Animalism (DOC) - by Fenrir

agquarx, 20. Sierpień 2008 - 23:36 :: | |

DAWKA: 3mg doustnie DOC (płyn)
MASA CIAŁA: 80kg

Ogólne informacje: 20 letni mężczyzna, uprzednie doświadczenia z LSD, różnymi
tryptaminami oraz PEA, dysjocjatywnymi. Brak uprzedniego doświadczenia z DOC.

Był to słoneczny dzień, który nie mógł się zdacydować czy chce być ciepły czy
zimny kiedy zdecydowałem się spróbować DOC po raz pierwszy. Zabawiałem się,
rozpierdalając się z moimi przyjaciółmi Andra i Michai w mieszkaniu A w centrum
miasta, dokąd dotarliśmy z naszego kampingu na plaży i Andra oraz ja wyciągneliśmy
DOC. Oboje odmierzyliśmy sobie 2.5mg przy pomocy strzykawki z roztworu w wódce
wyborowej 1mb/ml i następnie zdecydowaliśmy się wziąść jeszcze 0.5mg by naprawdę
poczuć jak to jest być na tym związku chemicznym. Po około pól godzinie zacząłem
odczuwać amfetaminowe nakręcenie i zauważyłem, że mam lepszą koordynację ruchową.
Michai miał być naszym trzeźwym trip sitterem i szoferem (dopiero co mu zeszedł
trip na DOC z poprzedniego dnia).

T+30: Wyszliśmy na zewnątrz i skierowaliśmy się na miasto właśnie kiedy DOC
zaczął dawać o sobie znać. Podjechaliśmy do niewielkiej przystani dla jachtów
i łodzi rybackich, wystającej z przylądka na którym mieści się stare miasto.
Turyści i ludzie z miasta spacerowali po promenadzie, pomiędzy restauracjami
i kafejkami, a linia plaży rozciągała się aż do horyzontu w poprzek przystani
z centrum miasta wystającym na urwisku nad nią. Wieczorne światło nabrało
lekko surrealistycznych właściwości, jaśniejsze niż zazwyczaj i rzeczywistość
lekko wibrowała napięciem DOC.

T+1: Wspięliśmy się omijając 12. stopową betonową ścianą chroniącą promenadę
przed morzem i zeszliśmy w dół do 10. stopowych bloków Tetris z betonu rozrzuconych
chaotycznie jeden na drugim by łamać fale. Zrolowaliśmy jointa kiedy dołączyli
do nas inni przyjaciele i wypaliliśmy go tam, spoglądając na ludzi chodzących
po promenadzie. W tym momencie byłem napierdolony stymulującym lotem w którym
pozostając śmiałem się jak Beavis i Butt-head, wyśmiewajac się ze wszystkiego
w zasięgu wzroku. Facet chodził po promenadzie jak kogut, z trzeźwą i pełną
wyższości pozą, jego klatka piersiowa wypięta w przód i ręce za plecami, jego
żona i dziecko idące w ślad jak gęś i kurczę.
Już zacząłem czuć zimno, które prześladuje prawie wszystkie moje psychedeliczne
tripy. Nie miałem mdłości (nie jem przez co najmniej 4 godziny przed wzięciem
jakichkolwiek psychodelicznych substancji i miałem mdłości tylko na 2C-T-7).
Wejście było stopniowe i delikatne, inaczej niż w przypadku wysokich dawek
niektórych PEA i nie występowała seksualna stymulacja powszechna przy ich użyciu.

T+2: Uczyniłem pół-żartobliwą pół-obraźliwą uwagę w kierunku gościa, którego nie
znałem i następnie skierowaliśmy się do parku miejskiego (doszliśmy do wniosku,
że było by miło pobawić się w parczku dla dzieciaków). Trip powoli dochodził
do pełni i rozpoczął zakrzywianie rzeczywistości, powodując przesadę w moich myślach.
Był to raczej psychologiczny niż emocjonalny trip, byłem w całkiem stabilnym wesołym,
lekkim nastroju, ale moje myśli wędrowały we wszystkich kierunkach. Stałem się
nadmiernie świadomy tego jak wyglądam. Szliśmy z plaży, gdzie obozowaliśmy i nie
mieliśmy zbytnio czystych czy dobrze wyglądających strojów, co wyróżniało nas
spośród dobrze ubranych ludzi spacerujących po parku. Niestety, parczek dla dzieciaków
już zamykano, więc skierowaliśmy się w stronę jakichś Rzymskich ruin by tam
spędzić czas. W miarę jak zapadała noc, przemierzaliśmy starą i zniszczoną część
przylądka i zeszliśmy do izolowanego, ciemnego, małego parku z starymi kamiennymi
reliktami rozrzuconymi wokół. Spoglądałem przez okna starych Rzymskich budowli
zmienionych w muzea i potknąłem się o detektor ruchu, który zapalał naświetlenie.
W tym momencie byłem już nieźle wypierdolony w kosmos i nie mogłem się
zdecydować czy to detektor ruchu czy ktoś nas zauważył i postanowił się z nami
zabawić. Zaczynałem wpadać w moje standardowe bad tripy po dysocjatywnych
na temat fraktalnego wszechświata i nieskończonego bezsensu życia, które to
wkrętki utrzymały się przez cały trip i których nie będę tutaj opisywać.
Wspieliśmy się na taras muzeum aby obejrzeć widoki i nocny stróż zaczął się
na nas wydzierać. Debatowaliśmy czy by mu nie dać paru groszy na paczkę
papierosów by zostawił nas w spokoju lub po prostu pójść gdzie indziej.
W końcu zrobiliśmy to drugie i Mihai, który był trzeżwy, zasugerował, że
powinniśmy coś zjeść.

