Wieś wciąga. Ewa Kaleta pyta o narkotyki na prowincji

Marihuana idzie tu po 30 zł za gram. Ale nie wszystkich stać na "miejskie" porcje. Kupują nawet po pół grama.

Tagi

Źródło

wyborcza.pl

Komentarz [H]yperreala

Tekst stanowi przedruk z podanego źródła.

Odsłony

1994

Na dyskotekę to przecież się potańczyć idzie - tłumaczy 16-letnia Diana. - A bez tabsów tobym się wstydziła tańczyć tak odważnie, sexy. Diana z koleżankami jeździ do dyskoteki Diablo, 30 km od jej wsi, wstęp za darmo. Jadą autobusem, potem stopem, albo pieszo miedzą 20 minut. - Jak miedzą, to trzeba wziąć buty na zmianę.

Każda ma w kieszeni przynajmniej dwie dychy na tabletkę z krzyżykiem, serduszkiem albo wisienkami, a najlepiej mieć ze trzy, żeby poczuć kopa na dłużej. Nikt nie wie, co w nich jest. Bierze się na czuja.

Tabsy kupuje się u chłopaków w dyskotece, zazwyczaj to dwóch albo trzech stałych łebków, których się zna z widzenia. Kosztują 15 zł, ale przyjeżdżali i tacy, co sprzedawali po 8 zł. Jakieś pięć godzin można na nich "jechać", nie czuje się zmęczenia, można właściwie nie schodzić z parkietu, i w taki trans się wpada, że kilka godzin mija jak 15 minut. Czasem można też trawkę u nich kupić.

Marihuany się na wsi nie marnotrawi, nie pali się skrętów, tylko fifką, a jak w kilka osób - to fają. Idzie się do jakiejś stodoły i w wiaderku robi się fajkę wodną z plastikowej butelki. A fifkę w kiosku można kupić, jaką się chce, kolorową, długą, krótką, a żadna nie kosztuje więcej niż 2 zł.

- Amfetamina też bywa - dodaje Diana - ale wszyscy mówią, że to tynk ze ściany, a nie towar, szkoda wydawać 35 zł. Biorę tylko na imprezach. Jak jest ciepło, to z dziewczynami co tydzień jedziemy. Zimą? Zimą zamknięte, w tym blaszaku ogrzewania nie ma.

Szałwia zamiast marychy

W tej wsi łebków jest z 15. Jeżdżą na ustawki rowerami albo starymi motorynkami typu Romet. Sprzedają marihuanę po 30 zł za gram. Niektórzy klienci kupują nawet po pół grama. Nie wszystkich tu stać na "miejskie" porcje.

O amfetaminie łebki mówią, żeby nie brać, bo to ścierwo, podobno dodają trutkę na szczury albo proszek do pieczenia i gniecione żarówki, bo jak poranią śluzówkę nosa, to się szybciej amfetamina przyjmie.

Nie raz, nie dwa tak było, że łebki też rozwoziły świństwo, na przykład legalną konopię przemysłową spryskaną detergentami, szałwię albo nawet zwykłą trawę z łąki sprzedawali jako marihuanę. Dzieciaki, co się nie znają i innej nie palili, to kupują.

Podobno co miesiąc policja łapie we wsi ze trzy osoby, które mają przy sobie towar. Oczy robią wielkie jak pięć złotych, mówią, że ktoś im podrzucił, i nawet na "dołku" słowa nie powiedzą, lojalni jak żołnierze. A jak mają nasiona, to niby dla papugi. Puszcza się ich albo dostają co najwyżej kilka lat w zawiasach. Trudno udowodnić, że łebek sprzedaje. Jeśli ma przy sobie gram, to zawsze wybroni się, że to na własny użytek.

Dzieciak od Wujka

Wojtek, 15 lat, łebek, sprzedaje marihuanę od 13. roku życia.
- Przez telefon mówi się: "Chodź na zieloną trawkę za dwie godziny" albo "Widzę się o 16 z Marysią, idziesz?". O czwartej nad ranem potrafią zadzwonić. Grunt to nie trzymać w domu, najlepiej mieć skrytkę, zakopać gdzieś. Kiedy idę do klienta, samarę (plastikowy woreczek) trzymam w ręce. W razie gdyby policja przyjechała. Zawsze można wyrzucić, no i do zaciśniętych dłoni nie zaglądają.

Wojtek sprzedaje kilka rodzajów skrętów: skun jest zawinięty w liść tytoniu, joint jest w bibułce, blant - z dodatkiem tytoniu. Ale to są standardy wyższe, za gram płaci się 40-45 zł, stać na nie tylko dzieciaki z bogatszych domów albo starszych zajawkowiczów, co mają pracę, rodzinę i tylko czasem lubią sobie zapalić wieczorkiem przed telewizorem.

- Reszta dostaje zwykłego grama za 30 zł. To słabszy towar, często z dodatkiem majeranku, ususzoną szałwią albo zwykłą trawą, wszystko spryskane detergentami, żeby mocniej kopało.

