Piekło hery


rozdział książki pt "Po tej stronie granicy" (do spisu treści)
okladka okładka

"Sztandar Młodych"
22-24 V 1981

Miałem wtedy niespełna 16 lat, gdy młodzież lub jej znaczna część zafascynowana była hippisami. Chcieliśmy żyć jak oni, ubierać się jak oni, robić to co oni - spokojnie opowiada Marek Abramczuk. Ma 25 lat, zszarpane zdrowie i dużo woli zerwania z minionymi latami. Z nałogu wyszedł. Teraz postanowił wytrwać. - Naśla dowaliśmy zachodni styl bycia i chciałem spróbować, jak to jest, kiedy się weźmie.

Znalazła się osoba, która podała mi narkotyk, ale nie winię jej za to, bo decyzja w końcu była moja. Zaczęło się od tri, tabletek, potem wywar z maku, a gdzieś 5-6 lat temu produkowałem już sam rodzimą herę. Jeszcze nie znałem kryzysów, nie sądziłem, że można cierpieć z braku środka, byłem na takie doświadczenia za młody. Nic mnie zresztą narkotyki nie kosztowały, dostawałem je od starszych kolegów. Robili używki domowymi sposobami z tego, co pod ręką w domowej apteczce, czasem ktoś kombinował buteleczkę eteru i starczyło na jakiś czas dla paru osób. To działo się 9 lat temu.

Rodzina jeszcze nie wiedziała. Z czasem pojawiły się nakłucia na rękach. Do 17 roku życia była to raczej toksykomania. Potem stałem się narkomanem, czyli brałem wyłącznie opium i jego związki.
Gdy miałem 19 lat, zacząłem produkować rodzimą herę, nastąpił pierwszy kryzys. Pamiętam, że zwijałem się z bólu, nie mogłem wyjść z domu, a za wszelką cenę musiałem do kogoś zadzwonić, aby mi przyniósł dawkę. Moja matka zamknęła się w pokoju, zabrała telefon. Zaaranżowałem próbę samobójstwa - pierwszą i ostatnią. Przyjechało pogotowie, zabrało mnie do kliniki, skąd uciekłem po od zyskaniu przytomności. Potrzebowałem narkotyku. Poszedłem do brata, który domyślał się mojego nałogu, pojechaliśmy do mamy i doszedłem do wniosku, że wrócę do szpitala i poddam się leczeniu. Przechodziłem kryzysy, ale mijały, czułem się lepiej psychicznie.

Tak jak wcześniej uzgodniłem, po 9 dniach wyszedłem i przez kilka dni nie brałem. Czułem się dziwnie. Przyzwyczaiłem się, że branie wypełnia mi czas. Wystarczył jeden telefon i załatwiłem sobie minimalną dawkę hery. Po tygodniu już sam produkowałem w domu rano, gdy matka wychodziła do pracy. Ale mama domyślała się, kilka razy była u nas milicja.

Wreszcie sam chciałem pójść do szpitala z nadzieją, że się wyleczę. Pół roku przygotowywałem się psychicznie do tego kroku, aby nie skończyło się jak poprzednio. W 1977 roku 2 miesiące przebywałem w szpitalu na Srebrzysku. W zasadzie uwierzyłem w siebie, że można nie brać, chociaż w szpitalu jeden chłopak przynosił produkcję i dałem się skusić. Zbliżały się święta i wypuszczono mnie na 8 dni do domu. Przez ten czas ani razu nie wziąłem. Mama obiecała mi wyjazd za granicę, wierzyłem, że odizoluje mnie to od środowiska. W styczniu 1980 roku wyszedłem ze szpitala i dowiedziałem się, że odmówiono mi paszportu.

Sięgnąłem po narkotyk, zacząłem produkcję. Jednak cały czas dalej załatwiałem paszport. Planowałem, że w momencie otrzymania paszportu pójdę do szpitala i wyjadę, ale znów nic z tego nie wyszło. Brałem duże dawki.

