Choroba afektywna dwubiegunowa - wątek ogólny

Dział, w którym omawiane są konkretne kondycje, oraz ich wpływ na i współzależności z efektami środków psychoaktywnych.

Moderator: Zdrowie

Posty: 134 Strona 12 z 14
Rejestracja: 2017
  • 277 / 49 / 0


18 sierpnia 2019starysteve pisze:

Lit mnie kiedyś zniszczył i nigdy więcej,
Co masz na myśli? W jaki sposób?
Rejestracja: 2014
  • 3952 / 705 / 2


Mikrodosing litu to nie to samo co ładowanie dawek terapeutycznych

Organizatorzy imprez opisują najdziwniejsze sposoby szmuglowania na nie narkotyków

Jeśli jest jakaś zasada, która nagminnie łamana jest we wszystkich klubach, barach i na festiwalach muzycznych, z pewnością będzie nią ta dotycząca narkotyków i zakazu i ich wnoszenia...

Zamiast pieczarek rosły konopie, z których można by uzyskać 384 kg marihuany

Policjanci z CBŚP zlikwidowali plantację konopi indyjskich, zabezpieczając przy tym 1280 krzaków.
Rejestracja: 2019
Użytkownik nieaktywny
  • 93 / 10 / 0


Chciałbym zauważyć jako syn chadowca, że fakt bycia w manii dla was jest super a dla rodziny jest gorszy od depresji. Mój stary wydał w tydzień całą pensję na elektronikę i ubrania. Dodam iż jest zajebiscie mądry i dobrze wykształcony więc zawsze kiedy ma manie zaczyna pisać podania do najlepszych uczelni na swiecie. Wiem, że to oczywiste ale widzę tu wiele postów zachwalajacych stan manii.
Rejestracja: 2016
  • 2770 / 614 / 0


To autentyczny fakt, o ile da się wytrzymać użalactwo osoby w depresji, o tyle wybuchy i wydawanie kasy i bycie wszędzie na świeczniku ze swoim gadulstwem, jest bardzo wkurwiające dla rodziny, ciężko to pojąć, ten poziom natrętnej stymulacji, a potem dla samego pacjenta zaczyna się robić źle, drażliwie i megalomaniacko. Kieruje się wtedy o pomoc, jak już wszystkich odepchnie od siebie.
Rejestracja: 2019
Użytkownik nieaktywny
  • 93 / 10 / 0


Na szczęście chad mojego ojca jest w.miarę łagodny. Ostatnia mania jakieś 4 lata temu niestety wpadł wtedy w ciąg na bezno. Chcialbym namówić go na suplementacje i diete keto bo podobno pomaga. Stosował to ktoś z was?
Rejestracja: 2018
  • 2032 / 375 / 154


19 sierpnia 2019misspill pisze:
To autentyczny fakt, o ile da się wytrzymać użalactwo osoby w depresji, o tyle wybuchy i wydawanie kasy i bycie wszędzie na świeczniku ze swoim gadulstwem, jest bardzo wkurwiające dla rodziny, ciężko to pojąć, ten poziom natrętnej stymulacji, a potem dla samego pacjenta zaczyna się robić źle, drażliwie i megalomaniacko. Kieruje się wtedy o pomoc, jak już wszystkich odepchnie od siebie.
Też zależy od rodziny, bo ich reakcje potrafią być... różne. W mojej rodzinie każdy reaguje inaczej, większość ma już dość mojego rapid cycling, a już nie daj Boże epizodów mieszanych... Chociażby dla mojej mamy moja depresja to ból, autentycznie to widzę, mimo że ona stara się tego po sobie nie pokazywać. Mania ją męczy, ale zdaje sobie sprawę z tego, że lekarz może mnie raz-dwa wyciągnąć, chociaż nie ma tej obawy przed kolejną próbą S. Z kolei siostra nie wie, co robić ze mną w depresji, bo wtedy nic nie jest w stanie mi pomóc, nic mnie nie cieszy i wszystko mnie nuży. Natomiast pogadać się ze mną da. Chociaż w manii największy problem ze mną mają współlokatorzy - odkurzanie o 4 rano, porządki o 2 w nocy, powroty i prysznice w środku nocy... Część w depresji ma na mnie wywalone tak samo, jak ja wtedy na moje życie, za to mam znajomych, którzy widzą mnie w manii i im w to graj - zawsze a to im coś postawię, a to coś odwalimy, a to będę ich prywatnym komikiem... I wtedy w ogóle mnie nie obchodzi, jak wielu z nich mnie wykorzystuje.