Wojtek jest w domu dziecka od piątego roku życia. Zabrali go od matki, która piła. Kiedy miał siedem lat, zapiła się na śmierć. Pierwszy raz palił jako 11-latek. - Biegałem u elity w bidulu, nosiłem herbatę, kawę, do sklepu latałem. Zdobyłem zaufanie, kiedy jednemu wypadło z kieszeni palenie w stołówce. Podniosłem i mu oddałem. W nagrodę zapaliłem z elitą. Zapamiętam to do końca życia. To była miłość, czysta miłość do wdychania. Błogość porównywalna do zakochania.

Dziennie do Wojtka dzwoni około pięciu osób. Chyba że akurat wszyscy kupują dopalacze. - Dopalacze to syf, jebie łeb. Ale niektórzy szukają mocnych wrażeń, kupią "mocarza" albo "white kitty" i im odpierdala, leżą na podłodze i krzyczą, że są na pustyni i chcą wody, a jak im dajesz butelkę z wodą, to nie wiedzą, co z nią robić, zapominają, jak się pije z butelki. Niektórzy wariują na zawsze i po marihuanę już nie wracają.

Kiedy dzwonią po towar w nocy, wychodzę przez okno, pokój mam na pierwszym piętrze. Idę wykopać towar i biegnę do klienta. Wracam po godzinie też przez okno i idę spać, nikt nigdy nie zauważył. Może kumple z pokoju, ale oni mnie nie podkablują.

Skąd mam towar? Od Wujka, jest kibicem lokalnej drużyny piłkarskiej. Chłopak z żylety, ale z zasadami, lojalny. Stale jesteśmy w kontakcie. Staram się, żeby nie mieć nigdy więcej niż 3 gramy. W tym biznesie każdy się boi, że go złapią, więc najlepiej na bieżąco brać od Wujka. Wujek to starszy brat kumpla z bidula. Sam był w bidulu, był kiedyś elitą. Ma duży szacunek w środowisku. Kiedy zacząłem palić i chciałem dorobić, to mnie do niego zaprowadzili. Popatrzył na mnie i dał grama, miałem doręczyć za 15 minut za starą mleczarnią i wrócić. Zrobiłem to, wróciłem, dałem Wujkowi mój numer, a on dał mi 2 gramy. Zakopałem i czekałem na telefony. Pierwszy zadzwonił po godzinie. Do dziś czasem na mnie ktoś mówi "dzieciak od Wujka". Jak nam się zdarzało wypić razem, to żeśmy się nawet wyściskali. On mnie po głowie poklepał i "mój dzieciak" mówił. Wiadomo, ciężko jest bez rodziny, ja nikogo nie mam, no a Wujek jest jak starszy brat.

Łebki takie jak Wojtek dostają 15-30 proc. od sprzedaży. Wojtek miesięcznie może zarobić 1000 zł, kupuje sobie za to ubrania, chodzi na hamburgery albo kebab.

Ważni Ludzie

- Najgorzej jest, kiedy sprzedający wypalają dużo sami. Wtedy często wpadają w długi u Ważnych - mówi Wojtek.

Tu na wsi Ważnych jest trzech, dwóch od marihuany i jeden od amfetaminy. Łebków mają za nic, bo na miejsce jednego jest trzech chętnych: bez pracy, bez kasy, po zawodówkach.

Ważni wpadają rzadko. Dwa lata temu do Ważnego weszła policja, miał 200 dwumetrowych krzaczków, to największy "las", jaki tu wykryto. Wybronił się, powiedział, że to samosiejki, ładnie rosło i cień rzucało, można się było w ogródku napić piwka pod krzaczkami. Dostał zawiasy na kilka lat.

Zresztą posadzić marihuanę można tu wszędzie, bo gdziekolwiek spojrzysz, tam lasy, pola i samotne domki. Czasem do kogoś zapuka "wnuczek" i zapyta, czyby państwo starsi nie poddzierżawili kawałka pola. "Wnuczek" daje starszym kilka stów i mówi, że zasadzi kwiatki i że ładnie będą pachnieć.

W tym roku u drugiego Ważnego policja znalazła dwa pełne 35-litrowe worki na śmieci z gotowymi do sprzedaży samarami z marihuaną. Sprawie ucięto łeb. Ważny po dwóch dniach wrócił do wsi i było jak zawsze.

Z domku do domku

Jarek, 26 lat, wyjechał na studia do dużego miasta, gdzie mieszka do dziś. Ale przynajmniej raz w tygodniu jest na wsi pomóc przy ojcu, który miał wylew. Kilka lat temu sam palił marihuanę i imprezował na wsi.

- Na początku po prostu częstowali mnie albo sam prosiłem o "bucha", ale pamiętam, jak potem 20 zł zbierałem z kieszonkowego i podbierania rodzicom, żeby się zrzucić na nocne palenie, wtedy kilka gramów szło. Mieszaliśmy palenie i na przykład wódkę albo jabola.

Paliło się w pustych domach. We wsi nie ma gdzie się spotkać. Tu są domy pogrzebowe, spożywczaki i ciuchlandy. Był we wsi przez kilka miesięcy mały bar - bo mógłby się tu jakiś kierowca tira zatrzymać i coś zjeść. Cała Polska usiana jest takimi barami. Ale tu się nikt bez powodu nie zatrzymuje, a z miejscowych mało kogo było stać na frytki za 5 zł.

