Perspektywa post mortem

Dział poświęcony wpływowi substancji psychoaktywnych na działalność człowieka.

Moderator: Wszyscy moderatorzy

Posty: 4 Strona 1 z 1
Rejestracja: 2017
  • 162 / 36 / 0


Czy zastanawialiscie sie kiedys , ze ten raz moze byc Waszym ostatnim ?
Ja ostatnio zwizualizowalem sobie taka scenerie lezac na dywanie - jak by to bylo gdybym zarzucajac X umarl ?

A wiec tak , nie zyje :trucizna: Ile czasu zajeloby ludziom zorientowanie sie o tym ? Dzien , dwa , trzy ... ? Moze musialbym zaczac juz gnic , zeby ktos zwrocil uwage ?
Pukanie do pokoju . Cisza . Ponowne . Raczej juz nie odpowiem . Postanowiono wejsc do srodka
Drzwi do pokoju uchylaja sie ... i szturchaja o moje zwloki . Ktos krzyczy w przerazeniu . Uspokaja sie po jakims czasie i zglasza na policje . Przyjezdza sledczy , zawijaja mnie w worek , badaja pokoj .
Buszuja w moich nienagannie ulozonych szafkach i znajduja kuferek pelen dragow . Aha ! Wiec sie wykoleil narkoman jeden . Potem telefon do (?) kogo , z rodzina nie utrzymuje kontaktow . Formalnosci , pogrzeb , podzial mojego ziemskiego dobytku .

Nie taka prosta sprawa umrzec .
Ot cwiczenie umyslu , fraszka , nie zebym o tym marzyl .
Rejestracja: 2014
  • 1702 / 369 / 0


Dotknę po drodze kilku innych rzeczy, ale liczę się z tym, że osoby zaczynające taki temat to nie osoby typu tl;dr.

“If you awaken from this illusion and you understand that black implies white, self implies other, life implies death (or shall I say death implies life?), you can feel yourself – not as a stranger in the world, not as something here unprobational, not as something that has arrived here by fluke - but you can begin to feel your own existence as absolutely fundamental.” - A. Watts (polecam, wykłady na YT i książka w ENG niestety tylko... "Droga Zen" (i nie istnieje ogarnięta wersja MOBI, muszę PDFy wolno wałkować, jak ktoś ma - mi ABBYY i inne OCRy brzydk przerabiają - pokłonię się, via PW/mail czyli nick na gmailu - najprościej) ma polskie wydanie, ale "Taboo Against Knowing Who You Are" już nie.)

Nie jest to proste, teoretycznie ludzie z działu fentanyl (w tym w sumie i ja) powiedzą Ci, że zarzucając dawkę nigdy nie mają pewności (szczególnie, gdy wyliczają sobie że chcą do odcinki, a skurwiel działa po 5 minutach minimum od podania wszystkiego... tu można jeszcze dostrzelić i zatrzymać się - podobno pewien ćpun to zrobił, tak mówi legenda ;-) - ja niestety widząc czerwień lecę do oporu, natomiast gorzej jak robisz wtaraka z np. dwóch plastrów i masz tam... właśnie, ile? Wtedy już nawet ja ze swoimi drama-żyłami się zatrzymam i odczekam z igłą w kablu, uważając, by nie upaść w sposób umożliwiający dostrzyknięcie reszty nieświadomie) czy przeżyją; gdy podajesz coś z działaniem natychmiast, np. morfinę, to idzie wyczuć czy "to tak ma być" czy "hej, coś jest kurwa nie tak" - tylko problem polega na tym, że człowiek, by to wyczuć, musi poznać oba stany. Nie z filmów i nie na znajomym. Każdy ma też swoje pewne osobnicze objawy; niektórzy twierdzą, że jest srogo jak na morfinie serce przyśpiesza i stajesz się Indianinem - a ja zapytam, czy przy dobrej dawce nie powinno wręcz tak być? :) U mnie jest srogo na morfinie na przykład wtedy, gdy "odcina" mi wzrok w podobny sposób jak przy zaawansowanej hipoglikemii. Specyficzne cierpnięcie podniebienia, smak w ustach... Dla kogoś to będzie za dużo, dla mnie to właśnie idealnie wymierzony strzał. Oblanie wrzątkiem przy histaminie w pełni gotowej, nie np. styranej DHC, jaki to błąd zrobiłam mając ostatnie szkiełka i przeplatając DHC właśnie... / OT

