REKLAMA




Holandia i Belgia kłócą się o marihuanę

Spór przygranicznych miast Holandii i Belgii o coffee shopy przeradza się w konflikt, jakiego w Beneluksie dawno nie było 14 lat po podpisaniu traktatu z Maastricht.

syncro

Kategorie

Źródło

Gazeta Wyborcza

Odsłony

5666

Spór przygranicznych miast Holandii i Belgii o coffee shopy przeradza się w konflikt, jakiego w Beneluksie dawno nie było 14 lat po podpisaniu traktatu z Maastricht. O tym holenderskim mieście znów mówi się w Europie. Tym razem nie z powodu euro, którego jest niejako kolebką, tylko marihuany. W Holandii sprzedaż niewielkich ilości miękkich narkotyków jest dozwolona w koncesjonowanych tzw. coffee shopach. Belgia natomiast szczyci się polityką "zera tolerancji" wobec narkotyków. Zmęczony nawałnicą narkotykowych turystów z Belgii, Francji i Niemiec burmistrz Maastricht Geerd Leers postanowił przenieść część z szesnastu legalnie działających w mieście coffee shopów z jego centrum na przedmieścia. Problem w tym, że przedmieścia leżą tylko 400 metrów od belgijskiego miasteczka granicznego Smeermass. Belgowie protestują przeciw - jak to ujął burmistrz leżącego niedaleko Tongeren - "zamiataniu holenderskich brudów pod belgijski dywan". Obawiają się, że wraz z przeniesieniem kafejek zawita do nich marihuanowa turystyka, a z nią fala przestępstw. Zagrozili, że na granicy zainstalują kamery i będą monitorowali dokładnie wszystkich klientów coffee shopów, by potem ich aresztować już po belgijskiej stronie. Na razie burmistrz Leers pozostaje głuchy na wszystkie argumenty i groźby Belgów. W mediacje włączyli się na początku czerwca ministrowie spraw wewnętrznych obu krajów. Choć zarówno Holender Hein Piet Donner, jak i Belg Patrick Dewael mówią po niderlandzku, nie znaleźli dotąd wspólnego języka. Donner przekonuje Belgów, że Haga nie może wtrącać się w lokalną politykę burmistrza. Belgowie upierają się, że kiedy jest mowa o granicy, sprawa przestaje być lokalna. Media obu krajów informują, że o coffee shopach z Maastricht będą być może rozmawiali przy okazji czwartkowego szczytu UE w Brukseli premierzy - Belg Guy Verhofstadt i Holender Jan Peter Balkenende.

Trawka, burdy i dilerzy

Maastricht leży nad Mozą, blisko dwie godziny samochodem od Amsterdamu i Brukseli. W pobliżu przecinają się dwie transeuropejskie autostrady. Codziennie przyjeżdża tu 3-4,5 tys. turystów z Belgii, Niemiec i Francji. I wcale nie po to, by zobaczyć najstarsze holenderskie miasto, którego centrum wygląda jak żywe muzeum. Turystów odwiedzających holenderską Limburgię i Maastricht nie obchodzi ser maasdamer. Nie przyciąga ich też historia podpisania w 1992 roku traktatu z Maastricht, który stał się podstawą prawną wspólnej waluty - euro. Przyjeżdżają po marihuanę. Palą do woli, popijając często piwem. Nierzadko też wszczynają burdy. Spośród 21 tys. zatrzymanych za różne przestępstwa w Maastricht w ub.r. ponad 4,5 tys. to cudzoziemcy, narkotykowi turyści. Wśród przyjezdnych są też tacy, którzy wolą coś mocniejszego - heroinę czy kokainę - lub hurtowe ilości trawy. Jak mówi burmistrz Leers, w mieście działa ok. 100 nielegalnych hurtowni haszyszu i marihuany (tzw. one kilo houses). Na ulicach Maastricht działają więc narkotykowi dilerzy, co nie podoba się mieszkańcom i władzom. Władze już nie chcą narkotyków Burmistrz Leers próbował już różnych sposobów, by powstrzymać napływ narkoturystów. W zeszłym roku chciał wprowadzić zakaz sprzedaży marihuany cudzoziemcom, ale musiał zrezygnować z powodu protestów. Postanowił pójść w ślady innego holenderskiego przygranicznego miasta Venlo, które przeniosło część coffee shopów z centrum na peryferia. Dylematy burmistrza Maastricht odsłaniają schizofreniczne podejście holenderskich władz do marihuany. Choć chadecko-liberalny rząd chętnie wycofałby się z liberalnej polityki wobec miękkich narkotyków, nie ma pomysłu, jak to zrobić, i utrzymuje niespójne prawo. Choć np. kupowanie marihuany w coffee shopach jest legalne, to jej uprawa nie. Policja co roku zamyka nielegalne uprawy, ale w miejsce zamkniętych rosną nowe. Rok temu regionalna gazeta "De Limburger" przeprowadziła własne śledztwo w sprawie coffeeshopowego biznesu. Dziennikarze oszacowali, że rynek marihuany wart jest w Holandii ok. 5 mld euro rocznie, z czego blisko jedna czwarta przypada na Limburgię. W kraju jest ok. 750 coffee shopów (o 450 mniej niż w 1997 roku). Na 16 mln Holendrów trawę pali regularnie blisko 400 tys. I kilka milionów turystów.

Komentarz: artur(at)kanaba.info Belgia nie słynie z "zero tolerancji". W Belgii kazdy dorosly obywatel ma prawo do uprawy do jednego krzaka konopi. Ale to za mało, dlatego nasi belgijscy przyjaciele zaczynają nową akcję. Skoro każdy ma prawo do jednego krzaka, a nie każdy ma czas/umiejętności/możliwości zakładamy stowarzyszenie "Szykuj swoją roslinę", które będzie się zajmować uprawą krzaków, po jednym na każdego doroslego. Burmistrz Maastricht to zacny, otwarty czlowiek. Byl gościem na wspołorganizowanym przez nas wysłuchaniu publicznym w Parlamencie Europejskim. Zorganizowal później dużą konferencje z udziałem innych burmistrzow. A teraz przeszedl do ofensywy. Niech zyje sprawiedliwość, koniec z hipokryzja :)

Oceń treść:

Brak głosów

Komentarze

Anonim (niezweryfikowany)
czyzby pierwsze oznaki konca holenderskiej wolnosci?
Anonim (niezweryfikowany)
nie pierwsze, ktore serwuje nam wyborcza ten artykul to typowa manipulacja gazety mafijnej nikt niczego nie chce zamykac, to niemozliwe w holandii, to tylko gra dyplomatyczna, mozemy tylko wygrac na niej :) a 'zielona rewolucja' rozszerza sie dalej, do kampanii 'szykuj swoja rosline' planuja dolaczyc sie hiszpanie, eksplojtujac ich prawo i fakt ze konopie sa tam tolerowane, stay tuned btw. potrzeba az spotkania premierow holandii i belgii, zeby gazeta mafijna cos napisala o konopiach, a i tak swoja propagande pod czaszki polakom laduja, belgia kraj 'zero tolerancji' kon by sie usmial popatrz na to zdjecie, to ogloszenie w jednym z magazynow, wydane przez regionalny rzad flamandzki, odrobina zieleni w miescie uczyni wszystkich szczesliwszymi: http://www.encod.org/Beetjegroen.jpg