A pustych domów pełno. Właściciele pomarli, spróchniałe drzwi można jednym kopem wyłamać. Przynosi się balsam owocowy, marihuanę, czasem amfetaminę. Chłopaki siedzą, palą, piją, żeby jak najszybciej się "zrobić". Nie ma o czym gadać, gada się tylko o tym, jak za chwile "kopnie". A kiedy już "kopie", to się śmieją, bełkoczą, coś tłuką albo się drą, a potem się "dobijają", czyli piją albo ćpają, aż nie będą w stanie myśleć ani się ruszać. Policja do środka nie wchodzi, najwyżej podjadą, postraszą kogutem włączonym. To się szuka następnego domu. I tak z domku do domku, z domku do domku ...

W tych melinach do dziś palą moi koledzy ze szkoły. Przyjeżdżałem ze studiów na święta i nie mogłem uwierzyć, że nadal zachowują się, jakby mieli 16 lat, chodzą w spodniach z krokiem w kolanach, zbierają na jabola - kiedyś to było nawet śmieszne, ale z czasem stało się żenujące. Nie pracowali, wisieli na rodzicach, zawsze lekko pijani albo zjarani chodzili po wsi, do sklepu albo ze sklepu, albo wołali za ludźmi, którzy palili papierosa: "Obstawisz pojarkę?". Zachodzili po mnie, idąc do meliny, ale już nie wychodziłem z nimi, tylko dawałem drobne z kieszeni. Zaczęli na mnie mówić "student". Ja lubię do dziś zapalić w dobrym towarzystwie, ale tu takiego nie ma. A ten towar tu to ścierwo straszne, samosiejki spryskane płynem do naczyń.

Nawet kiedyś myślałem, że tu wrócę, samochodem bym dojeżdżał do miasta, dom ojca bym wyremontował. Ale do takiej wsi nie chcę wracać. Nic nie ma, tylko menele, margines, nieudacznicy, którzy zostali i nic im się nie chce.

Czekam, aż się cieplej zrobi

Marcin, 29 lat, mieszka w sąsiedniej wsi. - Pracy to tu nie ma. Starsi tylko mają, w sklepie, w przychodni. Dużo młodych wyjechało. Nawet mi proponowali, ale nie chciałem. Nie wiem, tak daleko jechać, jeszcze się tam coś stanie. Okradną mnie albo oszukają, ja języka nie znam. A tu wszystko jest, rodzina, koledzy.

Marcin skończył dwa lata liceum, rzucił, bo mu nie szło. Mieszka z mamą, ojciec pracuje w Niemczech na budowach. Marcin nie pracuje, prawie codziennie chodzi na siłownię. - Z nudów człowiek na siłownię szedł, żeby coś robić, nie zwariować. Robiłem sylwetkę. Jak zaczynałem na siłowni, to takie chuchro byłem. Takiego chudego to by dopiero w tej Anglii przekręcili. Generalnie chcę pracować, tylko tu można jedynie dorywczo. Czasem kolega, co remonty robi w miasteczku, mnie zabiera do pomocy, to sobie zarobię stówkę albo dwie. Ale większość przepalam. Zestresowany jestem. Wiadomo, w moim wieku powinno się już rodzinę mieć. Ale tu dziewczyn nie ma, przynajmniej dla mnie, bo ja nie chcę pierwszej lepszej. No i nie ma co robić. A jak się zapali, czy za sklepem, czy u kogoś w domu, to od razu lepiej, weselej. Bywało, że paliłem codziennie, długi miałem duże, łącznie ze 2 tys. Posprzedawałem trochę trawki na siłowni. Potem "mocarze" kupowałem w mieście taniej i sprzedawałem o kilka złotych drożej na wsiach. I dług spłaciłem. Ale nie zarobiłem. Matka na mnie narzeka, no ale ona ma dobrze, bo ojciec jej pieniądze z Niemiec przysyła. Mnie czasem stówę da, jak ojciec przyśle. Przyszłość? Teraz to czekam, aż się cieplej zrobi, tobym może na ryby pojechał. I już nie będę palił codziennie, tylko co dwa, trzy dni, bo zdrowia szkoda. Chociaż w telewizji mówili, że marihuana leczy raka. Tak posprzedawać trochę to nie jest jakieś wielkie przestępstwo. A łatwy zarobek. A jak to lek na raka, to tym bardziej, nie?

Bo mam dziecko małe

Kasia, 20 lat, przewozi od roku.
- Nie sprzedaję. Tylko przewożę. Więc nie mów, że jestem dilerką. Kasia ma dwuletnią córkę Nikolę, mieszka z rodzicami i młodszym bratem. Przewozi marihuanę z sąsiedniej wsi, gdzie jest spora plantacja, do miasteczka. - Szybka robota, wsiadam do samochodu rodziców, biorę córeczkę, sadzam do fotelika. Rodzicom mówię, że małą zostawiam u przyjaciółki, a sama idę sprzątać po domach. A ja w tę i z powrotem obrócę w 25 minut. A potem jadę z Nikolą do galerii handlowej. Kupię jej ciuszki, sobie jakieś buty, mamie mówię, że to dostałam od kogoś po starszym dziecku. Jak się oderwie metkę i pogniecie, to nie odróżnisz. Za przewóz raz w tygodniu dostaję 300 zł. Ale nieraz to taki duży worek jak na śmieci mi włożyli do bagażnika, aż się wystraszyłam. Generalnie o nic nie pytam, nie wiem, ile wiozę ani za ile, nie chcę wiedzieć. Tyle że to marihuana, a nie żadne twarde narkotyki. Nikt nie zatrzyma, kto by matkę z dzieckiem podejrzewał, że dragi wozi. Poza tym wszyscy mnie tu znają, mój ojciec jest strażakiem, a mama pielęgniarką.