Czyli zwyczajnie - co człowiek, to reakcja.
Rejestracja: 2017
  • 200 / 13 / 0


Witam. Pisze tu, poniewaz pierwszy raz odkad pamietam potrafie otworzyc sie przed ludzmi i w tym momencie szukam pomocy praktycznie wszedzie.
Chcialbym opisac swoja historie, jednoczesnie w pewien sposob wylac emocje, ale tez podswiadomie szukajac pomocy gdziekolwiek, a wiem, ze nie jeden z tego forum mial chociazby podobne sytuacje, problemy psychiczne.
A wiec od poczatku, generalnie odkad pamietam bylem raczej niezbyt rozgarnietym dzieckiem, czego sie nie tykalem to psulem. W domu nie bylo najgorzej, rodzice mnie nie bili (przynajmniej tego nie pamietam), pieniedzy, by zyc wystarczalo, ale mialem inny problem. Ojciec zawsze pil, na trzezwo praktycznie w ogole nie zwracal na nikogo uwagi, a jak juz sie napil, to mimo tego, ze nie byl w zaden sposob agresywny czy cos, pierdoil od rzeczy, widzialem jak go to oglupia i niszczy. Mama byla taka, ze ciezko bylo z nia jakkolwiek rozmawiac, zawsze gdy chcialem, to wyskakiwala do mnie z tekstami, ze mam sie zamknac, bo ona telewizje oglada czy inne tego typu. Generalnie zawsze w pewien sposob czulem sie odrzucony, dodajac to, ze bylem trzecim dzieckiem, wiec wiedzialem, ze rodzice do mnie nie przykladaja jakies szczegolnej uwagi. W pewnym momencie, majac 10 czy 11 lat zamknalem sie kompletnie w sobie. Przez kilka lat moje zycie wygladalo tak, ze wracalem ze szkoly, gralem na kompie, szedlem spac i znow. Znajomych w prawdziwym zyciu niby mialem, niby ich lubilem, ale jednak nie potrafilem z nikim rozmawiac. Lepiej mi sie dogadywalo piszac z ludzmi poznanymi przez internet, czy to w grach, czy w pozniejszym czasie poprzez komunikatory typu GG i losowanie rozmówcy. Mimo wszystko nadal nie potrafilem powiedzieć nikomu o tym, ze coś ze mną nie tak, chociaż to widzialem. Mianowicie pojawily sie objawy depresji, wszystko mnie dolowalo, nie widzialem w niczym sensu, lubilem ludzi, ale nie lubilem siebie. Czulem sie jak ostatnie gowno, nic nie warty jeden z 7 miliardów. W sumie do teraz tak mam, lecz z biegiem czasu zaczelo sie wszystko jeszcze bardziej komplikowac. Praktycznie kazda noc przeplakana, styl zycia przez pol gimnazjum taki, ze wracalem do domu ze szkoly, szedlem spac, wstawalem, jadlem, szedle spac i znow szkola. W szkole z nauka nie szlo mi najgorzej do momentu, gdy zaczalem coraz bardziej czuc brak jakiejkolwiek wartosci. Zaczalem sie latwo denerwowac, chociaz nigdy nie bylem nadpobudliwy, raczej spokojny dzieciak, jak to ujela moja dawna znajoma "zawsze wydawalem sie taka cicha myszka" i tak bylo. Mimo wszystko zaczalem zawalac szkole, wkurwiala mnie nauka, ksiazki, probowalem sie uczyc, ale wychodzilo tak, ze po 10 minutach potrafilem siedziec caly zaplakany uwazajac sie za idiote, bo nic mi do glowy nie wchodzilo. Dodam tez, ze przez cale zycie towarzyszylo mi wieczne zmeczenie, mimo tego, ze nic nie robilem to i tak nie mialem sily sie podniesc czasem z lozka, potrafilem spac wszedzie i zawsze. No i jakos to tak lecialo do 2 gimnazjum, kiedy to w moje zycie weszla marihuana, a nawet nie weszla, tylko wleciala z buta. Momentalnie sie zmienilem, zaczalem byc otwarty w stosunku do ludzi, potrafilem do kogos zagadac nie tylko pod wplywem, ale i na trzezwo no i najwazniejsze, przestalem czuc brak sensu istnienia. Zmienilem tryb zycia z szkola-sen na szkola-znajomi, poznalem mnostwo ludzi, zaczalem jak czlowiek w ogole gdziekolwiek wychodzic. Owszem, dosc czesto bylo tak, ze wychodzilem tylko, by