T+5: Wróciliśmy na promenadę do restauracji z owocami morza. Byłem bardzo podatny
jak zwykle na bycie zbyt przejętym naszym oczywistym tripowaniem - ale szybko
upewniłem się, że wszyscy w restauracji zwracali uwagę tylko na własny trip,
nie wtrącając się w sprawy ludzi przy innych stolikach. Przestaliśmy się maniakalnie
chichrać dopiero kiedy kelnerka podeszła do naszego stolika, ale nawet ona unikała
spoglądania w nasze rozszerzone źrenice. Zamówiliśmy talerz otaczanych w bułce
żabich nóżek i frytki. Mihai wbił się w nie jak każda trzeźwa osoba by uczyniła,
a ja w tym czasie boksowałem się bezskutecznie z jedną parą nóżek. Tylko skończenie
jednej tej pary zajęło mi piętnaście minut i byłem świadomy beznadziejności swoich
wysiłków. Próbowałem odrywać pasma mięsa z kości, ale prawdziwa litość nie pozwalała
mi na pociąganie zbyt mocno i kiedy już miałem w ręku kawałek mięsa nie wiedziałem
za bardzo co z nim zrobić. Andra zdjęła chlebowe portki z nieszczęsnej żaby i zwisały
one w powietrzu z jej dłoni w literalnym odegraniu Nagiego Lunchu. Nagle żaba nie
wyglądała już tak solidnie, a chudo i kiepsko. Zjadła mięso z kości i potem skwapliwie
założyła portki z powrotem. Mihai sporządził podręczne rączki z pary kości i zaczęliśmy
tańczyć nimi na talerzu przy pomocy zrekonstruowanych szkielecików (Mihai naprawdę
dobrze się bawił).

T+6: Opuściliśmy restaurację i skierowaliśmy się z powrotem do naszego namiotu
na plaży, około godzinę drogi samochodem od miasta. W tym momencie już naprawdę
tripowałem, mój umysł falował, moje oczy odbijały się tam i uwdzie i czas zdawał
się być naprawdę rozciągnięty. Miałem skłonność do bycia zestresowanym i przeceniania
prędkości samochodu oraz niebezpieczeństwa związanego z kierowaniem. Mihai wkręcał
mnie wyłączając światła samochodu na parę sekund, zostawiając nas jadących z prędkością
50 mil na godzinę po pustej drodze w całkowitej ciemności i mnie obejmującym się
, ze zbielałymi kostkami palców. Andra i ja kontynuowaliśmy nasz lot idei, gorąco
debatując na tematy filozoficzne, surrealistyczne i losowe, przez cały czas
oczywiście żartując sobie jedno z drugiego i z naszych idei, śmiejąc się maniakalnie.