Kasia skończyła technikum ekonomiczne, chciała iść na studia, ale ojciec dziecka zostawił ją i wyjechał za granicę.
- Nie miałam jak iść do szkoły, nawet zaocznie, ani do pracy, nie miałam pieniędzy. Kolega, co ze szkoły go znam, zapytał, czy nie chcę dorobić, bo w takiej sytuacji jestem trudnej. Powiedziałam, że chcę. Teraz Nikola jest tak duża, że będę mogła coś zaplanować, jeszcze nie wiem co. Ale przewozić nadal będę, tylko może raz na miesiąc, żeby sobie na coś specjalnego dorobić. Ja z narkotykami nie mam nic wspólnego, trawę zapaliłam kilka razy na imprezie, na dyskotece tabsy brałam kilka razy. Rodzice by marihuany nie odróżnili od rumianku, poza tym wszystko jest zapakowane. Jak jadę ze wsi z towarem, to puszczam sygnał Gajowemu i jedziemy za miasto. Nikoli puszczam bajkę z internetu w telefonie, żeby nie patrzyła, a Gajowy bierze towar. Ja odczekuję chwilę, czasem pospaceruję z córą.

Jak matuli zabraknie, zrobię plantację

- Tu się wciąga biletem autobusowym, a nie 100-złotowym banknotem - mówi Piotrek, który wieczory spędza na ławce za sklepem spożywczo-monopolowym. - Grama amfy się dzieli kartą Orlenu, a nie MasterCardem.

- Skąd masz kartę Orlenu?

- To nie moja, znalazłem w nie swojej kieszeni - śmieje się.

- Czyli ukradłeś?

- Można tak powiedzieć, przed świętami nocą weszliśmy z kolegą do takiego bogatszego domu. Kumpel telewizor wyniósł, a ja bałem się tak chodzić po domu, bo właściciele spali. Tylko te ciuchy wziąłem z deski do prasowania w przedpokoju i kurtkę z korytarza. Kilka koszulek sprzedałem, a spodnie i kurtkę zostawiłem dla siebie. W kieszeni była karta Orlenu.

Piotrek ma nisko opuszczone spodnie dresowe, za dużą bluzę z kapturem, wygląda jak mieszanka skejta i dresiarza. Ma 23 lata, skończył technikum samochodowe, ale pracy po szkole nie znalazł. Na wsi co drugi jest mechanikiem samochodowym.

- Pracuję dorywczo na budowach. Ktoś puszcza informację, że szukają chłopaków. Kilku zawsze się zgłasza, ale są tacy, co nie mają pieniędzy, ale mówią, że im się za 7 zł na godzinę nie opłaca. Taka budowa wpada raz na kilka miesięcy i tam z 800 zł można zarobić. Ale głównie żyję z renty matki. Jak po zakupy idę, to reszty matuli nie oddaję, tylko sobie zaskórniaki chowam. Zawsze na palenie się uzbiera.

A popijamy tym, na co się uzbiera pod sklepem. Była nauczycielka albo koleżanka z klasy, albo kościelny zawsze coś rzuci. Kupujemy czasem balsam owocowy, a czasem kulturalnie piwo, wódeczkę. Na co styknie.

Amfetamina to większa impreza, trzeba albo akurat zarobić, albo coś ukraść. Ja kupuję gram amfetaminy raz na dwa tygodnie. A marihuanę z fifki palę prawie codziennie, czasem to dosłownie taki pyłek, paprochy, bo mnie nie stać, żeby codziennie kupić, pół grama tak na trzy dni rozkładam.

Palę, bo już mam dość tych myśli i nerwów. Matka chora, nogę ma cukrzycową. Leki kosztują. Ojca nie widziałem od dziecka, jak go matula wyrzuciła, tak poszedł i nie wrócił. Ja nie mogę do pracy iść do miasta, bo kto się matulą zajmie? Też się stresuję, żeby nas tu nikt nie okradł. Głośniki mam dobre. Kradzione, ale dałem za nie 60 zł. Jakby kto je podpieprzył, to nie wiem, co bym zrobił. I tak się martwię i palę. I też żeby wesoło było, palę.

Piotrek mieszka w domu po dziadkach, za domem jest mała szklarnia z pomidorami. - Próbowałem raz zasadzić marihuanę, ale chyba za dużo wody nalałem. Taki żem ogrodnik. Może jak matuli zabraknie, to tu plantację zrobię, tylko jakiś podręcznik do ogrodnictwa muszę znaleźć.