W grudniu 1980 roku postanowiłem raz jeszcze pójść do szpitala, aby definitywnie skończyć z nałogiem. Minęło już pięć miesięcy. Co prawda przez 3 dni brałem, ale to była forma szantażu wobec mojej dziewczyny. Już nie brała i zaczęła na nowo. Bardzo chciałem jej pomóc, włożyłem w nią wszystkie siły i w końcu postawiłem siebie - jak weźmiesz, to ja też. Jej to nic nie pomogło, a dla mnie była to zbyt niebezpieczna terapia i w porę się wycofałem. Mnie pomógł m6j przyjaciel Leszek, który nie bierze już kilka lat. Leszek zainteresował mnie buddyzmem, gdzie znalazłem odpowiedź na wiele pytań, lekarstwo na chorą psychikę, Przez 5 miesięcy przeżywałem kryzysy ale się ich nie bałem. Przygotowałem się psychicznie i nie okazywały się takie straszne. Nie biorę hery ani w ogóle niczego, chociaż nadal jestem potencjalnym narkomanem. To może odezwać się w człowieku i za 20 lat. Ale chcę wytrwać.

Nie uciekałem od środowiska, chociaż uchodzę za konfidenta dlatego, że się wycofałem i chcę pomóc innym.
Dowiedziałem się, że obciążono mnie zarzutami sprzedaży hery i czeka mnie proces. To nieprawda. Produkowałem i do tego się przyznaję, ale nie sprzedawałem. Zresztą w samym sercu Gdańska można o każdej porze kupić, co komu potrzebne. Mam rentę, z niej żyję. Mam załatwioną pracę u ojca w ogrodnictwie. Przez narkotyki nie skończyłem oprócz podstawowej żadnej szkoły, choć kilka razy próbowałem zaczynać.

Dziwię się młodzieży, która dopiero zaczyna brać, nie znam motywów. Chęć naśladowania narkomanów? Moda? Nie potrafię tego określić. Niektórzy lekarze twierdzą, że leczenie narkomanów jest bez sensu, Dr Czaja z przychodni na Wałowej mówiła: - Po co leczyć? Tylko zabieracie miejsca psychicznym, gdy wyjdziecie, znów zaczniecie brać. - Takie słowa słyszało się przed dostaniem skierowania do szpitala, z takim nastawieniem rozpoczynało kurację. W szpitalu narkomanów leczy się neuroleptykami, co powoduje otępienie. Na Srebrzysku parę lat temu za ucieczkę karano "topami", czyli elektrowstrząsami, Obecnie dostaje się fenaktil, po dużej dawce człowiek nie może mówić, wstać z łóżka. Czy to humanitarne? Twierdzę że narkoman wymaga tej pomocy więcej, bo są to ludzie sprawni intelektualnie, w pełni zdający sobie sprawę ze wszystkich konsekwencji związa nych z nałogiem.

Marek ma to piekło za sobą. Ale nie wszyscy potrafią wyzwolić się z hery, Nie spotyka się w Trójmieście czystych morfinistów czy heroinistów ponieważ te narkotyki są nie do zdobycia, nawet bliskość portów i światowe kontakty marynarzy nie doprowadziły jak dotąd do rozpowszechnienia się tych używek, stosowane substytuty doprowadzają do stanu wycieńczenia i wtedy narkoman zwraca się o pomoc do Srebrzyska, znanego w Trójmieście szpitala psychiatrycznego. W oddziale młodzieżowym leczy się zaburzenia w zachowaniu, Stoi tu 30 łóżek. W oknach nie ma krat, nie ma także ciężko kutych drzwi, chociaż wejściowe zawsze zamykane są na klucz. Wśród młodzieży od 13 do 21 lat przebywa dwie trzecie toksykomanów w takich samych warunkach jak pozostali. Personelu chronicznie brakuje i na jednej zmianie dyżuruje zaledwie jedna pielęgniarka, która nie jest w stanie upilnować, kiedy "odpalają". Toksykomani - kandydaci na narkomanów - uważają, że są na innych prawach niż inni pacjenci. Przychodzą, kiedy chcą, wychodzą w każdej chwili na własne żądanie. Bez przymusu i nakazu, wiedzą, że lekarze muszą im pomóc, choć jest to pomoc doraźna, bez wpływu na dalszy los. Zgłaszają się najczęściej, jeśli zawiodły wszystkie drogi zdobycia narkotyku, jeśli spodziewają się większej nagonki, na wiosnę, kiedy o towar najtrudniej, lub w stanie ogólnego wyczerpania. Z pełną świadomością przetrwania pod lekarskim okiem krytycznego stanu. Medycyna nie zna leku przeciw narkomanii. Lekarze potrafią zaleczyć głód fizyczny lecz należałoby jeszcze doprowadzić do wyleczenia głodu psychicznego, a mimo starań psychologów i psychiatrów dotychczasowe próby nie przynoszą efektów.