W związku ze swoim uzależnieniem przez 80% czasu, może nawet więcej, brałam kombinacje z grupy "ABSOLUTNIE NIE ŁĄCZYĆ" jednak synergiczne, wzmacniające się w nieprzewidywalny dość sposób, ale po paru latach poznałam je na tyle dobrze, że mogłam powiedzieć - mogę wziąć tyle i tyle, a jak chcę mocniej to tyle i tyle i ryzyko jest tu MINIMALNE, co nie oznacza, że go nie ma.
I tak zaliczyłam kilka "rozpierdoli" i nieplanowanych rzeczy, jak chyba każdy tutaj, nie wiem tylko czy skalę mogę porównać.

Wiesz, ja mam generalnie "swoje" podejście do śmierci. Widziałam tych śmierci dużo. Często bardzo bliskich mi osób, ale w żadnej z bliskich mi osób na szczęście nie miałam nawet najmniejszego udziału pojmowanego jako "pokazanie czegoś", "namówienie" itp, itd. Jakieś 40% moich kontaktów z telefonu nie żyje, ale nie jestem w stanie ich usunąć. I często przypominają mi się jak spojrzę, na przykład, przy monitorze trzymam list od pewnego nieżyjącego usera [h] z działu opio o bardzo wymownym nicku którego śmierć jako pierwsza dotknęła mnie personalnie, mimo, że to "tylko ludek z internetu i tylko ćpun".

Najbliżej tego tematu jest chyba mój umysł, "mój" umysł podczas sesji zazen, ale takich dłuższych. Wtedy pewne sprawy zmieniają istotność, co jest o tyle zabawne, że w końcu o niczym nie myślisz. Ale powiem Ci "nie myśl o niczym" to wiesz, co się zacznie dziać...
"Nie myśl o różowym słoniu". ;)

Ot, tak działamy. Wiem po sobie, że nawet ktoś zdecydowany na samobója i znajdujący się w chujowej sytuacji, w ostatniej chwili poczuje zwierzęcy strach, kombinację czegoś tak "przebudzającego" z letargu - nieważne, po czym by był i po jakich dzikich miksach, to nie poradnik jak się zabić - nasze ciało przed śmiercią wyrzuca z siebie olbrzymie ilości energii, nie pojmuję tego jakoś kosmicznie ani czakrowato, po prostu energii. Może być w samej dupie, zdecydowany maksymalnie, podając sobie miks po którym nie powinien według wszelkich prawideł przeżyć. Gdy do mózgu "dolecą" pewne rzeczy, stajemy się zwierzętami... Jak to w sytuacji ekstremalnej, nie tylko tej. Piszę "stajemy się", choć nimi jesteśmy - co widać nie tylko na wyprzedażach w Biedronce ;-) - ale wielu ludzi nie umie postawić równości między "ja" = "zwierzę". Po usocjalnieniu, ale zwierzę. Oswojone - lub nie, socjopatia - ale zwierzę. Pod krawatem w korpo, ale z gołą klatą zwierzę.
A samobój impulsywny, ale nie skok na atencję, a samobój zaplanowany, to teoretycznie dwie różne rzeczy. Jednak ten strach dopada najprawdopodobniej w przypadku obu z nich.
Przy samej śmierci też jest skok i nie chodzi mi o słynne 21 gramów które chyba okazało się mitem, czy w końcu nie?