sie najarac, aczkolwiek czulem, ze mi to pomaga. W ciagu pierwszego roku jednak mialem zwatpienia, czulem, ze sie uzalezniam i ze warto zostawic buchy, ale za każdym razem kończylo sie to kolejnymi przeplakanymi nocami nawet bez sensownego powodu. Szkole zaczalem zawalac jeszcze bardziej. Z tamtego okresu chyba żaluje tego, ze nie skorzystalem z pomocy psychologa, do ktorej namawiali mnie i mama i wychowawczyni. Chociaz nigdy tego nie pokazywalem, jednak widzieli, ze cos jest nie tak, ze opierdalam szkole, choc wcale glupi nie jestem, bo przyznam, jak chcialem to potrafilem. Ale jednak wiem, ze jestem glupi nie po tych jedynkach w szkole, a po tym jakie mam podejscie do życia. Wszystko zaczelo wygladac tak, ze idac ulica pisalem sobie w glowie 1000 scenariuszy wpierdolenia sie pod nadjezdzajacego tira czy auto. Chodzac na spacer do lasu, bo przeciez "natura i swieze powietrze pomagaja" jedyne o czym myslalem to to, na ktorej galezi byloby sie lepiej powiesic. Zaczalem sie bawic w prochy, na poczzatku bylo swietnie, znow odzylem, pozbylem sie tej ciaglej anhedonii, jak latalem nafurany mialem ochote zyc, cukierki byly dla mnie zbawieniem, ale jednak jak zaczely sie zjazdy zrozumialem, ze dzieje mi sie jeszcze gorzej. Koniec koncow, walczac z tym sporo razy zostalem w przekonaniu, ze wole cpac, by czuc sie "normalnie" (czytanie na internecie, ze to, ze ktos mysli o samobojstwie juz jest nie halo, podczas gdy ja to mialem prawie caly czas, dodatkowo dobijalo). Stwierdzilem, ze to jest takie samobojstwo, tyle, ze powolne i chociaz troche przyjemne. Potem zaczelo leciec jak z gorki, do depresji doszla nerwica, klotnie i brak wsparcia od rodzicow, a nikomu innemu nadal nie potrafilem powiedziec co mysle. Do sytuacji, ktora zaraz opisze, tylko jednej osobie napisalem, o tym, ze w ogole kiedykolwiek chcialem sie zabic i wiecej tego tematu nie nawrocilem. Momentami zaczalem sie czuc jakbym mial schizofrenie czy ADHD nawet w okresach, gdy odstawialem uzywki i utrzymywalem sie nawet dwa miesiace w trzezwosci. No ale jednak wracalem do tego, bo nie dawalem rady. Chcialem tyle razy sie zabic, ale nie potrafilem, balem sie, ze to tez zjebie i wyladuje jako warzywo, rownoczesnie nie chcialem krzywdzic tym rodzicow czy innych ktorzy sie o mnie martwili (chyba jestem czystym przypadkiem braku dopaminy i sporej ilosci serotoniny, to tez by wytlumaczalo to, ze w sumie amfetaminy nawet jakos nie lubie, ani innych tego stimow, natomiast psychodeliki czy nawet MDMA to love forever) No ale wracając, kolejnym moim problemem bylo to, ze widzialem, ze znajomi zaczeli sie o mnie martwic, ale nie potrafilem przyjac od nikogo pomocy, nadal czulem sie jak nic i uwazalem, ze to nie warte, by ktos sobie zaprzatal mna glowe. Az do momentu, gdy poznalem dziewczyne, jedyna osoba, ktora prawdziwie pokochalem i jej zaufalem, moje zycie sie zmienilo diametralnie, znow staralem sie uczyc, przestalem brac fete nawet okazyjnie, mimo tego, ze przed tym potrafilem leciec kilka miesiecy non stop walac odrazu po obudzeniu szczura. Ale jednak nie potrafilem rzucic marihuany, mimo tego, ze w koncu zobaczylem jakas sensowna przyszlosc, chcialem dozyc starosci, to natretne mysli o samobojstwie nie dawaly mi spokoju. Zaczalem sie czuc, jakbym byl kilkoma innymi osobami, starym soba, spokojnym, wyrozumialym, cierpliwym, ale w ciagu dnia momentalnie zaczalem sie zmieniac w osobe zdenerwowana, wkurwiona na wszystko, nawet agresywna, a tym obu stanom towarzyszyl jeszcze ten cichy