W szpitalu na Srebrzysku lekarze bezsilnie obserwują powracających pacjentów - tych, którzy od lat są stałymi klientami, i tych nowych, często trzynastoletnich. U narkomana, który leczy się latami bezskutecznie, następuje powolne wyniszczenie somatyczne. Uszkodzenie narządów miąższowych, utrata białka w organizmie, wysuszenie skóry, zanik podściółki tłuszczowej, ogólne obniżenie odporności fizycznej. Dokonuje się także psychodegeneracja. Zanik uczuć wyższych, osłabienie woli. Istnieje jeden cel- zdobycie hery za wszelką cenę i w każdych okolicznościach.

Na wydziale nerwicowo-psychiatrycznym dla dorosłych narkomani są izolowani przez pacjentów. Najbardziej podatny okres na spróbowanie po raz pierwszy to okres 16-18 lat, po 25 roku życia narkomania zdarza się niezmiernie rzadko. Najstarszy wiekiem pacjent liczy sobie lat 27, ale od 10 lat zażywa narkotyki. Wśród dorosłych narkomani nie imponują swoją odmiennością, jak dzieje się to na od dziale młodzieżowym, lecz czują swoją odrębność. Oni nie są wariatami. Kilka lat temu na znak protestu zakładali na jedną rękę rękawiczkę i za ciskali dłoń w pięść. To miał być ich bunt i symbol niebratania się ze współpacjentami.

Narkomani z biegiem lat wyrabiają w sobie spryt i przebiegłość. Usiłują przechytrzyć lekarzy, pielęgniarki.
Przemycają dawki zejściowe, które zmniejszają do minimum kryzysy, ułatwiają wyjście z nich. Prawo szpitalne na to nie zezwala. Pamiętam pacjenta bez jednej nogi, którego leczyłam, a wciąż był pod działaniem narkotyku - mówi lekarz psychiatra Jadwiga Radziem ska. - A wreszcie odkryłam, że trzyma używki w protezie.

Próbują chowaĆ w lampach, w wyciętych książkach, przyklejają pod pachy i do wewnętrznych nogawek piżam. Przemycone narkotyki zażywają podczas leczenia i dochodzi czasem do tragedii, ponieważ niektóre leki wchodzą ze sobą w kolizję. Najgorsze jest to, że mają przy tym pełną świadomość samobójczego działania i mimo wszystko nie potrafią nad sobą zapanować. Jest to zaburzenie popędu samozachowawczego, co prowadzi do samobójstwa. Narkomani uwielbiają zastrzyki dożylne, bo przypominają im rytuał wstrzykiwania wyciągu z łodyg makowych.

Zachowują się w ten sposób wszyscy bez względu na wiek, płeć i lata zażywania narkotyków. Utożsamili się ze swoim środowiskiem, w którym panują żelazne prawa - dyscyplina i brutalność.

Uczeń 2 klasy liceum Trójmiasta, jedynak. Rodzice starali się dać wszystko, czego zapragnął, zwłaszcza że stopnie miał dobre, opinię wzorową. Poznał dziewczynę, która namówiła go, aby spróbował, bo to fajnie. I tak się zaczęło. Na wiosnę 1980 roku rodzice przywieźli go po raz pierwszy na Srebrzysko. Po 4 tygodniach leczenia wrócił do domu i przez miesiąc był spokój. Nie wytrzymał. Uciekał z domu, rzucił naukę. Ponownie do szpitala trafił po żółtaczce, w wątrobie nie było zdrowej komórki. Wataha przez okno na sznurku dostarczyła herę. A mnie leczenie nic nie da - powiedział lekarzowi - proszę mnie wypisać.

W dzielnicy Gdańska Przymorze zauważono narkomanów w szkole podstawowej, w Pucku młodzież ze szkoły średniej "zaprawia się" wąchaniem butaprenu. Matka piorąc synowi koszule zauwa żyła krew na rękawie - zawsze w tym samym miejscu. Po obserwacji zdecydowała się przywieźć syna na leczenie.