Miałam "nie"przyjemność być po drugiej stronie przez ponad 95 sekund. Nie pamiętam ile dokładniej, musiałabym wyjąć papier, ponad 95, 97-98 około. Moja matka była o wiele dłużej, nie chcę pisać tu ile by nie być posądzoną o kłamstwo, ale tak było; nastawiano się już na to, że będzie "warzywem" jeśli będzie w ogóle, to było "przede" mną. Był pewien młody lekarz piszący pracę nt. punktów stycznych osób po śmierci klinicznej i była dla niego cennym materiałem. Wrażenie wciągania, widok z góry - to się u nas zgodziło. Możliwe, że jakieś elementy "religijne" kreuje umysł wychowany w kodzie kulturowym, u mnie elementów religijnych brak, jedynie odczucia jak fizyczne+psychiczne+jeszcze coś więcej, a to widzenie z góry... Raczej nie widzenie tunelowe, bo wskazała osoby asystujące przy jej ratowaniu ze skutecznością 95% i to tylko dlatego, że jedna pani doktor miała bliźniaczkę pracującą na innym oddziale. Nie wiem, czy się z tym spotkaliscie, ale osoby umierające w szpitalu często widzą "małe dziewczynki przy łóżku" - i nie tylko w szpitalu, babka znajomego również o nich mówiła... Na dwa, jeden dzień przed śmiercią. O ile w przypadku mojego ojca nie mogę być pewna, czy to nie halucynacja niszczonego chorobą mózgu i to w zastraszającym tempie, choć raczej przestawał poznawać osoby i przedmioty, niż halucynował w potocznym tego słowa znaczeniu; o tyle w przypadku tamtej babki jeżyło to skórę na... wszystkim. W szpitalu posądzałabym, że osoba chora nie rozpoznaje np. młodej pielęgniarki i bierze ją za dziewczynkę. Ale dziewczynki, młode, w sukienkach w kółku? WTF?

Niektórzy, którzy praktykują OOBE/rzeczy w tym stylu, też donoszą o... no już nie chcę pisać o srebrnej linie. ;) Ale ta zmiana perspektywy jest charakterystyczna. Zmienia się wtedy myślenie, normalnie coś takiego by wystraszyło człowieka albo poczułby się uwięziony w koszmarze. Wtedy patrzy się na własne ciało z mieszaniną konsternacji - ale co oni mi robią? Przecież wszystko jest okej? To coś podobnego do utraty ego, ale jeszcze nie to. Nie wiem, wymyka mi się słowom, a kwas jestem w stanie opisać dość dobrze.

Gdy za trzecim-czwartym razem zaskoczyłam, to poczułam wściekłość, że jestem przywoływana; nie było żadnego dziadka z brodą, ale jedno mam wspólne z osobami które doświadczyły śmierci, wypłaszczenia EKG na więcej niż minutę, śmierci klinicznej, zwał jak zwał - wrażenie gwałtownego wciągania do ciała i wściekłość, niczym nieuzasadnioną wściekłość (nawet ew. podaniem adrenaliny) za bycie zabranym z... no właśnie, skąd?

Gdy ktoś mnie pyta, a nie jestem mistrzem zen by słyszeć podobne pytania codziennie; więc gdy ktoś się zdobędzie na taką głębszą rozmowę, lubię odpowiadać: "stamtąd, gdzie wszyscy byliśmy przed porodem". Prymityw odpowie na to: W MACICY?! :korposzczur: A prymityw nieznający anatomii: "to w piździe i chuju???" :psycho:

Z reguły zamyka usta na jakiś czas i skłania do pytań.

M.in. z powodu podejścia do śmierci niezwykle cenię sobie filozofię buddyzmu, zen wydaje mi się najlogiczniejszy jako system filozofii (nie religia), tybetański to buddyzm opakowany w kulturowe opakowanie; nieprzywiązywanie się, co jest szczególnie ironiczne z ust ćpuna - ale wiem, co jest moimi okowami. Większość Kowalskich nie wie, co jest ich okowami ciężkimi na równi z moimi. A medytacja pozwala na coś, co tutaj nazywane jest wglądem w siebie i z reguły pada w jednym zdaniu ze stwierdzeniem "300ug kwasu". ;-)

Ale wielokrotnie wyobrażałam sobie, śniłam, fantazjowałam do pewnego stopnia, tak.
To, że odejdę permanentnie jako ja, jako kobieta o danym charakterze, imieniu i powiązaniach rodzinnych, że odejdę bez "śladu", daje mi pewnego rodzaju... spokój.