Rano "buszka" wezmę i zleci

Rafał 19 lat, bezrobotny, brat pracownika urzędu miasta, członka ochotniczej straży pożarnej: - Brat mnie zmusił, żebym porozmawiał. Mówi, że ci, co przeczytają, to się dwa razy zastanowią, zanim wezmą, i że coś sensownego zrobię pierwszy raz w życiu. Łatwo mu mówić: ma pracę, żonę, dwójkę dzieci. Dobrze się uczyłem jeszcze w gimnazjum, a potem już jak zapaliłem, to mi się nie chciało. Palić zacząłem w liceum, mieszkałem w internacie. Wywalili mnie z niego za złe zachowanie. To wróciłem do rodziców. Palenie kupowałem wtedy jeszcze w mieście, bo tam lepsze. Tu marihuanę majerankiem czuć - śmieje się. - Ale przywykłem. Chciałem być jakimś archeologiem, inżynierem, różne miałem pomysły, ale poznałem kumpli ze starszych klas. I przestało mi zależeć na wszystkim, jakby się cały świat oddalił ode mnie. W domu marihuanę na biurku, na widoku kładłem, matka pytała "co to?", a ja, że nic. Ona by nawet nie zauważyła, gdybym przy niej palił, nie wiem, czy udaje, że nie widzi, czy co. Jej sprawa. Brat wie, to mnie goni. Zdałem maturę. Ale już wiedziałem, że edukacja się nie opłaca. Palę prawie codziennie, pieniądze czasem podbieram, czasem na krechę, czasem coś sprzedam: hormony dla tych z siłowni albo tanie fajki z przemytu.

Nie robię nic złego, tylko sobie palę, to mnie luzuje, relaksuje, wszystko jest dobrze, nie biorę żadnych dopalaczy czy amfetaminy. Kiedyś byłem bardzo wrażliwy, wszystko przeżywałem, każdą uwagę. Teraz rano "buszka" wezmę, telewizję włączę, do kumpli pójdę, z nimi zapalę i tak dzień zleci. Co dalej? Dalej, czyli gdzie? Matka mnie przecież nie wywali z domu, może znajdę jakąś pracę, ale mogę mieszkać z rodzicami, dla mnie jest OK. Zresztą ile ja bym tu zarobił? Mogłem iść na stację benzynową, tobym tam ledwo 1200 zł zarobił na początku, na co to mi starczy? Za psie grosze pracować?

Nie ma, nie ma, wypad!

Królik ma 28 lat, sprzedaje amfetaminę. Co chwila patrzy w okno, wstaje, siada, i tak w kółko. Siedzimy po ciemku. Dookoła domu zaczynają pojawiać się ludzie. Niektórzy krążą rowerami, inni postoją chwilę, zapalają papierosa i znikają, po kilkunastu minutach pojawiają się znowu. Czasem podjedzie jakiś samochód, zatrzyma się, nie gasząc silnika, i odjeżdża.

- Czekają, aż wyjdę? - pytam.

- No wiesz, jest sobota wieczór - odpowiada Królik.

- Przychodzą, o której chcą?

- Kiedyś potrafili zadzwonić nawet o 1 w nocy. Teraz mówię im, że pracuję do 20. Robię w tym od sześciu lat - na początku dostajesz kilka gram na próbę i szukasz klientów, tworzysz swój rynek zbytu. A po kilku latach całą energię wkładasz w to, żeby ograniczyć swój rynek zbytu. Żeby kontrolować sytuację. Kilkunastoletnim ćpunom mówię: "Nie ma, nie ma, wypad!". A jak ktoś zadzwoni i powie, że chce 2 gramy, to mówię, że pomyłka. I mu nigdy nie sprzedam. Numery telefonu zmieniam kilka razy w miesiącu - śmieje się Królik.

- Nie boisz się, że sąsiedzi się zorientują?

- A kto mnie podpieprzy? Kawka, co drewno kradnie z lasu? Pędraki, co kradną złom i rozbierają linie telefoniczne? Czy Wujek, co papierosy szmugluje na przejściu granicznym i zawiasy ma? Czy Wojtasiki, co na rabunek chodzą do własnych sąsiadów?

- Ilu masz klientów dziennie?

- Ilu chcę. Mogę mieć 30, mogę mieć 5, a mogę nie mieć żadnego.

- A zarabiasz?

- Ile chcę, mogę 2 tysiące, a mogę 10 tysięcy, a mogę 100 zł. Kiedyś chciałem jak najwięcej, lekką ręką wydawałem 2 tysiące w miesiącu na ubrania. Z kolegami żeśmy na obiad nad morze pojechali, bo nam się świeżej rybki zachciało. Whisky piliśmy na śniadanie. Noc w czterogwiazdkowym hotelu spędzaliśmy, bo nam się nie chciało na wieś wracać. Coś z tą kasą trzeba robić, samochodu nie kupię, bo się zorientują, domu nie wyremontuję, bo podpatrzą - i co powiem? Że skąd mam? Więc się przepierdala hajs, wynajmuje się kierowcę i pije po knajpach w mieście, a on wozi z miejsca w miejsce całą noc, a rano odwozi do domu.

- Skończyłeś jakąś szkołę?