Dwudziestoczteroletni mężczyzna po 10 latach zażywania narkotyków zmarł w Akademii Medycznej, a przychodząc do szpitala błagał o ratunek. Niestety, było za późno.

Młode małżeństwo narkomanów przygotowując wywar z maku nie za uważyło, że wypiło ten wywar ich dwuletnie dziecko, które ledwo uratowano w szpitalu.

Produkcja hery w mieszkaniu doprowadziła do śpiączki małe dziecko.

Młoda, samotna matka, wychowująca swoje dziecko i dziecko brata, codziennie rano jeździ po herę, ponieważ nieprzyjęcie narkotyku grozi kryzysem.

Szacuje się, że w Polsce mamy pół miliona narkomanów. Z obserwacji szpitalnych wynika, ze jest ich coraz więcej. Wywodzą się ze środowisk inteligenckich, twórczych, robotniczych.

Najpierw zażywają, potem szukają przyczyn i motywacji. Wtrącają się w zobojętnienie, giną gdzieś problemy tego świata, odpływają od rzeczywistości - jest im błogo i dobrze. Swoimi czynami nie popadają w konflikt z prawem, bo narkomania nie jest karalna. Tworzą własne, ściśle zamknięte środowiska, gdzie obowiązują pseudonimy, hierarchia i pilnie strzeżona tajemnica. Po kilku latach narkomani tracą kontakt ze społeczeństwem, a świadomość wyrzucenia poza nawias powoduje coraz większą zależność od własnego klanu. Jednostka po leczeniu szpitalnym wraca dokładnie w tę samą społeczność. Rodziny próbują wywozić potomka daleko od krajobrazu, od gdańskiej Starówki, od kolegów, dorośli uciekają w Bieszczady, czasami nawet i za granicę, byle dalej od wspomnień, od skojarzeń. Jednakże są to tylko półśrodki. Brakuje wsparcia psychicznego, które w całej kuracji odgrywa bodajże najistotniejszą rolę, wypełniając po leczeniu medycznym próżnię środowiskową.

- Szukałam osób ze środowiska narkomanów, które chciałyby pomóc w wyciąganiu z nałogu - mówi psycholog Tamara Tokaj. - Niektórzy się bali, że będzie to jednak pokusa do powrotu, ale znalazłam wreszcie trzy osoby. Chłopak, który już trzy lata nie bierze, to prawie symbol, ale jemu pomogła dziewczyna i buddyzm. Przyprowadził kolegę Marka, którego wyleczył tym swoim własnym sposobem.
Trzecią osobą był poeta, też wyleczony. Zaczęłam działać wspólnie z nimi, zdobywając w ten sposób doświadczenia. Pół roku temu zgłosiliśmy do dyrektora projekt utworzenia grupy terapeutycznej, popartej nauką, bo oni próbują stosowaĆ własne próby powrotu do społeczeństwa zupełnie w ciemno. Starają się już w szpitalu dużo czytać, pracować w kuchni, ćwiczyĆ silną wolę. Ale to jednak nie wystarcza, ponieważ potrzebna jest na przykład muzykoterapia czy terapia ruchu - nauczenie, że ćwiczenia rozładowują napięcie. Oczywiście istnieje groźba, że doprowadzimy do podwójnych grup:
oni przecież, zanim przyjdą do nas, tkwią w swoich grupach środowiskowych i potem dopiero trafiają w nasze grupy, przełamujące dotychczasowe prawa i zwyczaje. Niektórzy na to się nie godzą, bo to już swoista zdrada.

Jeden z uczestników grupy powiedział mi - wiesz, kolega "odpalił". Przychodzili do nas z zewnątrz, nawet po 12 osób jednorazowo, chociaź naszym warunkiem było nie brać. Przez grupę przewinęło się 50 osób, czyli mają ogromną potrzebę psychoterapii, a boją się szpitala psychiatrycznego. Ja to rozumiem, bo personel traktuje ich jak niegrzeczne dzieci, bo przychodzą, wychodzą, biorą, kiedy chcą. Personel nie ma do nich zaufania i oni do personelu, nawet do lekarzy. Nie podbudowuje się ich motywacji niebrania.