T+7: Dotarliśmy do opuszczonej plaży i wtedy zauważyłem po raz pierwszy wizuale.
Nie było nikogo w promieniu 3 mil i plaża rozciągała się wokół nas aż do horyzontu.
Sceneria wokół nas wyglądała na pierwotną, z bezkształtnym czarnym morzem rozbijającym
się o ląd w regularnych, ale nigdy identycznych wzorach, tak jak to czyniło od
eonów, ostry i przenikający wiatr oziębiał nasze ciała i nasze dusze, a goła
ziemia rozciągała się pomiędzy morzem a nikłymi i niedorozwiniętymi roślinkami starającymi
się przetrwać. Było to miejsce, gdzie życie walczyło przeciwko wrogim żywiołom.
Kiedy spojrzałem na niebo, wyglądało jak gigantyczny świecznik z jasnoniebieskich
kropek, utrzymywany w całości przez niewidzialne struny rozciągnięte na czarnym
welwecie przestrzeni. Gwiazdy regularnie pojawiały się, poruszały i wygasały, a
niebieskie i czerwone światła samolotów powoli szybowały w poprzek.
Zdecydowaliśmy się rozpalić ognisko i Mihai włączył swoją latarkę, którą
miał umieszczoną na głowie. Nagle świat stał się ciemnością i tylko jego
strumień światła przecinał fragment rzeczywistości wycięty z pozbawionej formy
ciemności dookoła. Czułem się jakbyśmy byli odkrywcami na dzikiej planecie
i zacząłem żartować by uważać na jaja Obcych. Mihai, który był trzeźwy i
Andra, która wzieła 2.5mg zbierali chrust, mnie nie bardzo chciało się to
robić. Wiedziałem co powiniem robić, ale kiedy już zamierzałem to zrobić,
tysiące myśli odwodziło mnie od tego w tysiącu kierunków. Rozpaliliśmy
małe ognisko, które było ledwie iluzją ciepła kiedy próbowaliśmy skulić
się w okryciach jakie kto miał i ogrzać dosyć by zasnąć. Andrea pokazała
mi niewielkie zwierzaczki, które kicały wokół po plaży i nagle stałem
się paranoidalnie podejrzliwy w związku z nią próbującą wkręcić mi jakieś
nieistniejące zwierzątka. A może były prawdziwe? Może to tylko cienie
rzucane przez fale? (następnego dnia zobaczyliśmy parę lisków i króliczków
w tym rejonie).
W miarę jak w desperacji starałem się uciec od mrozu, który przenikał
wprost przez moje ciało do duszy, stałem się zwierzęciem. Czytałem trip
rapport faceta, który czuł gadzią świadomość podczas swojego tripu na DOC.
Zgaduję, że facet mieszka w pustynnym środowisku. Mnie wszedł trip na
niedźwiedzia, byłem niedźwiedziem starającym się przehibernować mroźną
i chudą zimę, wiedząc, że to jedyny sposób na przeżycie - odcięcie się od
zewnętrznego świata i wpadnięcie w torpor, zpowolnienie życia tak by
chronić ciepło, ale zachować odrobinę energii w ruchu by nie trwało to
w niekończoność.
W przenikającym zimnie wiatru i morza, zrzuciłem wszystkie pozory bezpieczeństwa
i komfort do jakiego przyzwyczaiła mnie cywilizacja. Zobaczyłem życie jak
zwierzęta i pierwsi ludzie je postrzegali, jako ciągła walkę gdzie śmierć
jest zawsze obecna, prawdziwa, zimno grożące owinięciem ciebie, zimno wiatru,
zimno głodu wyciągającego energię z twoich mięśni, zimno obejmującego cię spojrzenia
drapieżnika, nadchodzącego by cię zniknąć i wciągnąć w siebie. I nadzieję
w życiu, niekończącą się walkę by znaleźć trochę ciepła by odepchnąć śmierć
od siebie o minutę, odrobinę jedzenia by wpompować trochę energii w żyły
i umysł, by znaleźć jakiś chroniony zakątek by uciec od bezosobowego
, wrogiego wiatru, odrobinę bezpieczeństwa pozwalającą ci na czynienie
planów na następny dzień i posiadanie nadziei na lepsze czasy, czasy gdy
słońce będzie przenikać twoje ciało i duszę, kiedy twój brzuch będzie
pełny i kiedy będziesz mógł mieć nadzieję na nowe życie, kiedy strach
przed śmiercią uciszy się i w jego miejsce wypełni cię pożądanie życia,
rozpoczynające blask żywota. Dobre czasy, które kończą się zaledwie przyjdą,
zostawiając za sobą zanikające wspomnienie światła i bezlitośnie wpychające
cię ponownie w walkę, nadbiegającą z zimna, które ujmuje w siebie twoją
duszę i zawsze tropi światło.
Moja wyobraźnia i zdolności planowania były wyłączone i próbowałem
nauczyć się jak zwierzę by próbowało, metodą prób i błędów. Byłem
całkowicie niezdolny do zaciągnięcia zamka błyskawicznego w moim
śpiworze, więc próbowałem zaciągnąć materiał dookoła siebie by ochronił
mnie przed zewnętrznym światem. Nie miałem pojęcia co robić,
działałem losowo i potem próbowałem sobie przypomnieć co zrobiłem,
które działania przyniosły ciepło i powtórzyć je i pamiętać te
działania, które przyniosły chłód i unikać ich. Starałem się zwinąć
w kulkę i uczynić wokół mnie muszlę, ale śpiwór ciągle spadał i musiałem
ciągle go podciągać na siebie, w pól-śpiącym, pół-czuwającym stanie,
jak niedźwiedź budzący się z rozespania i zmieniający pozycję. Przypomniałem
sobie opowiadanie na temat niedźwiedzia, które czytałem gdy byłem
mały, o niedźwiedziu, który zapadł w sen w rosyjskiej tajdze pewnej
jesieni i kiedy on zasnął, ludzie nadeszli i zbudowali elektrownię
nad jego domem. A niedźwiedź obudził się pewnego wiosennego poranka
, wyszedł z jamy, otworzył drzwi i okazało się, że znajduje się
pod błyskającym sterylnym światłem świetlówki w korytarzu elektrowni.