- Liceum, i to całkiem dobre, w mieście. Wtedy mi się uczyć chciało. Inżynierem chciałem być. Ale raz się nie dostałem. Rok w domu siedziałem. Pieniędzy nie miałem, więc kumpli, co rozprowadzali, zapytałem, czy na jakiś czas bym się nie mógł przyłączyć. I tak zostało. Wyremontowałem przybudówkę obok domu rodziców, podciągnąłem wodę, prąd i mieszkam tu sobie sam.

- Rodzice wiedzą, że jesteś dilerem?

- Nic nie wiedzą. Ojciec się tylko pyta, czemu tak często telefony zmieniam. To pokolenie po sześćdziesiątce w ogóle nic nie wie. W głowie im się nie mieści, że na wsi narkotyki się bierze.

- Dziewczynę masz?

- Nie. Miałem kilka, ale na wsi dziewczyny to materialistki, od razu by ślubu chciały i dzieci, i wszystko. Ja teraz nie chcę rodziny zakładać i narażać kogoś. W przyszłości tobym chciał mieć jakąś legalną pracę, może kierowcą być? I wtedy bym sprzedawał tak na boku, hobbystycznie, żeby do pensji dorobić.

- Znasz uzależnionych od amfetaminy?

- No jest tu kilku takich. Przychodzą, glut im zwisa z nosa, nerwowi, wychudzeni. Ale ja takim już nie otwieram, bo wiadomo, za grama by cię taki sprzedał. Reszta bierze, bo lubi brać. Zresztą nie tak prosto stwierdzić, kto jest ćpun. Tu nigdy nikogo na odwyk narkotykowy nie wzięli. Tu ćpuny są inne. Przeważnie zanim zaczną brać amfetaminę, to wyglądają już chujowo od taniego jabola. Słabe ludzie to są.

- A ty wciągasz swój towar?

- Nie. Palę jointy, bo ich nie sprzedaję. Ale kombinuję dobry towar do palenia, a nie jakąś tutejszą padakę. Mam tu wyłączność na amfetaminę, inni mają wyłączność na marihuanę. Każdy ma swój zasięg. Do mnie to przyjeżdżają nawet z powiatu obok, bo ja jestem pewniak. A wiem, że ci, co krzaki sadzą, nawet na stolicę towar puszczali. Marihuanę rozprowadzają łebki głównie, amfetamina to co innego, przynajmniej na takich wiochach jak ta. Ja łebków nie mam, klienci do mnie przychodzą, a jeśli nie są stąd, to się umawiamy w jakimś lesie. Samochodem podjeżdżamy i w kilka sekund zrobione.

- Nie boisz się, że policja się zorientuje? Przecież niektórzy mieszkają niedaleko.

- Z niektórymi to ja nawet do szkoły chodziłem. Ale nie umiem rozgryźć, jak oni działają. Ostatnio kumpel na dołku siedział za pół grama i pies do niego mówi: "ty myślisz, że my nie wiemy, ile wy sprzedajecie?". Wiedzą, ale nie mają dowodu. Mają na nas już nakazy wypełnione, tylko na telefon czekają, żeby pieczątkę przybić i po nas jechać. Gra polega na tym, żeby nie mieli dowodu, bo po nazwiskach nas wszystkich znają. Dlatego nic w domu się nie trzyma, bo się tu zdarzyło, że bez nakazu weszli. Wiedzieli, że coś znajdą, i papier z nakazem załatwiali po fakcie. Ale dlaczego do jednych jadą, a do innych nie? Nieraz się w nocy budzę i myślę, papierosa od papierosa zapalam i się zastanawiam, co mogą wiedzieć i od kogo.

- Wiesz, jak daleko sięga siatka, której jesteś częścią?

- Wolę nie wiedzieć. Im mniej wiem, tym lepiej. Ci, co wiedzieli za dużo, dostali mołotowa przez okno. Albo im ręce i nogi połamali i całymi rodzinami uciekali za granicę i o tej ziemi musieli zapomnieć.

Tatuaż z matką

Wujek ma 32 lata. Nosi markowe dresy, jeździ bmw. - Dilerem - jak to nazywasz - zostałem, bo tak wyszło. Po prostu po wyjściu z bidula dołączyłem do kolegów z elity, zacząłem handlować na poważnie, jak oni. Wybrali mnie, a im się nie odmawia, bo to zaszczyt dla takiego gnoja. Zresztą co innego w bidulu robić? Wychowawcy i tak żadnej roboty nie załatwią.

Najpierw trenowali mnie, byłem na posyłki. Po papierosy latałem, potem pierwsze samary nosiłem. To byli ludzie, jakich dziś nie ma. Jak rodzina, lepiej nawet, lojalność po grób. W bidulu zająłem ich miejsce i do latania brałem następnych, co sprytniejszych, twardych, co jak przysięgną, to nigdy nie oszukają "swojego". I teraz ja decyduję za młodziaków - to prawda.

Na mecze chodziłem już wcześniej, na żylecie stać to dla takiego chłopaka jak ja duma, siła, jedność z ziomkami. Tam się wyżywałem, biłem, mordę darłem. Dziś już mnie nie kręci, chodzę, bo to tradycja, i dla tych wszystkich dzieciaków wkurwionych. Ja jestem taki, co im daje plecy. Jesteśmy silni, dopóki jesteśmy za sobą.

Matkę ostatni raz widziałem, jak miałem 12 lat, w domu jeszcze. O, to ona, jak była młoda - pokazuje tatuaż na ramieniu z podobizną młodej kobiety - to ze zdjęcia zrobione. Trafiła na detoks, jak już byłem w bidulu, potem urodziła mojego braciaka. Odebrali jej młodego, w tym samym bidulu żeśmy byli. Ojca nie znam, braciak też swojego starego nie zna. Przez jakiś czas przychodziła babcia do nas, mówiła, że mamie pęka serce, już całkiem się w tym piciu zatraciła i że chyba umarłaby, gdyby miała do bidula przyjść nas oglądać. To mówiłem, żeby mama nie przychodziła, bo jeszcze jej się pogorszy. Podobno brała jakieś lewe dragi i jej odpierdoliło, powiesiła się, babcia ją w stodole odcięła. Podobno mam gdzieś przyrodniego brata po ojcu. Chciałem go szukać, ale nie wiedziałam jak ani gdzie. Jestem starszym bratem, ale chciałem mieć swojego starszego brata - śmieje się.

Na początku, jak wyszedłem z bidula, to się zachłysnąłem, chciałem być królem, pieniądze przepierdalałem, ubrania, samochód, kolegom stawiałem i dziwkom za majtki setki wsadzałem, co tu dużo gadać.

Teraz to mnie już niewiele bawi. Przestałem wydawać kasę, już mi się nie chce tak ryzykować, odkładam trochę dla brata, jak wyjdzie z bidula. Chciałbym, żeby inaczej żył, ale chyba nic z tego, słyszałem, że popala . Wolałbym, żeby handlował, niż brał. Bo jak handlujesz, to nie bierzesz.

Ja sprzedaję amfetaminę i marihuanę, a jak ktoś chce, sprowadzam coś ekstra, tabletki gwałtu albo kokainę. Zarabiam dobrze, obracam dużymi sumami, kupuję na krechę, potem sprzedaję i oddaję, są szanse, że rynek się rozwinie - więcej nie powiem.

Łebków jest kilku, noszą marihuanę, a na drugim boku mam takich, co amfetaminę biorą w większej ilości, hurtowej. Ja jestem taki średni, ale poważny biznesmen, i takich jak ja jest tu wielu, przekazujemy sobie towar i tyle. To jest biznes jak każdy inny.

Ale przychodzi czas, że trzeba to jakoś ułożyć sensownie, bo inaczej się wpadnie. Tylko że jak dziewczyny dobrej nie znajdziesz, to się z tego nie wyjdzie, tylko dobroć zmienia serce.

Nerwowy jestem, bo od miesiąca nie piję, bo już mnie czasem telepało od butelki. Jadę na jakichś lekach na uspokojenie.

Teraz nie mam żadnej dziewczyny. Ale kochałem bardzo, rodzinę chciałem zakładać, już jej mówiłem, że te dragi ukrócę, bo jej się to bardzo nie podobało, już alko ograniczałem, bo mówiła, że ja alkoholik i że się mnie boi. Pół roku razem byliśmy. A niedawno dziecko urodziła takiemu ćpunowi, w pierdlu wylądował i ona została sama z tym dzieckiem. Rozumiesz - sprzedawanie się jej nie podobało, a za ćpunem poszła! Sentymentalny jestem, jeszcze mi za nią żal.

Planów nie mam, co ja mogę chcieć: żeby mi mety psy nie zwąchały? Ja jestem kucharz po zawodowej szkole, ale w zawodzie to ja siebie nie widzę. Kucharze w moim wieku to już mają doświadczenie zawodowe, jakieś bary czy tam hotele, to gdzie ja do nich.

Za duże ryzyko

Policjant, brał udział w "nalotach" na plantacje marihuany: - W małych miejscowościach w powiecie wszyscy przeważnie wiedzą, kto hoduje i kto handluje. Ale ludzie boją się mówić. Żeby zebrać zespół i wejść na chatę - jak to się mówi - trzeba mieć nakaz. Żeby mieć nakaz, trzeba mieć przynajmniej dwóch świadków, i to wiarygodnych, którzy powiedzą, co, gdzie i kiedy widzieli. Ewentualnie od kogo słyszeli. A jeśli domniemanego podejrzanego się nie przyłapie, nie znajdzie się towaru w domu, to ktoś może pozwać świadka za oczernianie. Więc to duże ryzyko dla ludzi, za duże.

Biorę udział w "nalotach", wchodzimy dużą grupą, nie mogę zdradzić szczegółów. Może na pierwszych akcjach się bałem, teraz już nie. Poza tym nie widzą mojej twarzy, bo jestem w kominiarce i w kasku, mam broń. W takich działaniach bierze udział cały zespół. Gdybyśmy się ich bali, nie moglibyśmy pracować. Chociaż nie powiem, czasem mi do głowy przychodzi, że kiedyś się "przydepnie" ważniejszych. Albo że w szafie ktoś chowa bejsbola, a może i broń. A ja mam rodzinę.