Te 50 osób wróciło do nałogu. Jesteśmy prawie bezradni. Chcieliśmy utworzyć ośrodek leczenia poza szpitalem jako następny etap i skapitulowaliśmy. Nie udzielono nam poparcia i w następstwie Trójmiasto nie robi nic, aby ten łańcuch narkomanii przerwać. Pisaliśmy pisma do różnych instytucji i najszybciej zareagował na to kościół, chociaż też na razie bez wsparcia lokalowego, jakkolwiek proponując wartości duchowe - współpraca może być owocna.

Jakie więc metody i środki należałoby podjąć, aby młodzież coraz młodsza nie popadała w ten najgorszy z nałogów? Wydaje się, że pierwszym problemem, który czeka na rozwiązanie, jest pytanie o sens życia.

Pokolenie starsze nie potrafiło wypracować ideałów wartościowych dla młodzieży. Próbowała więc sama określić swoje miejsce w społeczeństwie, negując stare prawdy, tworząc nowe, przewracając świat do góry nogami. Tacy byli niegdyś hippisi ze swą potrzebą zaakcentowania innej filozofii życia, ale to już historia. Podobni są pacyfiści - długowłosi z koralikami na szyi, odrzucający pracę, bo zawsze znajdą się dobrzy ludzie, którzy dadzą jeść. Pacyfiści nie namawiają do ucieczki w narkotyki, ale też i z nimi nie walczą. Przyjmują narkomanię jako coś zupełnie oczywistego. Ich znakiem są dwa palce w kształcie litery V.

Pozostawienie młodzieży samej sobie, bez ukazania wartości wyższych, stwarza zagrożenie ucieczki w narkotyk. Dlatego odpowiedzialnością za narkomanię należałoby obarczyć społeczeństwo dorosłe, które zajęte własnymi kryzysami - nie pomyślało o swych następcach. Dlatego młodzież ratuje się wartościami religijnymi, niekiedy zupełnie obcymi naszym tradycjom, w tych ideałach bowiem znajduje często odpowiedź na pytanie o własne miejsce na ziemi.

Nie oszukujmy się, że zakazy i nakazy prawne uleczą młodzież. Że problem sam się rozwiąże. Skazany na izolację człowiek nie przestanie być narkomanem - takiego zdania są psycholodzy i psychiatrzy.
Przymus karny niczego nie zmieni, po wyjściu z więzienia narkoman natychmiast wróci do nałogu - mówi dr Radziemska. - Przez moje ręce przeszło przez 5 lat około 400 pacjentów zaledwie kilku rzuciło narkotyki, dzięki kilkuletniej opiece lekarza i rodziny. Po szpitalu konieczna jest zmiana środowiska, jako jedyny ratunek.

Tamara Tokaj: - Podawanie środków uspokajających nic nie pomoże, u narkomana rośnie tylko agresja. Ci ludzie nie mają wielu przyzwyczajeń, które nam wydają się oczywiste, na przykład nawyk pracy. Oni nie żyją normalnym, społecznym życiem, Znalezienie nowych przyjaciół po wyjściu ze szpitala jest sprawą niezmiernie trudną, stąd powrót do znanych miejsc i do znanych ludzi, którzy się wzajemnie rozumieją.
Jestem współzałożycielem komitetu do walki z narkomanią i pomocy narkomanom - mówi Marek Abramczuk. - Chcieliśmy wspólnie z psychologami, z psychiatrami ze Srebrzyska i w ogóle z ludźmi dobrej woli założyć ośrodek terapeutyczny poza szpitalem, Działałby na zasadzie telefonu zaufania czy klubu abstynentów.
W ośrodku dyżurowałby lekarz, koledzy wyleczeni z nałogu, Ten zespół wspierałby radą kogoś, kto chce sięgnąć po herę, ale jeszcze nie jest do końca zdecydowany na ten krok, Chcieliśmy w szpitalu utworzyć oddział specjalistyczny, Niestety, to wszystko nam nie wyszło, chociaz pisaliśmy do władz i do "Solidarności" o przyznanie nam jakiegoś lokalu. Nikt się nie zainteresował, a przecież narkomania to problem nareszcie nieśmiało dostrzegany. Alkoholików traktuje się w społeczenstwie ze swoistym pobłażaniem, a narkomanów jak nie ludzi. Czas najwyższy, aby i do narkomanów wyciągnąć rękę, bo ludzie już wyleczeni mogą znów wrócić do nałogu, często nawet wbrew sobie.

Ewa Grunert
"Po tej stronie granicy" (do spisu treści)