W końcu udało mi się zasnąć (było około T+9) i obudziłem się rano
(T+15). Leżałem na piasku spoglądając na niebo, czekając na przebudzenie
reszty. Byłem w rozleniwionym, spokojnym, słonecznym nastroju, jakby
amfetaminowa wkrętka zostawiła tylko niewielkie echo. Spoglądałem na
słońce przez prawie zamknięte powieki, kształtując i rozpuszczając
błyski i siatki dyfrakcyjne przez moje oczy, rozszczepiając promienie słońca
na rzeki i rozrzucając je sferycznie, rozbierając białe światło na
jego składowe kolory, poprzez pola kropek i kółek na powierzchni oka.
Był to spokojny dzień i wracałem do rzeczywistości, gdzieś około T+20
byłem już na baseline, z tylko standardową po-PEA pustką pozostającą
wraz z śladem amfetaminowej stymulacji. Czułem się wyłączony z komfortów
cywilizacji i wyobrażałem sobie, czym byśmy się stali, gdyby nagle
zniknęły: nasze ubrania powoli porwane by były na strzępy, zwisając
z nas jak szmaty i potem zdjęte i zastąpione skórami zwierząt, nasze
ciała stały by się chude, sękate i mocne, jak szkielety obciągnięte
stalowymi kablami i pamięć o kulturze, o nauce, o marzeniach i tworach
ludzkości powoli z rzeczywistości stawała by się odległą legendą, którą
opowiadalibyśmy dzieciom przy ognisku.

Był to bardzo nieludzki, straszny trip - typu, którego nie miałem z
innymi PEA. Było to w sumie traumatyczne przeżycie, które ciągle
integruję. Przypomniało mi o delikatności naszej egzystencji i brutalnej
walce o przetrwanie, od której uciekliśmy niedawno na ewolucyjnym kalendarzu
i w którą możemy wpaść znowu. Scharakteryzowabym DOC jako posiadający
pewien potencjał dla kosmicznych, nieludzkich abstrakcji jak po 2C-E,
ale nawet bardziej bezosobowych i emocjonalnie oderwanych, w połączeniu
z silnymi i cichymi, niepowstrzymanymi popchnięciami amfetaminowymi.
Dla mnie nie było w tym ciepła czy emocji jakie odczułem po 2C-T-7 czy
krystalicznej czystości po LSD-25, było to doznanie oderwane i
bezosobowe. Był to także jeden z dłuższych dni jakie przeżyłem, który
ciągnął się i ciągnął i zdawał się nie kończyć. Wydaje mi się, iż
ta substancja nadawała by się do *robienia czegoś*, a nie do medytacyjnego
tripu. W tej chwili zdawało się to być raczej epoką, nie dniem. Andra,
która brała DOC trzy razy raportuje 2-2.5mg jako próg pomiędzy
stymulacją i dryfem w kierunku psychodelii. Planuję powtórzyć trip
z DOC, ale w zupełnie innych warunkach. Prawdopodobnie w górach,
w ciepły, pogodny dzień.

Rok w którym tripowano: 2007. Płeć: Mężczyzna.

Źródło: Erowid.org. Artykuł przetłumoczony dzięki pomocy anonimowego
darczyńcy, tłumoczenie: agquarx, redakcja: agquarx. Datki można tu: 
07114020040000390221787095 (mBank)


Miałczyński Adam (niezweryfikowana), 28. Sierpień 2008 - 14:51

Szukam namiaru na RC, DragonFLY i LSD e-mail: telefon128@gmail.com


Anonim (niezweryfikowana), 7. Wrzesień 2008 - 22:06

Nuda nuda i jeszcze raz nuda nie ma to jak samemu zaaplikować a język jest zbyt ubogi żeby opisać to co się wtedy dzieje