W każdym zawodzie jest ciemna strona, w moim to jest bezsilność. Bezsilność czuję często, może dlatego, że jestem młody, koledzy starsi mniej się przejmują. Procedury są nieubłagane, ja wiem, handlarz wie, a przez miesiące, czasem lata nic nie da się zrobić, bo nie ma dowodów. Bo co ja mogę? Jeśli miałbym wykonać prowokację i kupić amfetaminę, to jestem przestępcą, na każdy ruch muszę mieć papier, nakaz.

Ale w małych miejscowościach można się natknąć jedynie na małych handlarzy. Przeważnie wszyscy udają głupa, że nie wiedzieli, co im w ogródku rośnie. A z tyłu matka takiego "olaboga" zawodzi. To nie są grube ryby, to raczej średnio rozgarnięci ludzie, którzy coś próbowali na własną rękę zacwaniakować. Tutaj to w ogóle mało niebezpiecznych ludzi spotykam. Więcej jest wystraszonych.

Kto bierze? Na wsi więcej

"W województwie X prawie połowa uczniów i osób młodych (do 25. roku życia) miała styczność z narkotykami, głównie marihuaną. Około 35 proc. młodych osób łączy marihuanę z alkoholem, 85 proc. stwierdziło, że spróbowało dopalaczy raz lub dwa. Ogólny procent osób, które w miarę regularnie stosują dopalacze, wynosi 26 proc. dla młodych osób ze wsi i 16 - dla miast. Najbardziej rozpowszechnionymi narkotykami są: marihuana, amfetamina, i dopalacze". (Monitorowanie problemów narkotykowych w województwie X - raport eksperta wojewódzkiego).

Oceń treść:

Average: 1.2 (5 votes)

Komentarze

Cheater (niezweryfikowany)

Nie wiem co autorka pali za dopalacze, ale srogo ją poczesało, skoro takie głupoty nawymyślała.

Qwerty (niezweryfikowany)

Stek bzdur i głupot, ale patrzę na źródło wyborcza.pl ok

Spaniały Polski... (niezweryfikowany)

Co to za głupoty?

zryty czerep (niezweryfikowany)

Srogo pokaralo autorkę tekstu, nie wiem co bierze ale skutków tego już nie da się naprawić.

Czlowiekzewsi (niezweryfikowany)

W sumie trochę racja, w mojej wsi to ludzie z mniej więcej tego samego rocznika {+/- 5 lat) to wszyscy cpali

Zajawki z NeuroGroove
  • 1P-LSD
  • Tripraport

Nie oczekiwałem, że zadziała co było zgubne ale o tym niżej. Ludzie w pewnym momencie po prostu popchneli mnie w złe myślenie.

Zacznę o tego co było w tym przypadku zlekceważeniem, mianowicie blottery wróciły do mnie po 3 miesiącach. Dałem je znajomemu ale nie miał okazji ani chęci na tripa więc zwrócił mi je z myślą "żeby się nie zmarnowały". Niestety wcześniej przeczytałem na jednym z podobnych forum, że listki po trzech miesiącach tracą wartość a te które miałem były w " Moim" posiadaniu ponad 4 miechy (z leżakowaniem u koleżki licząc). Z tą myślą bez zastanawienia załadowałem 1 listek...  

  • Ketony
  • Uzależnienie

Kiedyś modliłam się, by go wziąć, a teraz modlę się, by tego nie zrobić..

POCZĄTEK

To było jakoś w styczniu 2017 roku. Pamiętam absurdalnie małe ścieżki brane w długich odstępach czasu i niewyobrażalną moc... Siła do pracy, chęć rozmowy z ludźmi, sensowne wypowiedzi i brak zwały rano. Cud miód! Jakoś po pół roku sorty trafiały mi się coraz gorsze. Tylko łeb bolał i spać się nie dało. Za to zejście to była kilkugodzinna walka z myślami samobójczymi... Na jakiś czas odstawiłam ten specyfik i testowałam inne, ale on się na mnie czaił i czekał aż mu ulegnę.

ŚLEPA FASCYNACJA

  • 4-HO-MET
  • Pierwszy raz

Słoneczny dzień nad morzem, nastawienie pozytywne, chęć spróbowania nowej substancji

Hometową podróż planowałam już od dawna. W końcu, gdy warunki pogodowe zaczęły sprzyjać (mam na myśli słońce) postanowiłam zamówić z przyjaciółką ''Z.'' wizytę proroka. Paczka przyszła bardzo szybko, podekscytowane  faktem zbliżającej się podróży ustaliłyśmy jak najszybciej termin. Jako że był to pierwszy raz z tryptaminami zabrałyśmy ze sobą ''opiekunkę'' , która będzie nazywała się ''S.''. Dołączyła do nas jeszcze jedna osoba, ''K.'' , która jednak zrezygnowała z tripowania i była obecna jako towarzysz. A więc do rzeczy. 

  • Inhalanty

Substancja: Gaz Ronson (Propan Butan)


Doswiadczenie: Marihuana, Hasz, Klej, Benzdydamina, DXM, Ronson.


Dawka: 300ml (+free)


"set and setting": Park, polana


Stan umyslu: Niepokój


Efekty: Halucynacje, zamotanie.