glosik w glowie, ze zycie nie ma sensu, nic nie ma sensu, ze i tak sie wszystko skonczy w grobie, wiec po co czuc przez ten caly czas cierpienie czy nawet radosc. Tak mi to siadlo w banie, że nawet jakbym wygral milion w lotto to bym sobie szepnal, że fajnie, ale po chuj mi to. A mj wlasnie uciszala ten glosik, wiec ja palilem. Tylko nie chodzilo o mnie, mi to byla psia ryba, czy bede taki, czy inny, ale nie chcialem skrzywdzic jej. No i tak zaczelo sie to rozwijac, ze mimo kilku prob detoxu, probowania nauki, dojscia do czegos w zyciu, to przechodzac w ciagu kazdego dnia po 20 innych stanow mentalnych przez zalamanie, do euforii i tak wracalem do mj, bo to meczylo. Nigdy nie chcialem sie w zaden sposob leczyc, nie chcialem przyjac pomocy, nawet dziewczyna mimo staran nie dawala rady. Az do teraz... Do zerwania. Cos we mnie peklo, pewna iskra zapalna. Wytlumaczyla mi, ze to przez to, ze marihuana mnie niszczy, coraz bardziej sie zmieniam i coraz czesciej, mimo tego, ze nie byla swiadoma nawet polowy mysli jakie mialem w glowie. Zerwanie spralo mi beret masakrycznie, w czasie nocnej rozmowy, gdy zerwalismy uznalem, ze wole zostac przy mj, niz ja ranic dalej i bylem z tym szczesliwy... Az do rana, momentalne zrozumialem co odjebalem i to do takiego stopnia, ze juz tego nie naprawie, tak mi to zrylo psychike, ze przez kolejne 2 dni lezalem u niej w lozku (mieszkamy razem nadal, co jeszcze to podsyca) wyjac i telepotajac sie jak alkoholik po 50-cio letnim maratonie, nie wiedzialem czego sam chce i ryczalem z bezradnosci, przez moja glowe przechodzilo tyle mysli, ze nie wytrzymywalem, w jednym momencie chcialem wszystko naprawic, uwazalem, ze zycie ma sens, ze chce nawet juz sie ogarnac dla siebie, a za chwile nagle znow mnie dopadal dol, ze znow to sensu nie ma, ze nie warto, zaraz po tym przychodzilo wkurwienie na siebie do takiego stopnia, ze napierdalalem sie po glowie tak, ze nigdy wczesniej chyba sobie takich guzow nie nabilem %-D , by zaraz po tym byc przekonanym, ze to jej wina i wcale mnie nie kochala, mimo tego, ze naprawde rozumiem co czuje, a zaraz po tym doslownie wybiec z mieszkania w srodku nocy nie wiedzac czemu, jakby bylo tyle mysli, ze same sobie wyszly pobiegac, Poki co leci 4 noc od tego, ja spalem moze ze 2 godziny, zjadlem w tym czasie bulke i nie czuje ani sennosci (mimo wszystko pewnie nie mysle trzezwo i tekst nie ma ani ladu ani skladu i ciezko sie go czyta, wiec przeprszam), ani glodu. Ta sytuacja byla dla mnie iskierka zapalna, tym razem chce to naprawic, chce sie leczyc, buchy ograniczyc do maksymalnego zera, chce isc nawet na terapie, gdy wroce do Polski (niespelna miesiac), ale nie wiem jak. Mimo tego, ze naprawde tego chce to chociazby dzis w pracy w ciagu godziny potrafilem zapierdalac za 5 jednoczesnie, bedac wszedzie, czuc sens tego i radosc z tego, by nagle zaczac znow myslec, ze to nie ma sensu i nie byc w stanie nawet skrzynki przeniesc. W glowie czuje sie jak w jebanym rollercoster'ze... Jeszcze gdybym mial te wsparcie w myslach chociaz, ze jak sie ogarne, to moze cos wyjdzie z planow, ze serio cos osiagne w zyciu, to bym staral sie to przetrwac, ale teraz znow nie wiem czy w ogole jest to warte bez tej osoby.
Ogolnie nie chcialbym sie faszerowac jakimikolwiek psychotropami, ale jestem swiadom, ze leczenie bez tego nie ma szans. Do psychiatry ide dopiero za miesiac, wiec jeżeli ktos wie jak chociaz troche nad tym panowac, to naprawde prosze o pomoc, bo teraz skorzystam z kazdej mozliwej

