– To w końcu bierzemy dwa papiery czy jeden? – dopytuje się F.
– Bierzemy dwa. Ja się nie boję. – odpowiadam.
– Dobra, to po jednym z każdego.
Wokół medycznej marihuany narosło wiele mitów, ale najszkodliwszym z nich jest ten promowany przez nagłówki, w stylu: „Marihuana nieskuteczna w leczeniu zaburzeń psychicznych”. Tego typu uproszczenia, obecne choćby w niedawnym artykule na portalu Medonet, manipulują odbiorem społecznym, ignorując fundamentalną zasadę współczesnej medycyny.
Tekst stanowi przedruk z podanego źródła - pozdrawiamy serdecznie! Wszystkich czytelników materiałów udostępnianych na naszym portalu serdecznie i każdorazowo zachęcamy do wyciągnięcia w ich kwestii własnych wniosków i samodzielnej oceny wiarygodności przytaczanych faktów oraz sensowności zawartych
Wokół medycznej marihuany narosło wiele mitów, ale najszkodliwszym z nich jest ten promowany przez nagłówki, w stylu: „Marihuana nieskuteczna w leczeniu zaburzeń psychicznych”.
Tego typu uproszczenia, obecne choćby w niedawnym artykule na portalu Medonet, manipulują odbiorem społecznym, ignorując fundamentalną zasadę współczesnej medycyny.
Większość osób oczekuje od leku, że „wyłączy” chorobę jakby miał wyłączyć światło. Tymczasem standardem w psychiatrii nie jest eliminacja przyczyny, lecz zarządzanie objawami. Leki przeciwdepresyjne nie usuwają traumy, a leki przeciwlękowe nie kasują lęku raz na zawsze. One stabilizują pacjenta, pozwalając mu przejść przez dzień.
W tym świetle konopie robią dokładnie to samo, co uznane farmaceutyki, czyli działają objawowo. Poprawa jakości snu, redukcja napięcia mięśniowego czy wyciszenie gonitwy myśli to dla pacjenta z depresją czy PTSD różnica między egzystencją a realnym życiem. Ignorowanie przez mainstreamowe media tego faktu tylko dlatego, że konopie nie „leczą przyczynowo”, jest medycznym anachronizmem i niezrozumiałym zabiegiem.
Pacjenci nie mówią przecież, że konopie „wyleczyły” ich chorobę. Mówią, że łatwiej zasypiają, czują mniejsze napięcie, rzadziej doświadczają ataków lęku, lepiej funkcjonują w ciągu dnia albo – co szczególnie istotne – są w stanie ograniczyć silniejsze leki, w tym opioidy czy benzodiazepiny.
Idąc tropem logiki Medonetu, powinniśmy spodziewać się serii artykułów o tytule: „Opioidy nieskuteczne w leczeniu bólu nowotworowego” czy „Insulina nieskuteczna w leczeniu cukrzycy”. Dlaczego? Ponieważ żadna z tych substancji nie usuwa przyczyny choroby. Morfina nie sprawia, że nowotwór znika, a insulina nie naprawia trzustki – one jedynie (i aż!) zarządzają objawami, pozwalając pacjentowi żyć. Dlaczego zatem w przypadku farmaceutyków nazywamy to „skuteczną terapią”, a w przypadku konopi „brakiem dowodów na leczenie”? To klasyczny przykład podwójnych standardów. Jeśli system uznaje, że lek działający wyłącznie na objawy jest wartościowy, to odmawianie tej wartości marihuanie jest manipulacją, która uderza bezpośrednio w dobrostan pacjentów szukających ulgi w cierpieniu.
W tej całej dyskusji jest jeszcze jeden element, o którym mówi się zdecydowanie za rzadko. Konopie to nie jest jedna substancja. To złożony system biologiczny, zawierający dziesiątki kannabinoidów, terpenów i innych związków, które działają razem, wzajemnie się wzmacniając lub modulując. Mówimy tu o tzw. efekcie świty (Entourage Effect), czyli mechanizmie, w którym nie jeden „aktywny składnik”, ale cały profil rośliny wpływa na organizm.
To podejście stoi w wyraźnej sprzeczności z dominującym modelem współczesnej farmakologii, który opiera się na wąsko celowanych lekach, zaprojektowanych pod jeden konkretny mechanizm i jeden konkretny objaw. Taki model jest wygodny dla systemu, łatwy do badania, łatwy do opatentowania i łatwy do sprzedania. Ale w zderzeniu z realnymi, złożonymi problemami zdrowotnymi często okazuje się niewystarczający.
Nie jest przypadkiem, że roślina, której nie da się opatentować jako całości, a która może wpływać na wiele obszarów jednocześnie, od lat znajduje się na marginesie systemu i budzi tak duży opór instytucjonalny.
Nie oznacza to oczywiście, że konopie są rozwiązaniem wszystkich problemów ani że zastąpią nowoczesną medycynę. Oznacza natomiast, że reprezentują inny sposób myślenia o leczeniu – mniej redukcjonistyczny, bardziej całościowy i właśnie dlatego tak trudno je wpisać w obecne ramy.
Na tym tle szczególnie problematyczne stają się medialne uproszczenia, takie jak te pojawiające się w artykule Medonetu, który sugeruje, że „marihuana jest nieskuteczna w leczeniu zaburzeń psychicznych”.
Formalnie rzecz biorąc, można znaleźć badania, które prowadzą do takich wniosków – problem polega jednak na tym, jak te wnioski są komunikowane odbiorcy.