Nie chodzi nawet o to, że nieważne jak spierdolę i za dwa pokolenia czy jedno nikt tego nie będzie pamiętał. ;-) Nie wiem, kiedyś (jako dziecko na rękach umarł mi dziadek) panicznie bałam się śmierci i nawet śmierć chomika wybijała mnie z równowagi bardzo dramatycznie. Dziadek umarł jakoś za czasów afer "łowców skór" w Łodzi i nie wszystko było do końca dobrze, wtedy jako szczeniak wmawiałam sobie że to reakcja obronna umysłu z tym "coś mi tu nie gra" - a co ma, kurwa, grać, odszedł ktoś kogo kochałam, i że rodzina szuka na siłę niedopowiedzeń. Jak dojrzałam i przejrzałam te papiery, to faktycznie nie mają ładu i składu. A, oczywiście złoty zegarek zapierdolono. Ot. Wyparował.

Potem na rękach umarł mi kolega, potem - będąc czystą, o ironio, trzy tygodnie już - prawie umarłam ja i to było moje najbliższe bycie przy śmierci w stanie praktycznym (bo ryzyka sepsy przy zaniedbanym stanie na łapce nie liczę, mówię o faktycznej śmierci i wpierdolu w serce w karetce oraz innych rzeczach) jako "ja" vs płaska linia, nie było to przerażające doświadczenie, było pełne spokoju i tylko żalu, że nie zdążyłam może parunastu rzeczy zrobić, a setki pewnie powiedzieć. Czy po "respawnie" zrobiłam te rzeczy? Nie wszystkie, ale wiele z nich tak.

To parę zdań z perspektywy osoby, która stara się znaleźć codziennie chociaż godzinę na zazen/medytację/zwał jak zwał, najlepiej w stanie niezakłóconym żadnymi substancjami.
Bardzo liczę, że w tych wątkach wypowiedzą się @kubako (znam Cię z W., gdzie mam permbana bo moderacja jest pierdolnięta, a już raz mi go anulowali ticketem, to na drugi dzień inna osoba mi dała - nie podejmowałam żadnej akcji w serwisie; widzę, że jesteś tam w temacie NG i hajpa... czy masz tu konto, pewna nie jestem ale... hmm... do tego wątku wejdziesz.) / @trydzyk (jak nie tak nick, to wpierdol dla mnie), ot, interesuje mnie to niezmiernie i to nie ironia...

"Niektórzy twierdzą, że MDMA uratowało im życie". Żyjemy w epoce renesansu psychodelików

Rozmowa z Maciejem Lorencem, autorem książki "Czy psychodeliki uratują świat?", który na potrzeby swojej publikacji przeprowadził szereg rozmów z neuronaukowcami, zajmującymi się tą grupą substancji w swojej pracy.

Nerd z niemieckiej prowincji chce być Escobarem

Albo Steve'em Jobsem. Sam nie wie, ale w międzyczasie otwiera internetowy sklep z narkotykami i zarabia na nim krocie. Netflix opowiada inspirowaną prawdziwymi zdarzeniami historię narkotykowego barona z przypadku.
Rejestracja: 2017
  • 1545 / 178 / 0


Raczej pod mostem,
polecam.

Czasem się tam idę wysrać.
Rejestracja: 2019
  • 91 / 6 / 0


@OdwiertKorzenny Trochę źle przeczytałeś, "post mortem" a nie "pod mostem" ;)

Nie cytujemy posta bezpośrednio nad swoim. taurinnn
Posty: 4 Strona 1 z 1
Wróć do „Substancje psychoaktywne a człowiek”
Na czacie siedzi 56 uczestników Wejdź na czata

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości