnie zdanie Trybunału. I do tego też mam prawo.  

Jeżeli nie mamy co liczyć na przypływ dobrej woli ustawodawcy, czy jedyną drogą są akcje w rodzaju Twojej?


Nie ukrywam, że marzy mi się wystąpienie, konsumenci z większych miast po prostu idą zrobić to samo co ja, tylko że w grupach. Musimy zdawać sobie sprawę, że gdyby udało się zorganizować coś takiego, mamy media, które emitują to na żywo i cyrk, jakiego nie było. A jakie oburzenie ze strony nieprzychylnych środowisk. Po prostu ubaw po pachy! Wyobraźmy sobie, że materiał z Polski obiega świat... Komunizm potrafiliśmy obalić – kwalifikowaną postać bezprawia – a marijuany nie damy rady wyzwolić?   

Tu nie będzie tak, że coś się nie uda, że Trybunał zakwestionuje słuszność naszych pretensji, bo społeczeństwo się nie zgodzi. Tu nie będzie publicznej debaty, ani politycznej demagogii. Będzie bezstronny sąd nad prawem w oparciu o obiektywne kryteria. Ci sędziowie to ława najwybitniejszych prawników, jednak aby mogli zabrać głos jako organ, muszą otrzymać impuls z zewnątrz. Stan, który mamy teraz, zawdzięczamy również rzeszy prawników, tylko że naprawdę kiepskich, jeżeli poza ustawą nie widzieli dotąd żadnych innych kryteriów oceny posiadania MJ. Jeżeli nadal chcemy być na łasce kiepskich prawników, to nasz wybór...

 

Źródło

Spliff - Gazeta Konopna (nr 20/2009)

Źródło internetowe

Kategorie

randomness