Bo czytelnik dostaje bardzo prosty przekaz: „nie działa”. Tymczasem rzeczywistość jest dużo bardziej złożona. Badania mówią przede wszystkim, że nie ma wystarczających dowodów na leczenie przyczynowe konkretnych jednostek chorobowych. To zupełnie co innego niż stwierdzenie, że konopie nie mają żadnej wartości terapeutycznej.
W efekcie powstaje fałszywy obraz, w którym konopie jawią się jako substancja pozbawiona zastosowania medycznego, co stoi w sprzeczności zarówno z doświadczeniem wielu pacjentów, jak i z tym, co rzeczywiście wynika z badań – czyli że mogą łagodzić objawy, poprawiać funkcjonowanie i w niektórych przypadkach stanowić element terapii wspomagającej.
Takie uproszczenia mają realne konsekwencje. Zamiast wspierać rzetelną edukację i świadome decyzje terapeutyczne, wzmacniają polaryzację w debacie.
Kiedy portal medyczny pisze „nie działa”, zazwyczaj ma na myśli: „nie przeprowadzono wystarczającej liczby badań klinicznych fazy III na ogromnej grupie ludzi”.
To fundamentalne przesunięcie znaczenia. Brak dowodu na skuteczność w rygorystycznym modelu badawczym nie jest dowodem na brak skuteczności w praktyce. Stwierdzenie, że marihuana nie ma wartości terapeutycznej, stoi w sprzeczności z tysiącami historii pacjentów, którym konopie pozwoliły np. odstawić wyniszczające benzodiazepiny czy opioidy.
Wielu krytyków, w tym autorzy wspomnianego tekstu w Medonecie, podnosi argument o braku badań klinicznych III fazy, które ostatecznie potwierdziłyby skuteczność konopi w psychiatrii. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, dlaczego tych badań nie ma.
Badania III fazy to proces niezwykle kosztowny, pochłaniający setki milionów, a czasem miliardy dolarów. W świecie farmacji taki wydatek jest inwestycją, która zwraca się dzięki wyłączności patentowej na nową cząsteczkę. Konopie są rośliną – darem natury, którego nie da się opatentować jako całości.
Żaden koncern farmaceutyczny nie wyłoży gigantycznych środków na badania substancji, której nie będzie mógł mieć na wyłączność. To czysta ekonomia, a nie brak potencjału medycznego rośliny, blokuje drogę do „oficjalnego” uznania jej skuteczności przez system. W efekcie pacjenci zostają zepchnięci w szarą strefę domysłów, mimo że praktyka kliniczna i tysiące indywidualnych przypadków potwierdzają działanie terapeutyczne.
Pytanie zatem nie brzmi: „czy marihuana leczy zaburzenia psychiczne?”, tylko „w jakich sytuacjach poprawia funkcjonowanie pacjenta?”. Jeśli uznamy, że tylko leki usuwające przyczynę mają sens, musielibyśmy zamknąć większość aptek. Konopie nie są cudownym środkiem, ale są realnym, wielofunkcyjnym narzędziem wspomagającym. Odmawianie im tego miana na podstawie uproszczonych nagłówków jest zwyczajnie nieuczciwe wobec pacjentów.
Ponury lipcowy wieczór w środku tygodnia, deszczowo. Wnętrze mieszkania.
– To w końcu bierzemy dwa papiery czy jeden? – dopytuje się F.
– Bierzemy dwa. Ja się nie boję. – odpowiadam.
– Dobra, to po jednym z każdego.
Wstęp:
Na szybko opiszę efekty działania przed wczorajszym doświadczeniem z boską szałwią, lepiej będzie się czuło TR, a mnie zadowoli to, że zbiorę opis w jedną całość.
Podróż była raczej krótka, więc nie będzie długo.
Testowałem susz szałwii wieszczej (pięć prób, mogę złączyć w jeden miesiąc), były to nabicia metalowej fajki (średni cybuch), podpalane zapalniczką żarową (wysoka temp.)
Efekty zawsze były te same, trwające kilka minut.
Nie eksperymentowałem, z nieoakcyzowanymi narkotykami już od jakichś 40 dni. Tego dnia nie miałem zamiaru również przyjmować nici po za alkoholem. Jednak spotkałem się z MP, który właśnie przyjechał z Anglii. Miał ze sobą ponad gram AM-2233. Jako, że byliśmy jednymi z pierwszych Polaków, którzy próbowali JWH-210, dlaczego nie mielibyśmy zrobić czegoś pożytecznego dla nauki i nie przetestować AM-2233. Takiej okazji nie mogłem przegapić. A tak przy okazji po prostu miałem ochotę się najarać. Na szybko przygotowaliśmy mieszankę zioło, wysuszyliśmy jej część i rozpoczęła się przygoda. W tym momencie muszę zaznaczyć, że jakieś 2 godziny wcześniej wypiłem 1 litr piwa. :)
W spektaklu biorą udział:
AM-2233 - substancja, która lubi ubielać się w foliowe sukienki.
Joda - bardzo dziwaczne bongo, przypominające postać z gwiezdnych wojen.
MP - mój przyjaciel. Dobry człowiek, który pracuje w Anglii i przyjechał na urlop.
GrenBoy - narrator.
RastaBoy - kolega z LO, który dużo jara i prowadzi rozrywkowy tryb życia.
Krzak - właściciel lokalu.
Ekscytacja przed nowym doświadczeniem. Dobry nastrój. Trip w domu kolegi.
Całe zajście miało miejsce ponad dwa lata temu. Opisuję je teraz bo tak miło powspominać :D