Post przeniesiony do wątku ogólnego o ChAD. taurinnn
Rejestracja: 2012
  • 68 / 13 / 0


18 sierpnia 2019drmjp pisze:
18 sierpnia 2019starysteve pisze:
Lit mnie kiedyś zniszczył i nigdy więcej,
Co masz na myśli? W jaki sposób?
Większość typowych, fizycznych skutków ubocznych litu o sporym nasileniu + nawrót depresji i derealizacji.

@blackgoku czyli konkretnie jakie dawki i w jakiej formie sugerujesz przyjmować?
Rejestracja: 2014
  • 3952 / 705 / 2


5 mg orotanu litu na noc wraz z 5 kroplami CBD i 100mg lamotryginy

mi pomaga
Rejestracja: 2012
  • 22 / 1 / 0


Jak działają na was stymulanty takie jak kokaina albo amfetamina gdy macie manię?
A jak w okresie gdy macie depresję?

Ja podejrzewam u siebie CHAD, bo w czasie kiedy włączy mi się hipomania to czuję się over9000 razy lepiej niż po jakiejkolwiek ilości koksu lub amfy.

Natomiast jak mam depresję to nie czuję zbytnio euforii po stimach, jedynie uspokojenie i większą koncentracje, tak jakbym miał ADHDxD
Posty: 134 Strona 12 z 14
Wróć do „Zaburzenia somatyczne, psychiczne i psychosomatyczne”
Na czacie siedzi 56 uczestników Wejdź na czata

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: 50WIK i 3 gości